sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 25 Napad Connora

Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Po chwili ktoś potrząsał mną.
- Con, wstań. - Usłyszałem szept.
- Misiu, jeszcze pięć minutek. - Mruknąłem i przewróciłem się na drugi bok.
- Connor! - Dostałem poduszką w głowę.
- Bradziu, nie masz innego czasu na zabawy? - Przetarłem oczy i obróciłem się.
Ku mojemu zdziwieniu, to nie był mój Bradzio. Na łóżku siedziała Amanda.
- Am? Gdzie Bradzio?
- Miałam właśnie się Ciebie o to samo spytać. Ty ostatni go widziałeś.
- Ale ja spałem. - Ziewnąłem.
- To nie są żarty, Con gdzie on jest? Szukam go od ponad trzech godzin! NIKT NIC NIE WIE!
Wystraszyłem się.
Jak to go nie ma? Przecież czułbym gdyby wstawał. Chyba, że zostaje jedna opcja.. Ale to nie może być prawda. 
Schyliłem się patrząc pod łóżko.
- Nie no, wiesz na pewno schowałby się pod łóżkiem. - Rzuciła Amanda.
- Cicho. - To nie mogła być ta zmora, ponieważ łańcuchy jak były, tak nadal są związane.
- Nie wiesz, gdzie mógłby być?
- Może jest w łazience?
- Trzy godziny? - Spojrzała na mnie. - Nie gadaj głupot dobrze?
- Może jest gdzieś z doktorem McCurdym?
- Nie.. nie wydaje mi się. Jack by Ci przecież powiedział.
- To skoro nic nie wie, to nie martwmy go. - Powiedziałem i wstałem z łóżka.
- Con...
- Tak? - Odwróciłem głowę.
- Ubierz coś na siebie, proszę. - Odwróciła wzrok.
Byłem w samych bokserkach.. Jak to się stało? Przecież poszedłem spać w pidżamie.
Wziąłem z szafy jeansy i jakąś koszulkę na krótki rękawek.
- Tak lepiej. - Uśmiechnęła się i wstała. - A teraz na poważnie, gdzie on może być?
- Nie mam pojęcia.. Nie znam tego szpitala tak dobrze, jak on czy ty.
- Brad jest do wszystkiego zdolny..
- Nawet tak nie mów. Idę go szukać. - Wybiegłem z pokoju.
- Chłopie! Nie biegamy po korytarzu! - Zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Przepraszam, ale śpieszę się.
- To i tak nie jest wytłumaczenie, żebyś nie biegał! - Pokiwała palcem.
Na korytarzu roiło się od pacjentów. W tej chwili to ja nawet przedrzeć się nie mogłem przez ten tłum.
- Przepraszam, nie widziałeś może Bradleya Simpsona? - Zapytałem się jednego chłopaka.
- Jeabdp - Jęknął.
- Ugh, widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny.
Pytałem się dosłownie wszystkich. Nikt nic nie wiedział. Był straszny tłum, każdy się przekrzykiwał. Jak na jakim targu.
Nagle poczułem jak ktoś mnie złapał za pośladek. To było tak nagle, że aż podskoczyłem ze strachu. Odwróciłem się natychmiastowo.
Za mną stał o głowę wyższy szatyn, miał zadziorną minę.
- Bradzio! - Rzuciłem mu się na szyję i wycałowałem go.
- No, spokojnie już. Jak się spało?
- Dobrze... Czemu pytasz?
Na odpowiedź otrzymałem jego szeroki uśmiech.
Byłem zdezorientowany tym pytaniem. Tak jak i jego zachowaniem. Nigdy nie łapał mnie gdzie indziej niż za ręce albo bluzkę.
Zaprowadziłem go do naszego pokoju, ledwo przedzierając się przez pacjentów.
- Gdzie ty się podziewałeś? Zacząłem się martwić! - Loczek popchnął mnie mocno i wylądowałem na łóżku.
- Nie ważne skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- Brad! Ja się martwiłem! Amanda mnie obudziła i mówiła, że Cię szukała od trzech godzin!
- Eh, czego ona ode mnie chciała?
- Nie wiem.. Czekaj, co ty robisz? - Szatyn usiadł na mnie.
Położył dłoń na moim policzku i zaczął łapczywie składać pocałunki na moich ustach.
- Connor! Musimy.. - Do pokoju weszła Amanda.
Oderwał się od moich warg.
- Co się dzieje takiego ważnego? - Brad odwrócił się i spojrzał na nią.
- Connor, możemy porozmawiać?
Spojrzał na mnie. Wzruszyłem ramionami. Loczek zszedł ze mnie. Wstałem z łóżka, poprawiłem koszulkę i wyszedłem z pokoju. Zaciągnęła mnie do siebie.
- Cześć Con. - Powiedziały dwie blondynki w tym samym czasie.
- Cześć. Am, co chciałaś? - Usiadłem na jej łóżku.
- Chodzi o Brada.
- Mojego Bradzia? - Spojrzałem na nią z dołu.
- Bradzia? - Blondynki spojrzały po sobie ze skwaszoną miną.
- Coś nie tak? - Nie odezwały się już.
- Nie zauważyłeś, że od pewnego czasu stał się jakiś taki...
- Jaki?
- szorstki?
- Szorstki? - Zamyśliłem się.
- No tak, wobec Ciebie to jet łagodny jak baranek..
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo tylko Ciebie się słucha. Dzisiaj szukałam go bo chciałam z nim o tym porozmawiać. Ale nie mogłam go znaleźć i zaczęłam się bać, że coś mogło się stać.
- Nic złego się nie stanie..
- Con, martwię się o niego, że któregoś dnia wykrwawi się.
- Nie mów tak! - Wstałem wkurzony. - Obiecał mi, że tego już nie będzie robić!
- Con, czekaj.. - Wyszedłem z jej pokoju.
Co ona sobie myśli? Przecież ufam Bradu i zapewniał mnie, że już nie będzie się okaleczać!
Wszedłem do pokoju.
No nie wierze własnym oczom no!
Ujrzałem Brada bez spodni, siedzącego na łóżku, obracającego palcami żyletkę nad udem.
- Co ty robisz?! Obiecałeś!
- Con, przepraszam..
- Co mi z Twoich przeprosin?! Wiesz jak ja się czuję? Wiesz jak twoje nogi wyglądają?
- Tylko uda są takie..
- Spójrz na nie! Nie widzisz w jakim są stanie?!
- Widzę! - Rozpłakał się. - Przecież mówiłem Ci, że tak wyglądają!
- Ale człowieku! Nie wiedziałem, że jest ich aż tyle! - Wychodząc z pokoju, trzasnąłem drzwiami.
Na korytarzu nie było już tyle ludzi i usiadłem na ławce załamany. Po moich policzkach spływały gorzkie łzy.
Ktoś usiadł obok mnie.
- Connor, nie chciałem, żebyś to widział.
- Jak ja mam Ci ufać? Obiecałeś mi, że więcej tego nie zrobisz.
- Przepraszam, ale jestem cholernie o Ciebie zazdrosny.
- To nie musisz się z tego powodu ciąć. Zrozumiałbym, gdybyś mnie nie puścił do Am.
- Ale to twoja decyzja czy pójdziesz do niej, czy zostaniesz. Nie będę Cię zatrzymywał.. Ale zabolało mnie to, że zostawiłeś mnie.
- Wiesz, że wróciłbym. Nie było mnie zaledwie pięć minut. - Wstałem.
- Chłopcy! Idziemy na salę! - Krzyknął w naszym kierunku doktor.
Udałem się za lekarzem. Weszliśmy na salę. Później wszedł Brad.
- Simpson, nie słyszałeś mnie jak was wołałem?
- Zamyślałem się. - Usiadł na krześle.
Wziąłem swoje krzesło i poszedłem pod drugą ścianę.
- Czyżby, od wczoraj terapia już zadziałała? - Zapytał.
Odpowiedziała mu cisza.
- Chłopaki, co się stało? - Nalegał na różne odpowiedzi.
Rzuciłem do szatyna chłodne spojrzenie.
- Mam dzisiaj wstrzymać terapię, żebyście się odezwali?
- Nie, niech pan prowadzi, może będzie coś nowego. Z chęcią posłucham. - Powiedziałem.
- Czyli dzisiaj będzie spokój? Nie będziecie gadać?
- Nie. - Powiedziałem obojętnie.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- Cały czas będzie się pan powtarzał?
- Żeby wam to wpoić do waszych głów. Kontynuujmy.
Przewróciłem oczami.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
Strasznie się nudziłem. Nie miałem co robić, a słuchać go nie miałem zamiaru.. Patrzyłem to na sufit, to na lampę, to na stolik, to na krzesła..
Mój wzrok utknął na loczku. Serce mnie bolało, kiedy myślałem, o tym co zrobił..
Szatyn chyba poczuł, że jest obserwowany przez dłuższą chwilę i spojrzał na mnie smutno. Podwinął jeden rękaw. Jego ręka była cała w bliznach, a świeże blizny tworzyły niewyraźny napis "Przepraszam".
Do moich oczu napłynęły łzy. Wybiegłem stamtąd.
Uciekłem do pokoju. Rzuciłem się na łóżko i zacząłem wyć i krzyczeć do poduszki. Dławiłem się własnymi łzami. Zacząłem walić pięściami o łóżko.
- Con, co się stało? - Podbiegła Amanda.
- Zostaw mnie. - Powiedziałem przez poduszkę.
- Connorku, co się dzieje?
- NIE MÓW TAK DO MNIE! - Usiadłem na łóżku i odepchnąłem ją.
- Co się z Tobą dzieje? - Była przerażona i cofała się.
- Zostaw mnie w spokoju! - Wrzeszczałem do poduszki.
- Amanda, wyjdź. - Usłyszałem poważny głos.
- Brad, co się dzieje Connorowi?
- Wyjdź, jeżeli nie chcesz, żeby Ci coś zrobił! On ma napad. - Usłyszałem zamknięcie drzwi.
- Dlaczego Ty mi to robisz?! - Ryczałem.
- Ile będę musiał Cię przepraszać? - Podszedł powoli.
- NIE DOTYKAJ MNIE! - Walnąłem go w rękę.
- Connor, uspokój się bo jak personel Cie usłyszy, to wsadzą Cię do izolatki.
- Niech mnie stąd zabiorą! Ja tu dłużej nie wytrzymam!
- Przestań! - Obrócił mnie błyskawicznie i unieruchomił.
Byłem cały czerwony od płaczu i ciężko mi się oddychało. Włożył mi inhalator do ust i zaciągnąłem się.
- Wiesz, że przez to możesz się udusić? Nie krzycz w poduszkę nigdy więcej.
- Powiedziałeś, TY, który sie sam okalecza.
- Auć, to zabolało. Ale ja bynajmniej tu jestem, a ty gdybyś jeszcze tak robił przez.. - Spojrzał na zegarek, który miał na ręce. - dokładnie dziesięć minut, to byś już nie zaczerpnął powietrza.
- Może miałem taki plan?
- Nie sądzę.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Nie jesteś typem samobójcy. Nie potrafiłbyś tego zrobić podświadomie. Ja nie mogę. Wiem, że jestem żałosny, ale nie chcę Cię stracić.. - Puścił mnie
- Ale ranisz mnie i nawet nie wiesz, jak bardzo to mnie boli - Usiadłem
- Jak umrę, to nie wiem gdzie pójdę.. Do nieba mnie nie wezmą..
- Przestań już.
- Ostatnią rzeczą, jaką chcę zobaczyć przed śmiercią, to Ciebie. Szczęśliwego.
- Brad! Przestań! Nie umrzesz! Nie ma nawet takiej opcji! - Wtuliłem się w szatynka. Ten, natomiast pogłaskał mnie po głowie.
- Tak cholernie Cię kocham, że nawet nie wyobrażasz sobie jak mocno. - Zaciągnął nosem.
- Nie płacz. Jestem przy Tobie Aniołku.

6 komentarzy:

  1. Cudo cudo cudo ♥♥♥ Nexta proszę, ALE SZYBKO !

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej ;c <3 to było.. Wow. Nie wiem co powiedzieć ale chcę więcej :3 oni są idealną parą :ad

    OdpowiedzUsuń
  3. Brad błagam nie rób tego... Łzy spływały po moich policzkach kiedy to czytałam ;( Bradzio nie może umrzeć! Oni mają być razem... Szczęśliwi... Czekam na next! :***

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszcie next'a bo nie wytrzymam ! Jestem strasznie ciekawa co bd dalej.. Mam nadzieję że terapia nie przyniesie efektów bo ONI MUSZĄ BYĆ RAZEM :** taka śliczna z nich para �� życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, Brad nie może sobie nic zrobić!!!! Muszą być razem!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta końcówka Aww ryczę normalnie :')
    Świetny jak zawsze ;)

    OdpowiedzUsuń