Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Po chwili ktoś potrząsał mną.
- Con, wstań. - Usłyszałem szept.
- Misiu, jeszcze pięć minutek. - Mruknąłem i przewróciłem się na drugi bok.
- Connor! - Dostałem poduszką w głowę.
- Bradziu, nie masz innego czasu na zabawy? - Przetarłem oczy i obróciłem się.
Ku mojemu zdziwieniu, to nie był mój Bradzio. Na łóżku siedziała Amanda.
- Am? Gdzie Bradzio?
- Miałam właśnie się Ciebie o to samo spytać. Ty ostatni go widziałeś.
- Ale ja spałem. - Ziewnąłem.
- To nie są żarty, Con gdzie on jest? Szukam go od ponad trzech godzin! NIKT NIC NIE WIE!
Wystraszyłem się.
Jak to go nie ma? Przecież czułbym gdyby wstawał. Chyba, że zostaje jedna opcja.. Ale to nie może być prawda.
Schyliłem się patrząc pod łóżko.
- Nie no, wiesz na pewno schowałby się pod łóżkiem. - Rzuciła Amanda.
- Cicho. - To nie mogła być ta zmora, ponieważ łańcuchy jak były, tak nadal są związane.
- Nie wiesz, gdzie mógłby być?
- Może jest w łazience?
- Trzy godziny? - Spojrzała na mnie. - Nie gadaj głupot dobrze?
- Może jest gdzieś z doktorem McCurdym?
- Nie.. nie wydaje mi się. Jack by Ci przecież powiedział.
- To skoro nic nie wie, to nie martwmy go. - Powiedziałem i wstałem z łóżka.
- Con...
- Tak? - Odwróciłem głowę.
- Ubierz coś na siebie, proszę. - Odwróciła wzrok.
Byłem w samych bokserkach.. Jak to się stało? Przecież poszedłem spać w pidżamie.
Wziąłem z szafy jeansy i jakąś koszulkę na krótki rękawek.
- Tak lepiej. - Uśmiechnęła się i wstała. - A teraz na poważnie, gdzie on może być?
- Nie mam pojęcia.. Nie znam tego szpitala tak dobrze, jak on czy ty.
- Brad jest do wszystkiego zdolny..
- Nawet tak nie mów. Idę go szukać. - Wybiegłem z pokoju.
- Chłopie! Nie biegamy po korytarzu! - Zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Przepraszam, ale śpieszę się.
- To i tak nie jest wytłumaczenie, żebyś nie biegał! - Pokiwała palcem.
Na korytarzu roiło się od pacjentów. W tej chwili to ja nawet przedrzeć się nie mogłem przez ten tłum.
- Przepraszam, nie widziałeś może Bradleya Simpsona? - Zapytałem się jednego chłopaka.
- Jeabdp - Jęknął.
- Ugh, widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny.
Pytałem się dosłownie wszystkich. Nikt nic nie wiedział. Był straszny tłum, każdy się przekrzykiwał. Jak na jakim targu.
Nagle poczułem jak ktoś mnie złapał za pośladek. To było tak nagle, że aż podskoczyłem ze strachu. Odwróciłem się natychmiastowo.
Za mną stał o głowę wyższy szatyn, miał zadziorną minę.
- Bradzio! - Rzuciłem mu się na szyję i wycałowałem go.
- No, spokojnie już. Jak się spało?
- Dobrze... Czemu pytasz?
Na odpowiedź otrzymałem jego szeroki uśmiech.
Byłem zdezorientowany tym pytaniem. Tak jak i jego zachowaniem. Nigdy nie łapał mnie gdzie indziej niż za ręce albo bluzkę.
Zaprowadziłem go do naszego pokoju, ledwo przedzierając się przez pacjentów.
- Gdzie ty się podziewałeś? Zacząłem się martwić! - Loczek popchnął mnie mocno i wylądowałem na łóżku.
- Nie ważne skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- Brad! Ja się martwiłem! Amanda mnie obudziła i mówiła, że Cię szukała od trzech godzin!
- Eh, czego ona ode mnie chciała?
- Nie wiem.. Czekaj, co ty robisz? - Szatyn usiadł na mnie.
Położył dłoń na moim policzku i zaczął łapczywie składać pocałunki na moich ustach.
- Connor! Musimy.. - Do pokoju weszła Amanda.
Oderwał się od moich warg.
- Co się dzieje takiego ważnego? - Brad odwrócił się i spojrzał na nią.
- Connor, możemy porozmawiać?
Spojrzał na mnie. Wzruszyłem ramionami. Loczek zszedł ze mnie. Wstałem z łóżka, poprawiłem koszulkę i wyszedłem z pokoju. Zaciągnęła mnie do siebie.
- Cześć Con. - Powiedziały dwie blondynki w tym samym czasie.
- Cześć. Am, co chciałaś? - Usiadłem na jej łóżku.
- Chodzi o Brada.
- Mojego Bradzia? - Spojrzałem na nią z dołu.
- Bradzia? - Blondynki spojrzały po sobie ze skwaszoną miną.
- Coś nie tak? - Nie odezwały się już.
- Nie zauważyłeś, że od pewnego czasu stał się jakiś taki...
- Jaki?
- szorstki?
- Szorstki? - Zamyśliłem się.
- No tak, wobec Ciebie to jet łagodny jak baranek..
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo tylko Ciebie się słucha. Dzisiaj szukałam go bo chciałam z nim o tym porozmawiać. Ale nie mogłam go znaleźć i zaczęłam się bać, że coś mogło się stać.
- Nic złego się nie stanie..
- Con, martwię się o niego, że któregoś dnia wykrwawi się.
- Nie mów tak! - Wstałem wkurzony. - Obiecał mi, że tego już nie będzie robić!
- Con, czekaj.. - Wyszedłem z jej pokoju.
Co ona sobie myśli? Przecież ufam Bradu i zapewniał mnie, że już nie będzie się okaleczać!
Wszedłem do pokoju.
No nie wierze własnym oczom no!
Ujrzałem Brada bez spodni, siedzącego na łóżku, obracającego palcami żyletkę nad udem.
- Co ty robisz?! Obiecałeś!
- Con, przepraszam..
- Co mi z Twoich przeprosin?! Wiesz jak ja się czuję? Wiesz jak twoje nogi wyglądają?
- Tylko uda są takie..
- Spójrz na nie! Nie widzisz w jakim są stanie?!
- Widzę! - Rozpłakał się. - Przecież mówiłem Ci, że tak wyglądają!
- Ale człowieku! Nie wiedziałem, że jest ich aż tyle! - Wychodząc z pokoju, trzasnąłem drzwiami.
Na korytarzu nie było już tyle ludzi i usiadłem na ławce załamany. Po moich policzkach spływały gorzkie łzy.
Ktoś usiadł obok mnie.
- Connor, nie chciałem, żebyś to widział.
- Jak ja mam Ci ufać? Obiecałeś mi, że więcej tego nie zrobisz.
- Przepraszam, ale jestem cholernie o Ciebie zazdrosny.
- To nie musisz się z tego powodu ciąć. Zrozumiałbym, gdybyś mnie nie puścił do Am.
- Ale to twoja decyzja czy pójdziesz do niej, czy zostaniesz. Nie będę Cię zatrzymywał.. Ale zabolało mnie to, że zostawiłeś mnie.
- Wiesz, że wróciłbym. Nie było mnie zaledwie pięć minut. - Wstałem.
- Chłopcy! Idziemy na salę! - Krzyknął w naszym kierunku doktor.
Udałem się za lekarzem. Weszliśmy na salę. Później wszedł Brad.
- Simpson, nie słyszałeś mnie jak was wołałem?
- Zamyślałem się. - Usiadł na krześle.
Wziąłem swoje krzesło i poszedłem pod drugą ścianę.
- Czyżby, od wczoraj terapia już zadziałała? - Zapytał.
Odpowiedziała mu cisza.
- Chłopaki, co się stało? - Nalegał na różne odpowiedzi.
Rzuciłem do szatyna chłodne spojrzenie.
- Mam dzisiaj wstrzymać terapię, żebyście się odezwali?
- Nie, niech pan prowadzi, może będzie coś nowego. Z chęcią posłucham. - Powiedziałem.
- Czyli dzisiaj będzie spokój? Nie będziecie gadać?
- Nie. - Powiedziałem obojętnie.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- Cały czas będzie się pan powtarzał?
- Żeby wam to wpoić do waszych głów. Kontynuujmy.
Przewróciłem oczami.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
Strasznie się nudziłem. Nie miałem co robić, a słuchać go nie miałem zamiaru.. Patrzyłem to na sufit, to na lampę, to na stolik, to na krzesła..
Mój wzrok utknął na loczku. Serce mnie bolało, kiedy myślałem, o tym co zrobił..
Szatyn chyba poczuł, że jest obserwowany przez dłuższą chwilę i spojrzał na mnie smutno. Podwinął jeden rękaw. Jego ręka była cała w bliznach, a świeże blizny tworzyły niewyraźny napis "Przepraszam".
Do moich oczu napłynęły łzy. Wybiegłem stamtąd.
Uciekłem do pokoju. Rzuciłem się na łóżko i zacząłem wyć i krzyczeć do poduszki. Dławiłem się własnymi łzami. Zacząłem walić pięściami o łóżko.
- Con, co się stało? - Podbiegła Amanda.
- Zostaw mnie. - Powiedziałem przez poduszkę.
- Connorku, co się dzieje?
- NIE MÓW TAK DO MNIE! - Usiadłem na łóżku i odepchnąłem ją.
- Co się z Tobą dzieje? - Była przerażona i cofała się.
- Zostaw mnie w spokoju! - Wrzeszczałem do poduszki.
- Amanda, wyjdź. - Usłyszałem poważny głos.
- Brad, co się dzieje Connorowi?
- Wyjdź, jeżeli nie chcesz, żeby Ci coś zrobił! On ma napad. - Usłyszałem zamknięcie drzwi.
- Dlaczego Ty mi to robisz?! - Ryczałem.
- Ile będę musiał Cię przepraszać? - Podszedł powoli.
- NIE DOTYKAJ MNIE! - Walnąłem go w rękę.
- Connor, uspokój się bo jak personel Cie usłyszy, to wsadzą Cię do izolatki.
- Niech mnie stąd zabiorą! Ja tu dłużej nie wytrzymam!
- Przestań! - Obrócił mnie błyskawicznie i unieruchomił.
Byłem cały czerwony od płaczu i ciężko mi się oddychało. Włożył mi inhalator do ust i zaciągnąłem się.
- Wiesz, że przez to możesz się udusić? Nie krzycz w poduszkę nigdy więcej.
- Powiedziałeś, TY, który sie sam okalecza.
- Auć, to zabolało. Ale ja bynajmniej tu jestem, a ty gdybyś jeszcze tak robił przez.. - Spojrzał na zegarek, który miał na ręce. - dokładnie dziesięć minut, to byś już nie zaczerpnął powietrza.
- Może miałem taki plan?
- Nie sądzę.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Nie jesteś typem samobójcy. Nie potrafiłbyś tego zrobić podświadomie. Ja nie mogę. Wiem, że jestem żałosny, ale nie chcę Cię stracić.. - Puścił mnie
- Ale ranisz mnie i nawet nie wiesz, jak bardzo to mnie boli - Usiadłem
- Jak umrę, to nie wiem gdzie pójdę.. Do nieba mnie nie wezmą..
- Przestań już.
- Ostatnią rzeczą, jaką chcę zobaczyć przed śmiercią, to Ciebie. Szczęśliwego.
- Brad! Przestań! Nie umrzesz! Nie ma nawet takiej opcji! - Wtuliłem się w szatynka. Ten, natomiast pogłaskał mnie po głowie.
- Tak cholernie Cię kocham, że nawet nie wyobrażasz sobie jak mocno. - Zaciągnął nosem.
- Nie płacz. Jestem przy Tobie Aniołku.
sobota, 31 stycznia 2015
czwartek, 29 stycznia 2015
Rozdział 24 Pierwszy Dzień Terapii
- Brakowało nam Ciebie i to nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. - Stanęliśmy na środku korytarza.
Loczek złapał mnie za dłonie.
- Bradziu, wszyscy patrzą. - Zarumieniłem się.
- Niech patrzą. Niech wszyscy wiedzą, że jesteś tylko mój. - Musnął delikatnie moje usta.
- O to mi chodziło proszę pana! - Usłyszałem krzyk Daniela. Błyskawicznie oderwałem się od Brada i spojrzałem na doktora Jacka.
- Proszę pana, nie możemy ich rozdzielić, ponieważ wszędzie są zajęte miejsca. A nie chcemy, żeby pacjent się zabił. Mało co by brakowało, żeby nie umarł z pragnienia odkąd zabraliście Connora.
- Proszę mi zrobić tak, żeby nie był już gejem! - Wkurzył się.
Doktor pokiwał tylko przecząco głową. Daniel podszedł do nas. Loczek przytulił mnie mocno.
- Nie wrócisz do domu, dopóki nie przejdą Ci te bzdury! - Zagroził mi.
- Nie ma pan prawa krzyczeć na niego! - Stanął w mojej obronie szatynek.
- Czy ja z Tobą rozmawiam? Nie. Więc nie wtryniaj się w nie swoje sprawy.
- Pan myśli, że kim ja jestem? Debilem? To, że tutaj trafiłem, nie znaczy, że może pan się do mnie odnosić jak chce!
- Wiesz co znaczy, że tutaj trafiłeś? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę jak bardzo chory jesteś umysłowo?!
- Przestań! - Odepchnąłem mężczyznę. - Nie wolno Ci tak mówić!
- Nie jesteście dla siebie stworzeni! Przejrzyj na oczy! Ty jesteś normalny, ja też. On nie. - Wskazał palcem na Bradzia.
- Co z tego, że nie jest normalny? Jest sobą! Za to go kocham. Ciebie nigdy bym nie pokochał.
- Ah tak?
- Tak. Może i trafił tutaj, ale to nie świadczy o tym, że nie zasługuje na miłość. Każdy zasługuje na nią. Rób co chcesz, ale nie wrócę do was jeżeli nie zaakceptujecie ten związek.
- Connor.. przemyśl swoje słowa, czy ty sam siebie słyszysz?
- Bradzio, to mój Aniołek. - Przytuliłem go i pocałowałem w skroń. - Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko. Tylko, żeby był szczęśliwy. Bo jego szczęście, to moje szczęście. Zabranialiście mi się z nim spotykać, a gdyby nie jego przyjaciółki, nie byłoby go już tutaj. Nie wybaczyłbym wam nigdy tego, gdybym już nigdy go nie zobaczył. On.. Ten loczek, ten tutaj dla Ciebie świr, dla mnie cały mój świat. Gdyby nie on, dawno bym zwariował i wylądował w izolatce. Lecz ty i tak powiesz, że mi odbiło. Masz rację, odbiło mi.. na jego punkcie i wiesz co? Mam gdzieś twój dom, twoje pieniądze. Kiedy nie ma go przy mnie, czuję się jakbym nie miał nic. Nie pozwolę, żebyś go obrażał. Jeżeli go jeszcze raz obrazisz, moje wszystkie nerwy wyleją się na Ciebie. A teraz jestem głodny i idziemy na kolację. Na razie.
Co on sobie wyobraża? Myśli, że jak zacznie wyzywać mojego Aniołka, to pójdę z powrotem do jego domu i wiecznie będę niańczył JEGO dziecko?
- Con.. jesteś taki kochany.. - Rozpłakał się.
- Misiu, nie płacz. - Wtulił się we mnie.
- Nikt tak do mnie nigdy nie mówił, dziękuję raz jeszcze za wszyściutko co dla mnie zrobiłeś.
Zaburczało mi w brzuchu.
- Uhm, pójdziemy w końcu na tą kolację? Na prawdę jestem głodny.
- A będę mógł Cię nakarmić? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bradziu, wiesz, że sam potrafię.
- No wiem.. - rzekł smutnym głosem. - Ale tak słodko wyglądasz kiedy masz pełną buzię.
- Taa, a potem nie mogę tego wszystkiego połknąć. - Zaśmiałem się.
Weszliśmy do stołówki.
- Miło Cię znów widzieć Con - Uśmiechnął się James.
- Mi Ciebie też. - Odwzajemniłem gest.
Wziąłem talerz ze swoją porcją. Była jakaś sałatka z sałatą, kapustą, pomidorem, ogórkiem, kukurydzą i jakimś sosem.
Usiedliśmy przy pustym stoliku.
- Brad, ty nie jesz? - Spojrzałem na szatyna.
- Kiedy Cię widzę, odechciewa mi się jeść. - Oparł się dwoma rękoma i patrzył na mnie z uśmiechem.
- No dobra, możesz mnie nakarmić. - Zlitowałem się.
- Jej. - Ucieszył się i zaczął mnie karmić. - Otwórz szeroko buzię. Ups.
Z widelca spadł kawałek sałaty i poplamiła się bluzka od sosu.
- Bradzio. - Zaśmiałem się i zlizałem sos. - Moja bluzka.
- Oj wypierze się. Otwórz buzię skarbie.
- Brad, też to czujesz?
- Pociąg do Ciebie? Owszem - Uśmiechnął się
- Chodziło mi o wzrok wszystkich, którzy są tutaj, a zwłaszcza Klary i Amandy.
- No no no, ja wiedziałam, że naszemu Bradleyowi na Tobie zależy, ale żeby aż karmić? - Przyszła Klara.
- Naszemu? On jest mój. Tylko mój. - Skończyłem jeść.
- Jeszcze tak długo nie siedziałem tutaj. - Rzekł Brad.
- No widzisz, zmieniam Cię.
- Strasznie. - Powiedział to takim tonem, jakby był jakimś zwierzęciem, a ja jego ofiarą.. Zacząłem się bać.
Odłożyłem talerz i wyszedłem na korytarz. Z loczkiem poszliśmy do pokoju trzymając się za ręce.
Chwilę potem dotarliśmy do naszego pokoju.
- Oo a kogo tu przywiało. - Odezwało się.
- Nie miałaś racji. Connor nigdy mnie nie zostawi. Connor mnie kocha. - Przytulił mnie.
- Co ty mu nagadałaś wstrętna żmijo?
- Mówiłam prawdę jaki jesteś. Po co przyjechałeś?
- Bo miałem... drobne komplikacje, a z resztą. Kto Ci pozwolił krzywdzić mojego Bradzia?
- Jasne. Bo sobie zasłużył.
- Nigdy, ale to przenigdy nie pozwolę, abyś mu zrobiła krzywdę! - Wziąłem do ręki gitarę i zamachnąłem się z całej siły. Jak w golfie.
Usłyszeliśmy wielki huk jak spadła ze schodów. Cisza.
- Zabiłeś ją? - Szepnął.
Po chwili usłyszeliśmy wielki ryk, aż zatkaliśmy sobie uszy. Cisza.
- Connor.. Zabiłeś ją? - Powtórzył nieco głośniej.
- Już nigdy mi Ciebie nie skrzywdzi. A teraz musimy iść się wykąpać.
- Racja. - Wyjąłem z walizki pidżamę, żel i szampon.
Niby nienawidziłem tego miejsca, w którym przebywam, ale gdy jest przy mnie Brad, to wszystko wygląda inaczej.
Po dokładnym odświeżeniu wróciliśmy do pokoju. Była niespokojna cisza.
- Brakowało mi tego.
- Czego?
- Tej ciszy i Ciebie. - Przytulił się do mnie i upadliśmy na jego łóżko.
- Bradziu, mam pomysł.
- Co mój Connorek ciekawego wymyślił? - Leżał na mnie.
- Zróbmy tu mały remont.
- Jak chcesz to zrobić?
- Jako tako, że ledwo się mieścimy na jednym łóżku...
- Ty zboczeńcu - Zaśmiał się.
- No co? Nie chcę spadać jak to zwykle mój tyłek, był prawie na podłodze.
- No niech Ci będzie. - Wstał. - To gdzie, co chcesz.
- A ty nie masz zdania?
- Mi dobrze jest nawet spać na podłodze, byleby z Tobą. - Wzruszył ramionami.
- No dobra, to przesuniemy twoje łóżko do mojego, a tą komodę przestawimy na drugą stronę mojego łóżka.
- Dobrze. Zróbmy tak. - Zaczęliśmy przesuwać.
Zajęło to nam około pół godziny. Zmęczyliśmy się i rzuciliśmy się na łóżko.
- O tak, tak jest mi dobrze. - Powiedziałem okrywając się kołdrą, a jednocześnie tuląc się do loczka.
- Mi też. - Objął mnie i pocałował w czoło.
- Kocham gdy całujesz mnie tak. W ogóle kocham gdy całujesz mnie, przytulasz. A nawet jak się ze mną droczysz.
- Ja? Droczyć się? Kiedy. - Zaśmialiśmy się.
- Wiesz co mam ochotę Ci zrobić?
- Jesteś nieobliczalny. Nie wiem.
- To. - Wpiłem się w jego szyję i zrobiłem mu wielką malinkę.
- To łaskocze. - Zaśmiał się.
- Jesteś naznaczony. Jesteś tylko mój.
- A ty mój. - Pocałował mnie namiętnie w usta.
Loczek złapał mnie za dłonie.
- Bradziu, wszyscy patrzą. - Zarumieniłem się.
- Niech patrzą. Niech wszyscy wiedzą, że jesteś tylko mój. - Musnął delikatnie moje usta.
- O to mi chodziło proszę pana! - Usłyszałem krzyk Daniela. Błyskawicznie oderwałem się od Brada i spojrzałem na doktora Jacka.
- Proszę pana, nie możemy ich rozdzielić, ponieważ wszędzie są zajęte miejsca. A nie chcemy, żeby pacjent się zabił. Mało co by brakowało, żeby nie umarł z pragnienia odkąd zabraliście Connora.
- Proszę mi zrobić tak, żeby nie był już gejem! - Wkurzył się.
Doktor pokiwał tylko przecząco głową. Daniel podszedł do nas. Loczek przytulił mnie mocno.
- Nie wrócisz do domu, dopóki nie przejdą Ci te bzdury! - Zagroził mi.
- Nie ma pan prawa krzyczeć na niego! - Stanął w mojej obronie szatynek.
- Czy ja z Tobą rozmawiam? Nie. Więc nie wtryniaj się w nie swoje sprawy.
- Pan myśli, że kim ja jestem? Debilem? To, że tutaj trafiłem, nie znaczy, że może pan się do mnie odnosić jak chce!
- Wiesz co znaczy, że tutaj trafiłeś? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę jak bardzo chory jesteś umysłowo?!
- Przestań! - Odepchnąłem mężczyznę. - Nie wolno Ci tak mówić!
- Nie jesteście dla siebie stworzeni! Przejrzyj na oczy! Ty jesteś normalny, ja też. On nie. - Wskazał palcem na Bradzia.
- Co z tego, że nie jest normalny? Jest sobą! Za to go kocham. Ciebie nigdy bym nie pokochał.
- Ah tak?
- Tak. Może i trafił tutaj, ale to nie świadczy o tym, że nie zasługuje na miłość. Każdy zasługuje na nią. Rób co chcesz, ale nie wrócę do was jeżeli nie zaakceptujecie ten związek.
- Connor.. przemyśl swoje słowa, czy ty sam siebie słyszysz?
- Bradzio, to mój Aniołek. - Przytuliłem go i pocałowałem w skroń. - Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko. Tylko, żeby był szczęśliwy. Bo jego szczęście, to moje szczęście. Zabranialiście mi się z nim spotykać, a gdyby nie jego przyjaciółki, nie byłoby go już tutaj. Nie wybaczyłbym wam nigdy tego, gdybym już nigdy go nie zobaczył. On.. Ten loczek, ten tutaj dla Ciebie świr, dla mnie cały mój świat. Gdyby nie on, dawno bym zwariował i wylądował w izolatce. Lecz ty i tak powiesz, że mi odbiło. Masz rację, odbiło mi.. na jego punkcie i wiesz co? Mam gdzieś twój dom, twoje pieniądze. Kiedy nie ma go przy mnie, czuję się jakbym nie miał nic. Nie pozwolę, żebyś go obrażał. Jeżeli go jeszcze raz obrazisz, moje wszystkie nerwy wyleją się na Ciebie. A teraz jestem głodny i idziemy na kolację. Na razie.
Co on sobie wyobraża? Myśli, że jak zacznie wyzywać mojego Aniołka, to pójdę z powrotem do jego domu i wiecznie będę niańczył JEGO dziecko?
- Con.. jesteś taki kochany.. - Rozpłakał się.
- Misiu, nie płacz. - Wtulił się we mnie.
- Nikt tak do mnie nigdy nie mówił, dziękuję raz jeszcze za wszyściutko co dla mnie zrobiłeś.
Zaburczało mi w brzuchu.
- Uhm, pójdziemy w końcu na tą kolację? Na prawdę jestem głodny.
- A będę mógł Cię nakarmić? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bradziu, wiesz, że sam potrafię.
- No wiem.. - rzekł smutnym głosem. - Ale tak słodko wyglądasz kiedy masz pełną buzię.
- Taa, a potem nie mogę tego wszystkiego połknąć. - Zaśmiałem się.
Weszliśmy do stołówki.
- Miło Cię znów widzieć Con - Uśmiechnął się James.
- Mi Ciebie też. - Odwzajemniłem gest.
Wziąłem talerz ze swoją porcją. Była jakaś sałatka z sałatą, kapustą, pomidorem, ogórkiem, kukurydzą i jakimś sosem.
Usiedliśmy przy pustym stoliku.
- Brad, ty nie jesz? - Spojrzałem na szatyna.
- Kiedy Cię widzę, odechciewa mi się jeść. - Oparł się dwoma rękoma i patrzył na mnie z uśmiechem.
- No dobra, możesz mnie nakarmić. - Zlitowałem się.
- Jej. - Ucieszył się i zaczął mnie karmić. - Otwórz szeroko buzię. Ups.
Z widelca spadł kawałek sałaty i poplamiła się bluzka od sosu.
- Bradzio. - Zaśmiałem się i zlizałem sos. - Moja bluzka.
- Oj wypierze się. Otwórz buzię skarbie.
- Brad, też to czujesz?
- Pociąg do Ciebie? Owszem - Uśmiechnął się
- Chodziło mi o wzrok wszystkich, którzy są tutaj, a zwłaszcza Klary i Amandy.
- No no no, ja wiedziałam, że naszemu Bradleyowi na Tobie zależy, ale żeby aż karmić? - Przyszła Klara.
- Naszemu? On jest mój. Tylko mój. - Skończyłem jeść.
- Jeszcze tak długo nie siedziałem tutaj. - Rzekł Brad.
- No widzisz, zmieniam Cię.
- Strasznie. - Powiedział to takim tonem, jakby był jakimś zwierzęciem, a ja jego ofiarą.. Zacząłem się bać.
Odłożyłem talerz i wyszedłem na korytarz. Z loczkiem poszliśmy do pokoju trzymając się za ręce.
Chwilę potem dotarliśmy do naszego pokoju.
- Oo a kogo tu przywiało. - Odezwało się.
- Nie miałaś racji. Connor nigdy mnie nie zostawi. Connor mnie kocha. - Przytulił mnie.
- Co ty mu nagadałaś wstrętna żmijo?
- Mówiłam prawdę jaki jesteś. Po co przyjechałeś?
- Bo miałem... drobne komplikacje, a z resztą. Kto Ci pozwolił krzywdzić mojego Bradzia?
- Jasne. Bo sobie zasłużył.
- Nigdy, ale to przenigdy nie pozwolę, abyś mu zrobiła krzywdę! - Wziąłem do ręki gitarę i zamachnąłem się z całej siły. Jak w golfie.
Usłyszeliśmy wielki huk jak spadła ze schodów. Cisza.
- Zabiłeś ją? - Szepnął.
Po chwili usłyszeliśmy wielki ryk, aż zatkaliśmy sobie uszy. Cisza.
- Connor.. Zabiłeś ją? - Powtórzył nieco głośniej.
- Już nigdy mi Ciebie nie skrzywdzi. A teraz musimy iść się wykąpać.
- Racja. - Wyjąłem z walizki pidżamę, żel i szampon.
Niby nienawidziłem tego miejsca, w którym przebywam, ale gdy jest przy mnie Brad, to wszystko wygląda inaczej.
Po dokładnym odświeżeniu wróciliśmy do pokoju. Była niespokojna cisza.
- Brakowało mi tego.
- Czego?
- Tej ciszy i Ciebie. - Przytulił się do mnie i upadliśmy na jego łóżko.
- Bradziu, mam pomysł.
- Co mój Connorek ciekawego wymyślił? - Leżał na mnie.
- Zróbmy tu mały remont.
- Jak chcesz to zrobić?
- Jako tako, że ledwo się mieścimy na jednym łóżku...
- Ty zboczeńcu - Zaśmiał się.
- No co? Nie chcę spadać jak to zwykle mój tyłek, był prawie na podłodze.
- No niech Ci będzie. - Wstał. - To gdzie, co chcesz.
- A ty nie masz zdania?
- Mi dobrze jest nawet spać na podłodze, byleby z Tobą. - Wzruszył ramionami.
- No dobra, to przesuniemy twoje łóżko do mojego, a tą komodę przestawimy na drugą stronę mojego łóżka.
- Dobrze. Zróbmy tak. - Zaczęliśmy przesuwać.
Zajęło to nam około pół godziny. Zmęczyliśmy się i rzuciliśmy się na łóżko.
- O tak, tak jest mi dobrze. - Powiedziałem okrywając się kołdrą, a jednocześnie tuląc się do loczka.
- Mi też. - Objął mnie i pocałował w czoło.
- Kocham gdy całujesz mnie tak. W ogóle kocham gdy całujesz mnie, przytulasz. A nawet jak się ze mną droczysz.
- Ja? Droczyć się? Kiedy. - Zaśmialiśmy się.
- Wiesz co mam ochotę Ci zrobić?
- Jesteś nieobliczalny. Nie wiem.
- To. - Wpiłem się w jego szyję i zrobiłem mu wielką malinkę.
- To łaskocze. - Zaśmiał się.
- Jesteś naznaczony. Jesteś tylko mój.
- A ty mój. - Pocałował mnie namiętnie w usta.
***
Obudził mnie delikatne muśnięcie mych ust.
- Jeszcze chwilkę.. - Mruknąłem przez sen.
- Mój kochany śpioszek. - Przytulił mnie mocno.
Otworzyłem powoli jedno zaspane oko. Po chwili otworzyłem drugie.
- Dzień dobry - Ziewnąłem i uśmiechnąłem się szeroko.
- Mój kotek się obudził. - Pokazał swoje białe zęby.
Usiadłem na łóżku Podrapałem się po głowie.
Czego można chcieć więcej? Budzi Cię twoja miłość i wiesz, że już nic wam nie stanie na drodze do szczęścia.
- Mówiłem Ci już jak działasz na mnie rozczochrany? - Przegryzł wargę.
- Tak, pamiętam. - Schyliłem się i pocałowałem go delikatnie w usta.
- Ubierzmy się podobnie. - Uśmiechnął się i zaczął szperać w mojej walizce.
Wyjął biały T-shirt, Czarne spodnie i koszulę w kratę.
- Masz koszulę w kratkę? - Zapytałem zaspanym głosem.
- Nie, ale zamiast takiej, ubiorę zwykłą czarną. Poza tym mam też takie same spodnie i białą koszulkę.
- Mm Dobra, zgadzam się.. bokserki też mi wybrałeś?
- Tak. - Pocałował mnie w policzek. - Czerwone.
- Niech Ci będzie. - Zaśmiałem się i poszedłem z ubraniami się przebrać.
Kiedy wracałem z pidżamą do pokoju, napotkałem się na McCurdiego.
- Ball, bądź pod moim gabinetem za dziesięć minut z Simpsonem.
- Tak jest.
- Bradziu.. Jack kazał... - Upuściłem z wrażenia swoją pidżamę.
- Ugh, dawno tych spodni nie nosiłem.. trochę mi się wżynają w tyłek..
Spojrzałem na niego raz jeszcze. No ideał. A te spodnie? No, tylko dodawały mu uroku.
- Con, pidżama Ci upadła. - Schylił się i podał mi ubranie.
Objąłem go w pasie i pocałowałem
- Wyglądasz idealnie. - Szepnąłem mu do ucha.
- Connor, mam ciarki. - Zaśmiał się.
- Chodźmy.
- Gdzie?
- Jack kazał nam pójść pod jego gabinet.
- Po co?
- Sam nie wiem, ale chce, żebyśmy przyszli. - Wyszliśmy z pomieszczenia i udaliśmy się w umówione miejsce.
- Cześć chłopcy. - Założył okulary.
- To ty nosisz okulary? - Zdziwiłem się, ponieważ nigdy nie widziałem go w nich.
- Tak.. od pewnego czasu, pogorszył mi się wzrok, cóż przejdziemy teraz do sali, Brad wiesz po co, wytłumacz chłopakowi.
- Do jakiej sali? - Spojrzałem na szatyna.
- No wiesz, dzisiaj twój pierwszy dzień terapii i zobaczysz.
- Terapii?
- Tak, bo widzisz Pan Stelle chce, żebyśmy Cię - zrobił w powietrzu cudzysłów - Wyleczyli.
- A co jeśli nie uda się?
- Jeżeli będziesz uważnie słuchał, to uda się.
Weszliśmy do tej dziwnej sali. Na ścianie z naprzeciwka wyświetlił się ekran.
- No, siadajcie, a ja wam wszystko opowiem. - Podał nam dwa krzesła.
Brad zabrał mi krzesło, więc usiadłem mu na kolanach. Objął mnie.
- Nie, nie, nie! Chłopaki. Możecie siedzieć obok siebie, ale nie na sobie. - Powiedział głośno.
Loczek oddał mi krzesło, ja wstałem i usiadłem obok.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- O jezu, a to co ma być? Lekcja historii? - Spojrzałem na Brada.
- Pomyśl, że codziennie będzie nam to powtarzać.
- Serio? Tylko nie to.. - Załamałem się.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
- Jest. My nią jesteśmy. - Szepnął Bradzio.
- Ty go w ogóle słuchasz?
- Oczywiście, że nie. - Zachichotał cicho. - On tak przynudza, że poczułem się jakbym był w szkole.
- Ja też, na lekcji z wdż, albo historii, albo biologii.
- On myśli, że go słuchamy. Więc udawaj i patrz na niego i kiwaj głową, że niby rozumiem.
- Ale ja to wszystko rozumiem, tylko nie potrafię się odkochać.
- Ja też nie. Nie zmienię orientacji. Poza tym to przyszło nagle. Kiedy Cię zobaczyłem, nie byłem sobą.
- Connor, macie dużo czasu do gadania! Chociaż uważaj, bo przeszkadzasz Bradu. POWINNIŚCIE SŁUCHAĆ CO DO WAS MÓWIĘ.
- Powinniśmy się go bać? - Szepnąłem.
- Raczej nie. On tylko podnosi głos, żeby zwrócić na siebie uwagę, a tak to nie ma się czego bać.
- To olejmy go.
- Nie, lepiej nie. Udawajmy, że go słuchamy, żeby gadał dalej. Im mniej będzie nas upominał, tym szybciej skończy i będziemy mogli stąd wyjść i zająć się sobą.
- Bradziu.. Jack kazał... - Upuściłem z wrażenia swoją pidżamę.
- Ugh, dawno tych spodni nie nosiłem.. trochę mi się wżynają w tyłek..
Spojrzałem na niego raz jeszcze. No ideał. A te spodnie? No, tylko dodawały mu uroku.
- Con, pidżama Ci upadła. - Schylił się i podał mi ubranie.
Objąłem go w pasie i pocałowałem
- Wyglądasz idealnie. - Szepnąłem mu do ucha.
- Connor, mam ciarki. - Zaśmiał się.
- Chodźmy.
- Gdzie?
- Jack kazał nam pójść pod jego gabinet.
- Po co?
- Sam nie wiem, ale chce, żebyśmy przyszli. - Wyszliśmy z pomieszczenia i udaliśmy się w umówione miejsce.
- Cześć chłopcy. - Założył okulary.
- To ty nosisz okulary? - Zdziwiłem się, ponieważ nigdy nie widziałem go w nich.
- Tak.. od pewnego czasu, pogorszył mi się wzrok, cóż przejdziemy teraz do sali, Brad wiesz po co, wytłumacz chłopakowi.
- Do jakiej sali? - Spojrzałem na szatyna.
- No wiesz, dzisiaj twój pierwszy dzień terapii i zobaczysz.
- Terapii?
- Tak, bo widzisz Pan Stelle chce, żebyśmy Cię - zrobił w powietrzu cudzysłów - Wyleczyli.
- A co jeśli nie uda się?
- Jeżeli będziesz uważnie słuchał, to uda się.
Weszliśmy do tej dziwnej sali. Na ścianie z naprzeciwka wyświetlił się ekran.
- No, siadajcie, a ja wam wszystko opowiem. - Podał nam dwa krzesła.
Brad zabrał mi krzesło, więc usiadłem mu na kolanach. Objął mnie.
- Nie, nie, nie! Chłopaki. Możecie siedzieć obok siebie, ale nie na sobie. - Powiedział głośno.
Loczek oddał mi krzesło, ja wstałem i usiadłem obok.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- O jezu, a to co ma być? Lekcja historii? - Spojrzałem na Brada.
- Pomyśl, że codziennie będzie nam to powtarzać.
- Serio? Tylko nie to.. - Załamałem się.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
- Jest. My nią jesteśmy. - Szepnął Bradzio.
- Ty go w ogóle słuchasz?
- Oczywiście, że nie. - Zachichotał cicho. - On tak przynudza, że poczułem się jakbym był w szkole.
- Ja też, na lekcji z wdż, albo historii, albo biologii.
- On myśli, że go słuchamy. Więc udawaj i patrz na niego i kiwaj głową, że niby rozumiem.
- Ale ja to wszystko rozumiem, tylko nie potrafię się odkochać.- Ja też nie. Nie zmienię orientacji. Poza tym to przyszło nagle. Kiedy Cię zobaczyłem, nie byłem sobą.
- Connor, macie dużo czasu do gadania! Chociaż uważaj, bo przeszkadzasz Bradu. POWINNIŚCIE SŁUCHAĆ CO DO WAS MÓWIĘ.
- Powinniśmy się go bać? - Szepnąłem.
- Raczej nie. On tylko podnosi głos, żeby zwrócić na siebie uwagę, a tak to nie ma się czego bać.
- To olejmy go.
- Nie, lepiej nie. Udawajmy, że go słuchamy, żeby gadał dalej. Im mniej będzie nas upominał, tym szybciej skończy i będziemy mogli stąd wyjść i zająć się sobą.
Rozdział 23 Samotny Miesiąc
*Brad*
Wyszedł. Zostałem sam. Przyszedł lekarz i zabrał mnie do pokoju. Powoli snułem się po korytarzu. Nie miałem po co tam wracać. Nikt na mnie tam nie czekał. Wszedłem do pomieszczenia. Pustego pomieszczenia. Usiadłem na łóżku. Na łóżku Cona. Czułem ból. Ból psychiczny. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i trzyma je pod kluczem. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Wstałem i podszedłem do szafy. Wyjąłem z niej małe pudełeczko. Wróciłem na łóżko. Otworzyłem pudełeczko. Wyjąłem jego zawartość. Zdjąłem bransoletki. Przyłożyłem przedmiot do nadgarstka i szybkim ruchem przeciąłem skórę. Krew powoli sączyła się z rany. Przełożyłem ostrzę trochę niżej i znów naciąłem skórę. Powtórzyłem tą czynność jeszcze kilka razy. Krew poplamiła pościel. Szybko przekręciłem pościel i wytarłem krew z ręki chusteczką która znajdowała się w pudełeczku. Schowałem wszystko do pudełeczka i odniosłem je na miejsce. Przekręciłem pościel tak aby nie było widać plam krwi. Założyłem bransoletki i położyłem się. Poduszka pachniała Conem. Zasnąłem wtulony w poduszkę.
***
Poczułem, że ktoś szturcha mnie w ramię.
-Connorek jeszcze 5 minut.
-Brad wstawaj! To ja Amanda. - przetarłem oczy.
-Gdzie Connor? Śniło mi się, że go tu już nie ma.
-Brad... To nie był sen... Wczoraj państwo Stelle go stąd zabrali. - usiadłem na łóżku. - Chodź na kolację.
Pociągnęła mnie za rękę. Syknąłem. Pytająco spojrzała na mnie.
-Za mocno złapałaś i bransoletka mi się wbiła.
-Mhm. Mam pytanie...
-Hm?
-Czemu nosisz tak dużo bransoletek?
-Bo je lubię. Wiesz co? Idź sama nie mam ochoty na jedzenie.
-Jak chcesz to mogę ci tutaj przynieść.
-Kochana jesteś Am, ale na prawdę nie jestem głodny.
Stwierdziłem, że rano się umyję, więc przebrałem się i położyłem się na łóżku Connora. Zasnąłem.
***
Przez kolejne kilka dni nie wychodziłem z pokoju, nie jadłem, nie piłem. Prawie trafiłem do izolatki, ale Amanda i Klara ubłagały lekarzy, że będą się mną zajmować. I tak było. Codziennie przychodziły do mnie z posiłkiem, siedziały ze mną przez prawie cały dzień. Kiedy one już szły spać ja zaczynałem płakać i zabawiać się z żyletką. Po jakiś 5 dniach nie miałem miejsca na lewej ręce, więc przeniosłem się na prawą. Niestety po jakimś czasie tam też nie było miejsca. Rany przeniosły się na uda. Za każdym razem gdy chowałem żyletkę przypominało mi się, co obiecałem Connorowi.
-Obiecałeś mu, że przestaniesz. Żałosny jesteś. Już dawno nie powinno cię tu być.
-Zamknij się kreaturo!
-Następnym razem podetnij żyłę i będzie święty spokój.
-Nie mogę!
-Dlaczego?
-Obiecałem Connorowi...
-Tego idioty tu nie ma. - przerwała mi.
-Nie masz prawa go tak nazywać!
Wyszedłem z pokoju. Długi czas błąkałem się po piętrze. Podszedłem do drzwi pokoju Amandy. Zapukałem.
-Hej Am, dzwonił...
-Nie, przecież wiesz, że jakby zadzwonił to bym ci go dała. - przerwała mi.
-Dzięki. - zamknąłem drzwi i wróciłem do pokoju.
-Zapomniał o tobie.
-Zamknij się. - syknąłem.
-Prawda boli, co?
-Jaka prawda?
-Con tu nie wróci pogódź się z tym.
-Możesz się w końcu zamknąć?! Mam Cię dość!
-On miał Cię dość i Cię zostawił. Już nie wróci. Będziesz zawsze sam. - zacząłem płakać w poduszkę. - Płacz sobie, płacz i tak nikt nie przybiegnie cię pocieszyć.
Zerwałem się z łóżka i odsunąłem łóżko należące kiedyś do Connora. Zacząłem skakać po drzwiach.
-Zam-knij się w ko-ńcu!
-To tak się bawimy... - kreatura kopnęła w drzwi i wylądowałem aż pod szafą.
Przyłożyłem dłoń do skroni. Poczułem coś lepkiego. Krew.
-Mówiłam wam aby ze mną nie zadzierać. To na razie jeszcze nic! - wstałem i przestawiłem z powrotem łóżko.
Nagle do pokoju weszła Amanda.
-Brad! Con dzwoni! Co Ci... - przyłożyłem palec do ust i wziąłem od niej telefon.
-Connor?
-Bradziu!
-Czemu nie dzwoniłeś wcześniej?
-Przepraszam Cię, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce, w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
-No dobrze, już okay.
-Wiesz, - Amanda zostawiła mnie samego. - Nawalam w to dziadostwo wszystkim czym się da, ale ono nie przestaje gadać.
-Deprecha wróciła! Wróciła deprecha. - zmora zaczęła rechotać.
-Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz? - spytał.
-Wiesz, że kiedy słyszę Twój głos od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
-Wyciągnę Cię jakoś stamtąd, Zobaczysz.
-Jak chcesz to zrobić?
-Wszystko w swoim czasie,
-Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
-Bradley, nie teraz, bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
-Z kim jesteś?
-Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie, wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
-Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
-Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
-Serio?
-Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
-Ja Ciebie też, tak mocno. - rozłączył się.
Ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - do środka weszła Amanda.
W ręku trzymała wodę utlenioną, waciki i bandaż.
-Siadaj.
Posłusznie zrobiłem to co mi kazała. Usiadła obok mnie. Polała wodą wacik i zaczęła przemywać mi ranę. Syknąłem. Strasznie piekło.
-Człowieku ja Ty to zrobiłeś?
-Potknąłem się i nie wiem jaki sposobem uderzyłem w szafę. - wzruszyłem ramionami.
-Niezdara z Ciebie.
-Bywa. - owinęła mi bandażem głowę.
-Gotowe.
-Um dziękuje. Idziesz na obiad?
-Bradley Will Simpson sam chce iść na obiad!
-Może coś mi się poprzestawiało jak uderzyłem głową.
-U Ciebie wszystko możliwe.
-Nie no dzięki Am... - wstałem. - Idziesz?
-No idę, idę.
Wyszliśmy na korytarz i udaliśmy się do stołówki. Usiedliśmy przy naszym stoliku.Szybko zjadłem swoją porcję i wyszedłem na korytarz.
-BRADZIO! - ktoś krzyknął.
Odwróciłem się. Ujrzałem Connora.
-O MÓJ BOŻE CONNOR! - podbiegłem do niego. - Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
-Spokojnie EJ, bo wywalisz nas. - zaśmiałem się.
-Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
-Kocham Cię. - wtulił się we mnie.
-Ja Ciebie bardziej. Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
-Nie przesadzaj..
-Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - rozpłakałem się,
-Krwawisz.
-Nie... To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęście moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
***
-Dobra koniec tych opowieści Con. Chodź na kolację.
-Mój biedny Bradzio. - przytulił mnie.
-No już dobrze, już wszystko jest dobrze, na prawdę.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś, że ta kreatura Cię zaatakowała?
-Nie chciałem Cię martwić, a teraz chodź na kolację. - złapałem go za rękę i wyszliśmy na korytarz.
Wyszedł. Zostałem sam. Przyszedł lekarz i zabrał mnie do pokoju. Powoli snułem się po korytarzu. Nie miałem po co tam wracać. Nikt na mnie tam nie czekał. Wszedłem do pomieszczenia. Pustego pomieszczenia. Usiadłem na łóżku. Na łóżku Cona. Czułem ból. Ból psychiczny. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i trzyma je pod kluczem. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Wstałem i podszedłem do szafy. Wyjąłem z niej małe pudełeczko. Wróciłem na łóżko. Otworzyłem pudełeczko. Wyjąłem jego zawartość. Zdjąłem bransoletki. Przyłożyłem przedmiot do nadgarstka i szybkim ruchem przeciąłem skórę. Krew powoli sączyła się z rany. Przełożyłem ostrzę trochę niżej i znów naciąłem skórę. Powtórzyłem tą czynność jeszcze kilka razy. Krew poplamiła pościel. Szybko przekręciłem pościel i wytarłem krew z ręki chusteczką która znajdowała się w pudełeczku. Schowałem wszystko do pudełeczka i odniosłem je na miejsce. Przekręciłem pościel tak aby nie było widać plam krwi. Założyłem bransoletki i położyłem się. Poduszka pachniała Conem. Zasnąłem wtulony w poduszkę.
***
Poczułem, że ktoś szturcha mnie w ramię.
-Connorek jeszcze 5 minut.
-Brad wstawaj! To ja Amanda. - przetarłem oczy.
-Gdzie Connor? Śniło mi się, że go tu już nie ma.
-Brad... To nie był sen... Wczoraj państwo Stelle go stąd zabrali. - usiadłem na łóżku. - Chodź na kolację.
Pociągnęła mnie za rękę. Syknąłem. Pytająco spojrzała na mnie.
-Za mocno złapałaś i bransoletka mi się wbiła.
-Mhm. Mam pytanie...
-Hm?
-Czemu nosisz tak dużo bransoletek?
-Bo je lubię. Wiesz co? Idź sama nie mam ochoty na jedzenie.
-Jak chcesz to mogę ci tutaj przynieść.
-Kochana jesteś Am, ale na prawdę nie jestem głodny.
Stwierdziłem, że rano się umyję, więc przebrałem się i położyłem się na łóżku Connora. Zasnąłem.
***
Przez kolejne kilka dni nie wychodziłem z pokoju, nie jadłem, nie piłem. Prawie trafiłem do izolatki, ale Amanda i Klara ubłagały lekarzy, że będą się mną zajmować. I tak było. Codziennie przychodziły do mnie z posiłkiem, siedziały ze mną przez prawie cały dzień. Kiedy one już szły spać ja zaczynałem płakać i zabawiać się z żyletką. Po jakiś 5 dniach nie miałem miejsca na lewej ręce, więc przeniosłem się na prawą. Niestety po jakimś czasie tam też nie było miejsca. Rany przeniosły się na uda. Za każdym razem gdy chowałem żyletkę przypominało mi się, co obiecałem Connorowi.
-Obiecałeś mu, że przestaniesz. Żałosny jesteś. Już dawno nie powinno cię tu być.
-Zamknij się kreaturo!
-Następnym razem podetnij żyłę i będzie święty spokój.
-Nie mogę!
-Dlaczego?
-Obiecałem Connorowi...
-Tego idioty tu nie ma. - przerwała mi.
-Nie masz prawa go tak nazywać!
Wyszedłem z pokoju. Długi czas błąkałem się po piętrze. Podszedłem do drzwi pokoju Amandy. Zapukałem.
-Hej Am, dzwonił...
-Nie, przecież wiesz, że jakby zadzwonił to bym ci go dała. - przerwała mi.
-Dzięki. - zamknąłem drzwi i wróciłem do pokoju.
-Zapomniał o tobie.
-Zamknij się. - syknąłem.
-Prawda boli, co?
-Jaka prawda?
-Con tu nie wróci pogódź się z tym.
-Możesz się w końcu zamknąć?! Mam Cię dość!
-On miał Cię dość i Cię zostawił. Już nie wróci. Będziesz zawsze sam. - zacząłem płakać w poduszkę. - Płacz sobie, płacz i tak nikt nie przybiegnie cię pocieszyć.
Zerwałem się z łóżka i odsunąłem łóżko należące kiedyś do Connora. Zacząłem skakać po drzwiach.
-Zam-knij się w ko-ńcu!
-To tak się bawimy... - kreatura kopnęła w drzwi i wylądowałem aż pod szafą.
Przyłożyłem dłoń do skroni. Poczułem coś lepkiego. Krew.
-Mówiłam wam aby ze mną nie zadzierać. To na razie jeszcze nic! - wstałem i przestawiłem z powrotem łóżko.
Nagle do pokoju weszła Amanda.
-Brad! Con dzwoni! Co Ci... - przyłożyłem palec do ust i wziąłem od niej telefon.
-Connor?
-Bradziu!
-Czemu nie dzwoniłeś wcześniej?
-Przepraszam Cię, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce, w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
-No dobrze, już okay.
-Wiesz, - Amanda zostawiła mnie samego. - Nawalam w to dziadostwo wszystkim czym się da, ale ono nie przestaje gadać.
-Deprecha wróciła! Wróciła deprecha. - zmora zaczęła rechotać.
-Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz? - spytał.
-Wiesz, że kiedy słyszę Twój głos od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
-Wyciągnę Cię jakoś stamtąd, Zobaczysz.
-Jak chcesz to zrobić?
-Wszystko w swoim czasie,
-Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
-Bradley, nie teraz, bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
-Z kim jesteś?
-Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie, wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
-Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
-Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
-Serio?
-Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
-Ja Ciebie też, tak mocno. - rozłączył się.
Ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - do środka weszła Amanda.
W ręku trzymała wodę utlenioną, waciki i bandaż.
-Siadaj.
Posłusznie zrobiłem to co mi kazała. Usiadła obok mnie. Polała wodą wacik i zaczęła przemywać mi ranę. Syknąłem. Strasznie piekło.
-Człowieku ja Ty to zrobiłeś?
-Potknąłem się i nie wiem jaki sposobem uderzyłem w szafę. - wzruszyłem ramionami.
-Niezdara z Ciebie.
-Bywa. - owinęła mi bandażem głowę.
-Gotowe.
-Um dziękuje. Idziesz na obiad?
-Bradley Will Simpson sam chce iść na obiad!
-Może coś mi się poprzestawiało jak uderzyłem głową.
-U Ciebie wszystko możliwe.
-Nie no dzięki Am... - wstałem. - Idziesz?
-No idę, idę.
Wyszliśmy na korytarz i udaliśmy się do stołówki. Usiedliśmy przy naszym stoliku.Szybko zjadłem swoją porcję i wyszedłem na korytarz.
-BRADZIO! - ktoś krzyknął.
Odwróciłem się. Ujrzałem Connora.
-O MÓJ BOŻE CONNOR! - podbiegłem do niego. - Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
-Spokojnie EJ, bo wywalisz nas. - zaśmiałem się.
-Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
-Kocham Cię. - wtulił się we mnie.
-Ja Ciebie bardziej. Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
-Nie przesadzaj..
-Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - rozpłakałem się,
-Krwawisz.
-Nie... To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęście moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
***
-Dobra koniec tych opowieści Con. Chodź na kolację.
-Mój biedny Bradzio. - przytulił mnie.
-No już dobrze, już wszystko jest dobrze, na prawdę.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś, że ta kreatura Cię zaatakowała?
-Nie chciałem Cię martwić, a teraz chodź na kolację. - złapałem go za rękę i wyszliśmy na korytarz.
środa, 28 stycznia 2015
Rozdział 22 Szokująca Prawda
Małżeństwo Stelle nigdy praktycznie nie byli w domu. Brali nadgodziny, a ja siedziałem w domu i zajmowałem się Maxem. Widywałem ich tylko na śniadaniu. Tak mijały dni i noce, a nawet tygodnie. Chyba już minął miesiąc. Strasznie tęsknię za moim Bradziem. Nie pozwalano mi jechać odwiedzać go, bo gdzie z trzylatkiem. Mają dobre serca, ale zdaje mi się, że większą część w swoim sercu mają swoją pracę niż nas.
Obudziłem się cały zalany potem. Śniło mi się, że coś złego Mia zrobiła Bradziowi, a ja nic nie mogłem zrobić.
Wstałem i się rozciągnąłem, podwinąłem do góry rolety. Jak każdego ranka, Sarah czytała książkę w swoim pokoju. Zauważyła, że wstałem. Pomachała mi, uśmiechnąłem się do niej i odmachałem.
Z przyzwyczajenia, pierwsze gdzie szedłem, to do pokoju Maxa. Chłopak już nie spał.
- Dzień dobry, głodny? - Uśmiechnąłem się, a blondynek wstał uradowany.
Podszedłem do niego i wyciągnąłem z kojca. Loczek przez miesiąc nauczył się chodzić.. to jest niesamowite, jak szybko się uczy. Jeszcze ma problemy ze schodami, ale jakoś sobie radzimy. Zeszliśmy na dół.
- Dzień dobry śpioszki. - Przywitała nas mama Maxa.
Spojrzałem na zegarek. 10:30
- A wy nie w pracy? - Zdziwiłem się.
- Nie, dzisiaj mamy wolne i zaprosiliśmy również państwo Melben na grillowy obiadek. Przyjdzie także Sarah.
- Miło wiedzieć. - Odpowiedziałem i wsadziłem chłopca na krzesełko do karmienia.
- Słyszeliśmy, że spędzacie ze sobą dużo czasu. - Uśmiechnął się Daniel.
- To tylko przyjaciółka.
- Mhm ponoć pomogła Ci napisać piosenkę.
- Do czego zmierzacie?
- Podoba Ci się?
- Przestańcie. - Zmarszczyłem brwi.
- No dobra, nie męczmy chłopaka.
- Dzisiaj powiem wam coś ważnego przy obiedzie.
- A czemu nie teraz? Skoro to takie ważne.
- Ponieważ wtedy będzie też Sarah ze swoimi rodzicami. - Uśmiechnąłem się i nakarmiłem malca.
Daniel zrobił znaczący ruch brwiami w kierunku swojej małżonki.
Wyjąłem chłopaka
- Max, pokaż im co umiesz. - Powiedziałem zachęcająco.
- Tato, Mamo patscie na mnie. - Powiedział i ruszył do nich zgrabnie z podskokami.
Rodzice byli zachwyceni, bo nigdy nie widzieli, że chodzi, kiedy wracali jak on spał.
Ja w tym momencie poszedłem się ubrać i umyć zęby. Zszedłem na dół.
- Idę na dwór. - oznajmiłem
- Bez brata?
- Chodź, idziemy sie ubrać. - To było już trochę męczące, ale dawało się znieść.
Kilka minut później wyszliśmy na dwór. Skierowałem się na plac zabaw.
Niedawno odnalazłem w swojej kurtce swój telefon z liścikiem od Brada, że zwinął go doktorowi i że mam do niego dzwonić pod zapisany przez niego numer telefonu.
W drodze do zaplanowanego miejsca, wybrałem ten numer z kartki.
- Halo? - Odebrała jakaś dziewczyna.
- Yhm, przepraszam, mogłabyś mi powiedzieć do kogo się dodzwoniłem?
- Do Amandy Sparckle.
- Amanda? Z drugiego piętra?
- Tak.. a kto mówi?
- Connor! - Ucieszyłem się.
- O mój boże! Jak ja dawno Cię nie widziałam! Zaraz zawołam Bradleya.
- Proszę, uczyń to. - Poczekałem chwilkę.
Jeszcze kilka minut i prawie byliśmy na placu.
- Connor?
- Bradziu! - Słysząc jego głos byłem szczęśliwy.
- Czemu wcześniej nie dzwoniłeś? - Miał smutny głos.
- Przepraszam Cie, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
- No dobrze, już jest okej.
- Jak sobie radzicie beze mnie?
- Wiesz, - Było słychać zamknięcie drzwi - Nawalam to dziwactwo wszystkim czym się da, ale ono nadal nie przestaje gadać.
- Deprecha wróciła! Wróciła Deprecha! - Zaczęło się rechotać.
- Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz?
Weszliśmy na plac. Nie było nikogo. Mogłem bez problemu przyglądać się maluchowi i jednocześnie rozmawiać przez telefon, nie martwiąc się, że mi się zgubi.
- Wiesz, że kiedy słyszę twój głos to od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
- Wyciągnę Cię jakoś stamtąd. Zobaczysz.
- Jak chcesz to zrobić?
- Wszystko w swoim czasie.
- Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
- Bradley, nie teraz bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
- Z kim jesteś?
- Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
- Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
- Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
- Serio?
- Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też, tak mocno. - Rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni.
Poszedłem do piaskownicy, gdzie Max przebywał. Wziąłem go z zaskoczenia i zacząłem go łaskotać.
Chłopak zaczął się głośno śmiać. Nagle ktoś mnie przytulił od tyłu. Odwróciłem się.
- Oh, Sarah.. Cześć. - Uśmiechnęła się.
- Plac zabaw? Myślałam, że chłopcy w twoim wieku chodzą po stadionach, imprezach
- Cóż, jestem tu z kimś. - Wskazałem na Maxa
- To słodkie.
- Co? - Otrzepałem spodnie z piasku.
- To jak traktujesz swojego młodszego brata. I ogólnie jakie relacje macie. Mnie mój starszy brat na przykład częściej dokuczał, ale i tak się kochaliśmy, bo więź.
- Rozumiem Cię, lecz nie widziałem nigdy Twojego brata.
- Bo on już z nami nie mieszka. Wyjechał do Australii i ma tam jakieś swoje biuro. Rzadko kiedy nas odwiedza.
- Skądś to znam..
- Jesteś strasznie podobny do Petera.
- Kogo?
- Starszego brata Maxa. - Spojrzałem na chłopca, który robił babki z piasku.
- Możesz mi o nim więcej opowiedzieć na osobności?
Poszliśmy na ławkę niedaleko, żebym obserwował Maxymiliana.
- No więc, państwo Stelle mieli jeszcze jednego syna.
- Mieli? To znaczy..
- Tak właśnie. On nie żyje. Zginął przez obrażenia na ciele.. - Powoli zacząłem rozumieć całe ich to zachowanie.
- Uhm, przykro mi, o to pytać, ale dlaczego mnie wybrali? Może wiesz?
- Nie wiem.. Ale chyba się domyślam. Jesteś bardzo dobry dla innych i kochany, słodki..
- Nie słodź już proszę, bo tak głupio trochę mi.
- Dlaczego? - Pogładziła mnie po plecach.
- Bo to ja powinienem Ci prawić komplementy, a nie na odwrót. - Zarumieniła się.
Mój wzrok powrócił natychmiastowo w stronę małego artysty. Nagle poczułem delikatne i miękkie usta na moim policzku. Spojrzałem na nią.
- Do zobaczenia na grillu. - Uciekła.
Zaczynam miewać wrażenie, że się jej podobam.
Spojrzałem na zegarek.
O kurczę, już po 14, a o 15 obiad.
Podbiegłem do chłopaka.
- Max, zbieramy się. Zaraz obiad będzie.
- Pac. - wskazał na rysunek na piasku.
- Co to jest?
- To jetes ty, to ja, to mama, a to tata.
- A to? Kto? - Wskazałem na osobę, która była obok mnie.
- Twój Bladzio. Slyszałem, ze rozmawiales z nim. - Spojrzał mi w oczy z dołu.
Po policzku spłynęła jedna łza. Łza tęsknoty i miłości.
- Kocham Cię młody. - Przytuliłem go i pocałowałem w głowe.
Otrzepałem go lekko z piachu
- Masz piasek w butach?
- Nie.
- To dobrze, chodź musimy się spieszyć.
- Na balana! - Popatrzył błagalnie tymi swoimi oczami.
- No dobra. Niech Ci będzie. - Podniosłem go wysoko do góry i posadziłem go na swoich barkach. - Trzymasz się?
- Tak. - Ruszyłem szybkim krokiem do domu.
Obudziłem się cały zalany potem. Śniło mi się, że coś złego Mia zrobiła Bradziowi, a ja nic nie mogłem zrobić.
Wstałem i się rozciągnąłem, podwinąłem do góry rolety. Jak każdego ranka, Sarah czytała książkę w swoim pokoju. Zauważyła, że wstałem. Pomachała mi, uśmiechnąłem się do niej i odmachałem.
Z przyzwyczajenia, pierwsze gdzie szedłem, to do pokoju Maxa. Chłopak już nie spał.
- Dzień dobry, głodny? - Uśmiechnąłem się, a blondynek wstał uradowany.
Podszedłem do niego i wyciągnąłem z kojca. Loczek przez miesiąc nauczył się chodzić.. to jest niesamowite, jak szybko się uczy. Jeszcze ma problemy ze schodami, ale jakoś sobie radzimy. Zeszliśmy na dół.
- Dzień dobry śpioszki. - Przywitała nas mama Maxa.
Spojrzałem na zegarek. 10:30
- A wy nie w pracy? - Zdziwiłem się.
- Nie, dzisiaj mamy wolne i zaprosiliśmy również państwo Melben na grillowy obiadek. Przyjdzie także Sarah.
- Miło wiedzieć. - Odpowiedziałem i wsadziłem chłopca na krzesełko do karmienia.
- Słyszeliśmy, że spędzacie ze sobą dużo czasu. - Uśmiechnął się Daniel.
- To tylko przyjaciółka.
- Mhm ponoć pomogła Ci napisać piosenkę.
- Do czego zmierzacie?
- Podoba Ci się?
- Przestańcie. - Zmarszczyłem brwi.
- No dobra, nie męczmy chłopaka.
- Dzisiaj powiem wam coś ważnego przy obiedzie.
- A czemu nie teraz? Skoro to takie ważne.
- Ponieważ wtedy będzie też Sarah ze swoimi rodzicami. - Uśmiechnąłem się i nakarmiłem malca.
Daniel zrobił znaczący ruch brwiami w kierunku swojej małżonki.
Wyjąłem chłopaka
- Max, pokaż im co umiesz. - Powiedziałem zachęcająco.
- Tato, Mamo patscie na mnie. - Powiedział i ruszył do nich zgrabnie z podskokami.
Rodzice byli zachwyceni, bo nigdy nie widzieli, że chodzi, kiedy wracali jak on spał.
Ja w tym momencie poszedłem się ubrać i umyć zęby. Zszedłem na dół.
- Idę na dwór. - oznajmiłem
- Bez brata?
- Chodź, idziemy sie ubrać. - To było już trochę męczące, ale dawało się znieść.
Kilka minut później wyszliśmy na dwór. Skierowałem się na plac zabaw.
Niedawno odnalazłem w swojej kurtce swój telefon z liścikiem od Brada, że zwinął go doktorowi i że mam do niego dzwonić pod zapisany przez niego numer telefonu.
W drodze do zaplanowanego miejsca, wybrałem ten numer z kartki.
- Halo? - Odebrała jakaś dziewczyna.
- Yhm, przepraszam, mogłabyś mi powiedzieć do kogo się dodzwoniłem?
- Do Amandy Sparckle.
- Amanda? Z drugiego piętra?
- Tak.. a kto mówi?
- Connor! - Ucieszyłem się.
- O mój boże! Jak ja dawno Cię nie widziałam! Zaraz zawołam Bradleya.
- Proszę, uczyń to. - Poczekałem chwilkę.
Jeszcze kilka minut i prawie byliśmy na placu.
- Connor?
- Bradziu! - Słysząc jego głos byłem szczęśliwy.
- Czemu wcześniej nie dzwoniłeś? - Miał smutny głos.
- Przepraszam Cie, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
- No dobrze, już jest okej.
- Jak sobie radzicie beze mnie?
- Wiesz, - Było słychać zamknięcie drzwi - Nawalam to dziwactwo wszystkim czym się da, ale ono nadal nie przestaje gadać.
- Deprecha wróciła! Wróciła Deprecha! - Zaczęło się rechotać.
- Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz?
Weszliśmy na plac. Nie było nikogo. Mogłem bez problemu przyglądać się maluchowi i jednocześnie rozmawiać przez telefon, nie martwiąc się, że mi się zgubi.
- Wiesz, że kiedy słyszę twój głos to od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
- Wyciągnę Cię jakoś stamtąd. Zobaczysz.
- Jak chcesz to zrobić?
- Wszystko w swoim czasie.
- Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
- Bradley, nie teraz bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
- Z kim jesteś?
- Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
- Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
- Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
- Serio?
- Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też, tak mocno. - Rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni.
Poszedłem do piaskownicy, gdzie Max przebywał. Wziąłem go z zaskoczenia i zacząłem go łaskotać.
Chłopak zaczął się głośno śmiać. Nagle ktoś mnie przytulił od tyłu. Odwróciłem się.
- Oh, Sarah.. Cześć. - Uśmiechnęła się.
- Plac zabaw? Myślałam, że chłopcy w twoim wieku chodzą po stadionach, imprezach
- Cóż, jestem tu z kimś. - Wskazałem na Maxa
- To słodkie.
- Co? - Otrzepałem spodnie z piasku.
- To jak traktujesz swojego młodszego brata. I ogólnie jakie relacje macie. Mnie mój starszy brat na przykład częściej dokuczał, ale i tak się kochaliśmy, bo więź.
- Rozumiem Cię, lecz nie widziałem nigdy Twojego brata.
- Bo on już z nami nie mieszka. Wyjechał do Australii i ma tam jakieś swoje biuro. Rzadko kiedy nas odwiedza.
- Skądś to znam..
- Jesteś strasznie podobny do Petera.
- Kogo?
- Starszego brata Maxa. - Spojrzałem na chłopca, który robił babki z piasku.
- Możesz mi o nim więcej opowiedzieć na osobności?
Poszliśmy na ławkę niedaleko, żebym obserwował Maxymiliana.
- No więc, państwo Stelle mieli jeszcze jednego syna.
- Mieli? To znaczy..
- Tak właśnie. On nie żyje. Zginął przez obrażenia na ciele.. - Powoli zacząłem rozumieć całe ich to zachowanie.
- Uhm, przykro mi, o to pytać, ale dlaczego mnie wybrali? Może wiesz?
- Nie wiem.. Ale chyba się domyślam. Jesteś bardzo dobry dla innych i kochany, słodki..
- Nie słodź już proszę, bo tak głupio trochę mi.
- Dlaczego? - Pogładziła mnie po plecach.
- Bo to ja powinienem Ci prawić komplementy, a nie na odwrót. - Zarumieniła się.
Mój wzrok powrócił natychmiastowo w stronę małego artysty. Nagle poczułem delikatne i miękkie usta na moim policzku. Spojrzałem na nią.
- Do zobaczenia na grillu. - Uciekła.
Zaczynam miewać wrażenie, że się jej podobam.
Spojrzałem na zegarek.
O kurczę, już po 14, a o 15 obiad.
Podbiegłem do chłopaka.
- Max, zbieramy się. Zaraz obiad będzie.
- Pac. - wskazał na rysunek na piasku.
- Co to jest?
- To jetes ty, to ja, to mama, a to tata.
- A to? Kto? - Wskazałem na osobę, która była obok mnie.
- Twój Bladzio. Slyszałem, ze rozmawiales z nim. - Spojrzał mi w oczy z dołu.
Po policzku spłynęła jedna łza. Łza tęsknoty i miłości.
- Kocham Cię młody. - Przytuliłem go i pocałowałem w głowe.
Otrzepałem go lekko z piachu
- Masz piasek w butach?
- Nie.
- To dobrze, chodź musimy się spieszyć.
- Na balana! - Popatrzył błagalnie tymi swoimi oczami.
- No dobra. Niech Ci będzie. - Podniosłem go wysoko do góry i posadziłem go na swoich barkach. - Trzymasz się?
- Tak. - Ruszyłem szybkim krokiem do domu.
***
- No w końcu jesteście! Zaczynałam się martwić.. Na dodatek telefonu nie odbierałeś.
- Przepraszam.. zagadałem się przez telefon i tak jakoś wyszło.
- No już, przebierzcie się umyjcie ręce i chodźcie na taras.
Poszedłem jak kazała. Najpierw przebrałem Maxa.
Po drodze zdjąłem już koszulkę i wszedłem do pokoju.
- O, nie wiedziałem, że jesteś tutaj.. że w moim pokoju.. To znaczy Petera..
- Nic nie szkodzi.. - Podeszła do mnie.
- Coś nie tak?
- Nie.. Po prostu jesteś idealnie zbudowany. Ładna sylwetka.
- Uhm, dzięki. - Podszedłem do szafy, Ubrałem koszulę w kratkę i przebrałem szorty.
Wyjrzałem zza drzwiczek.
- Nadal tu jesteś? - Zdziwiłem się.
- Tak, czekam na Ciebie. - Uśmiechnęła się. Z półki spadło mi na głowę kilka rzeczy.
Nie miałem czasu ich układać, więc wepchnąłem wszystko i zamknąłem szafę.
- Gotowy? - Z jej twarzy nigdy nie znikał uśmiech. Szkoda, że Bradzio tak nie miał...
Poprawiłem jeszcze grzywkę i zeszliśmy na dół, na taras.
- No, przyszli w końcu. Siadajcie. - Zasunąłem krzesło, na które usiadła blondynka. Sam zaś usiadłem obok.
Daniel patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał.
- No więc, chodzicie ze sobą? - Zapytał się ojciec dziewczyny.
- Misiek! Nie pytaj ich teraz, bo zaraz wyskoczy, że będą mieli dziecko. - Zaśmiała się jego małżonka.
- Nie będziemy mieli dzieci. - Uśmiechnąłem się.
- To był żart Connor. - Popatrzyła się na mnie Isa.
- Muszę wam powiedzieć, że wasza córka jest piękna i inteligentna. Pewnie chłopcy ustawiają się do niej w kolejce by dostać całusa. - Zarumieniła się.
- To takie..
- Cii nie skończyłem jeszcze. Chciałbym powiedzieć, że niestety, ale nie mógłbym być z pańską córką.
- Dlaczego? Przecież sam powiedziałeś, że praktycznie niczego jej nie brakuje.
- Owszem, nie brakuje, ale..
- Connoj ma Bladzia! - Krzyknął Max i podbiegł do mnie.
- Co? - Zdziwili się rodzice malca.
- Tak, młody. Masz rację. - Podniosłem go na ręce. - Jestem gejem.
Daniel zaczął się krztusić kawałkiem ugryzionego hot-doga.
Sąsiedzi popatrzyli się po sobie.
- Hahahaha jakie to śmieszne! - Zaczęła się śmiać Isa. - Connor, ty jak powiesz żart, to nie wiadomo czy to na poważnie, czy nie.
- Ale to nie jest żart. - Zapewniłem.
Wszystkich zatkało. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Nagle wstał Daniel z poważną miną i zmarszczonym czołem.
- Skarbie, zabierz od niego Maxa.
- Ale dlaczego?
- Już! - Kobieta posłuchała się i zabrała ode mnie brzdąca. - Traktowałem Cię jak syna, pozwoliłem, żebyś z nami zamieszkał, a ty mi się tak odpłacasz?
- Bycie gejem to coś złego?
- Pakuj się. NATYCHMIAST! - Usiadł z powrotem na krzesło.
Miałem łzy w oczach. Chciałem jak najlepiej.. A on po prostu nie potrafi mnie zrozumieć. Nawet nie chce mnie zrozumieć.
Szybko spakowałem swoje rzeczy wraz z gitarą. Wyszedłem z pokoju. Słyszałem kłótnię.
- Nie możesz go tak po prostu wyrzucić! - Zszedłem na dół.
- Nie wtrącaj się kobieto! Pomyślałaś co to będzie, jak nasz syn podrośnie i jego zgwałci?!
- Nie jestem pedofilem. - Powiedziałem z poważną miną.
W zamian otrzymałem tylko jego zimne spojrzenie.
- Daj mi to. - Wyrwał mi z ręki walizkę - Masz być zaraz w samochodzie! - Wyszedł
- Nie chciałem źle.. Lecz nie mogę kogoś pokochać na przymus.
- Rozumiem Cię.
- Hej, młody. Nie płacz. Bądź silny. Bądź tak silny i wysportowany jak Peter.
- Skąd Ty wiesz? - Poleciały jej łzy.
- Poświęcajcie trochę więcej czasu Maxowi.. Na prawdę. On tego potrzebuje. On potrzebuje rodziców. Nie niańki.
Kiwnęła głową. Przytuliłem ich ostatni raz.
Wyszedłem z domu. Podszedłem do auta. Wsiadłem do niego i zapiąłem pasy.
- Wywieziesz mnie na jakieś odludzie, żebym się wykończył psychicznie?
- W pewnym sensie. - Powiedział obojętnie.
Przełknąłem ślinę. Nie wiem do czego może być zdolny ten człowiek..
Zerknąłem przez szybę na jego żonę, która trzymała malucha. Pomachałem im. Odwzajemnili.
Jechaliśmy w milczeniu. Nawet radio nie chciało się włączyć.
Napisałem do mojej prawdziwej matki sms'a o treści "Nienawidzę was z całego swojego serca".
Chwilę potem odpisała "Przepraszam". Po moich policzkach spłynęły dwie łzy.
- Nie będzie tam aż tak źle. Nie musisz ryczeć.
- Nie z tego powodu.. - Odpowiedziałem smutno.
- To czemu?
- Jak pan by się czuł, gdyby twoi rodzice się ciebie wyrzekli?
- Nie znałem swoich rodziców. - Odpowiedział obojętnie.
- Przepraszam.
- Wiesz co, bardzo Cię lubię. Na prawdę myślałem, że dasz radę być moim synem. Zrobiłem to wszystko dla mojej żony i dziecka.
- Ale ja mam chłopaka. Czemu nie możesz tego zaakceptować?
- Dam Ci ostatnią szansę. - Skręcił w jedną z ulic.
- Serio?
- Tak. Ale jak Ci przejdzie. To wtedy będziesz mógł już wrócić.
- Przejdzie co? - Zatrzymaliśmy się na parkingu.
- Miłość do chłopców.
- Nie da się tak.
- Tutaj są specjaliści. - Wepchnął mnie do środka. - Idziemy do góry.
- Czy ja już nie mogę mieć swojego zdania?
- Nie. Ruchy. - Pospieszał mnie.
- Tutaj?
- Nie, jeszcze jedno piętro. - Powiedział ledwo. - Nienawidzę schodów
- Ja też.
- Idź na góre!
- To chociaż daj mi moją walizkę, będzie Ci lepiej. - Wziąłem swój bagaż i wszedłem na górę po schodach.
Kojarzę skądś to miejsce.. to nie może być....
Otworzyłem drzwi i wszedłem na korytarz.
Ujrzałem Bradzia.
Mojego Bradzia! Jeju płakać mi się chcę. Tak dawno go nie widziałem. Tak dawno go nie przytulałem. Tak dawno nie czułem jego zapachu, dotyku.. jego ust.
- BRADZIO!! - Krzyknąłem na całe gardło, aż mnie zabolało.
Loczek odwrócił się i zaczął coś tam krzyczeć. Po chwili przybiegł do mnie i mocno się przytuliliśmy.
- Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
- Spokojnie EJ bo wywalisz nas. - Zaśmiałem się.
- Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
- Kocham Cię.- Wtuliłem się w loczka.
- Ja Ciebie bardziej, Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
- Nie przesadzaj..
- Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - Rozpłakał się.
- Krwawisz.
- Nie.. To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęścia moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
- Przepraszam.. zagadałem się przez telefon i tak jakoś wyszło.
- No już, przebierzcie się umyjcie ręce i chodźcie na taras.
Poszedłem jak kazała. Najpierw przebrałem Maxa.
Po drodze zdjąłem już koszulkę i wszedłem do pokoju.
- O, nie wiedziałem, że jesteś tutaj.. że w moim pokoju.. To znaczy Petera..
- Nic nie szkodzi.. - Podeszła do mnie.
- Coś nie tak?
- Nie.. Po prostu jesteś idealnie zbudowany. Ładna sylwetka.
- Uhm, dzięki. - Podszedłem do szafy, Ubrałem koszulę w kratkę i przebrałem szorty.
Wyjrzałem zza drzwiczek.
- Nadal tu jesteś? - Zdziwiłem się.
- Tak, czekam na Ciebie. - Uśmiechnęła się. Z półki spadło mi na głowę kilka rzeczy.
Nie miałem czasu ich układać, więc wepchnąłem wszystko i zamknąłem szafę.
- Gotowy? - Z jej twarzy nigdy nie znikał uśmiech. Szkoda, że Bradzio tak nie miał...
Poprawiłem jeszcze grzywkę i zeszliśmy na dół, na taras.
- No, przyszli w końcu. Siadajcie. - Zasunąłem krzesło, na które usiadła blondynka. Sam zaś usiadłem obok.
Daniel patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał.
- No więc, chodzicie ze sobą? - Zapytał się ojciec dziewczyny.
- Misiek! Nie pytaj ich teraz, bo zaraz wyskoczy, że będą mieli dziecko. - Zaśmiała się jego małżonka.
- Nie będziemy mieli dzieci. - Uśmiechnąłem się.
- To był żart Connor. - Popatrzyła się na mnie Isa.
- Muszę wam powiedzieć, że wasza córka jest piękna i inteligentna. Pewnie chłopcy ustawiają się do niej w kolejce by dostać całusa. - Zarumieniła się.
- To takie..
- Cii nie skończyłem jeszcze. Chciałbym powiedzieć, że niestety, ale nie mógłbym być z pańską córką.
- Dlaczego? Przecież sam powiedziałeś, że praktycznie niczego jej nie brakuje.
- Owszem, nie brakuje, ale..
- Connoj ma Bladzia! - Krzyknął Max i podbiegł do mnie.
- Co? - Zdziwili się rodzice malca.
- Tak, młody. Masz rację. - Podniosłem go na ręce. - Jestem gejem.
Daniel zaczął się krztusić kawałkiem ugryzionego hot-doga.
Sąsiedzi popatrzyli się po sobie.
- Hahahaha jakie to śmieszne! - Zaczęła się śmiać Isa. - Connor, ty jak powiesz żart, to nie wiadomo czy to na poważnie, czy nie.
- Ale to nie jest żart. - Zapewniłem.
Wszystkich zatkało. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Nagle wstał Daniel z poważną miną i zmarszczonym czołem.
- Skarbie, zabierz od niego Maxa.
- Ale dlaczego?
- Już! - Kobieta posłuchała się i zabrała ode mnie brzdąca. - Traktowałem Cię jak syna, pozwoliłem, żebyś z nami zamieszkał, a ty mi się tak odpłacasz?
- Bycie gejem to coś złego?
- Pakuj się. NATYCHMIAST! - Usiadł z powrotem na krzesło.
Miałem łzy w oczach. Chciałem jak najlepiej.. A on po prostu nie potrafi mnie zrozumieć. Nawet nie chce mnie zrozumieć.
Szybko spakowałem swoje rzeczy wraz z gitarą. Wyszedłem z pokoju. Słyszałem kłótnię.
- Nie możesz go tak po prostu wyrzucić! - Zszedłem na dół.
- Nie wtrącaj się kobieto! Pomyślałaś co to będzie, jak nasz syn podrośnie i jego zgwałci?!
- Nie jestem pedofilem. - Powiedziałem z poważną miną.
W zamian otrzymałem tylko jego zimne spojrzenie.
- Daj mi to. - Wyrwał mi z ręki walizkę - Masz być zaraz w samochodzie! - Wyszedł
- Nie chciałem źle.. Lecz nie mogę kogoś pokochać na przymus.
- Rozumiem Cię.
- Hej, młody. Nie płacz. Bądź silny. Bądź tak silny i wysportowany jak Peter.
- Skąd Ty wiesz? - Poleciały jej łzy.
- Poświęcajcie trochę więcej czasu Maxowi.. Na prawdę. On tego potrzebuje. On potrzebuje rodziców. Nie niańki.
Kiwnęła głową. Przytuliłem ich ostatni raz.
Wyszedłem z domu. Podszedłem do auta. Wsiadłem do niego i zapiąłem pasy.
- Wywieziesz mnie na jakieś odludzie, żebym się wykończył psychicznie?
- W pewnym sensie. - Powiedział obojętnie.
Przełknąłem ślinę. Nie wiem do czego może być zdolny ten człowiek..
Zerknąłem przez szybę na jego żonę, która trzymała malucha. Pomachałem im. Odwzajemnili.
Jechaliśmy w milczeniu. Nawet radio nie chciało się włączyć.
Napisałem do mojej prawdziwej matki sms'a o treści "Nienawidzę was z całego swojego serca".
Chwilę potem odpisała "Przepraszam". Po moich policzkach spłynęły dwie łzy.
- Nie będzie tam aż tak źle. Nie musisz ryczeć.
- Nie z tego powodu.. - Odpowiedziałem smutno.
- To czemu?
- Jak pan by się czuł, gdyby twoi rodzice się ciebie wyrzekli?
- Nie znałem swoich rodziców. - Odpowiedział obojętnie.
- Przepraszam.
- Wiesz co, bardzo Cię lubię. Na prawdę myślałem, że dasz radę być moim synem. Zrobiłem to wszystko dla mojej żony i dziecka.
- Ale ja mam chłopaka. Czemu nie możesz tego zaakceptować?
- Dam Ci ostatnią szansę. - Skręcił w jedną z ulic.
- Serio?
- Tak. Ale jak Ci przejdzie. To wtedy będziesz mógł już wrócić.
- Przejdzie co? - Zatrzymaliśmy się na parkingu.
- Miłość do chłopców.
- Nie da się tak.
- Tutaj są specjaliści. - Wepchnął mnie do środka. - Idziemy do góry.
- Czy ja już nie mogę mieć swojego zdania?
- Nie. Ruchy. - Pospieszał mnie.
- Tutaj?
- Nie, jeszcze jedno piętro. - Powiedział ledwo. - Nienawidzę schodów
- Ja też.
- Idź na góre!
- To chociaż daj mi moją walizkę, będzie Ci lepiej. - Wziąłem swój bagaż i wszedłem na górę po schodach.
Kojarzę skądś to miejsce.. to nie może być....
Otworzyłem drzwi i wszedłem na korytarz.
Ujrzałem Bradzia.
Mojego Bradzia! Jeju płakać mi się chcę. Tak dawno go nie widziałem. Tak dawno go nie przytulałem. Tak dawno nie czułem jego zapachu, dotyku.. jego ust.
- BRADZIO!! - Krzyknąłem na całe gardło, aż mnie zabolało.
Loczek odwrócił się i zaczął coś tam krzyczeć. Po chwili przybiegł do mnie i mocno się przytuliliśmy.- Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
- Spokojnie EJ bo wywalisz nas. - Zaśmiałem się.
- Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
- Kocham Cię.- Wtuliłem się w loczka.
- Ja Ciebie bardziej, Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
- Nie przesadzaj..
- Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - Rozpłakał się.
- Krwawisz.
- Nie.. To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęścia moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
Rozdział 21 Nowy "Dom"
Wsiadłem do samochodu, zapiąłem pasy. Pomachałem loczkowi, ale nie odmachał mi, ponieważ wzięli go lekarze. Pojazd ruszył.
Przecież tego chciałem.. Chciałem stąd uciec od początku. Dlaczego mnie to nie cieszy? HALO! Wyszedłem stąd!
- Wiemy o tobie prawie wszystko od lekarza. Może opowiesz nam coś o sobie? - Zapytała kobieta.
- A może państwo pierw mi powiedzą, kim państwo są? Wy o mnie coś wiecie, ja o was nic.
- Ma chłopak rację. - Przytaknął mężczyzna prowadzący auto.
- No dobrze, nazywam się Isabella Stelle, a to mój mąż Daniel. Mieszkamy niedaleko.
- Mam pytanie. - Przerwałem niegrzecznie.
- Tak?
- Dlaczego akurat wzięliście mnie stamtąd, a nie z Domu Dziecka? Dlaczego nie mogłem wziąć ze sobą Brada? Nie stwarzałby problemów.
- Connor, spokojnie. Nie mogliśmy. Ja rozumiem, że jesteście przyjaciółmi..
- Już jesteśmy na miejscu! - Powiedział uradowany Daniel i zatrzymał auto na podwórku.
Odpiąłem pasy, otworzyłem drzwi i wyszedłem z pojazdu. Zaczerpnąłem tego świeżego powietrza.
- No, witaj w domu, słonko. - Pogładziła mnie po ramieniu Isabella.
Myślałem, że śnię.
Ten dom, a raczej willa była jak z innego świata. Widać, że mają pieniądze. Jestem ciekaw, czy za mnie zapłacili..
Rozejrzałem się dokładnie. Spojrzałem na uśmiechniętą parę za mną.
- No śmiało, wejdź do środka. - Powiedziała kobieta.
Po ścieżce zrobionej z płaskich kamieni podszedłem pod drzwi. Ciemno brązowe, a klamka złota. Prawdziwego złota. Powoli otworzyłem drzwi. Wszedłem do wnętrza pałacu. Był ogromny!
Nagle usłyszałem wycie dziecka. Wszedłem na górę po rozłożystych białych schodach. Otworzyłem jeden z pięciu pokoi wszedłem do środka.
To był pokój dziecięcy. Cały był w misiach, pluszowych misiach. Ogólnie to cały pokój był taki słodki i bezpieczny dla maluszka. Dziecko ucichło. Przyglądało mi się uważnie. Spojrzałem na małego loczkowatego blondynka w kojcu. Miał szafirowe oczka i czerwone policzki od płaczu.
Przypominał mi mojego Bradzia.. przez czuprynkę. Kucnąłem przed kojcem.
- Cześć. Chcesz wyjść? - Powiedziałem ściszonym głosem.
Chłopczyk odpowiedział powolnym kiwnięciem główką. Na oko miał 3 latka.
- To chodź. - Wstałem, chłopiec wyciągnął do mnie swoje małe rączki, a ja chwyciłem go pod pachami.
Przytulił mnie mocno. Pogładziłem go leciutko po plecach.
- Glodny jestem. - Powiedział szeptem w moje lewe ucho.
Na tę wiadomość wyszedłem z nim z pokoju i udałem się na dół.
- Dobrze, powiedz mi gdzie jest kuchnia? - Trzymałem go mocno.
Odkleił się ode mnie i wskazał mi drogę. Pokierował nas do salonu. Tam siedziała pani tego domu.
- Przepraszam, ale malec mówi, że jest głodny.
- Maxuś! - Odwróciła się nagle. - Ojej wziąłeś go na ręce? To takie kochane. Dziękuję.
Podeszła i zabrała malca.
A więc tak ma na imię.. hm ładnie. Pasuje mu.
- Chodź, pokażę Ci gdzie będziesz miał pokój. - Powiedział Daniel tachając moją walizkę.
- Niech pan mi ją da. - Wziąłem i weszliśmy na górę.
- Obok pokoju Maxa będziesz mieć.
- Obojętnie mi to, na prawdę. - Wszedłem pierwszy.
Zatkało mnie. Miałem normalnie udekorowany pokój. No, raczej nie tak bardzo normalny.. Był udekorowany na sportowo. Były różne trofea. Wziąłem jeden delikatnie i przeczytałem.
Przecież tego chciałem.. Chciałem stąd uciec od początku. Dlaczego mnie to nie cieszy? HALO! Wyszedłem stąd!
- Wiemy o tobie prawie wszystko od lekarza. Może opowiesz nam coś o sobie? - Zapytała kobieta.
- A może państwo pierw mi powiedzą, kim państwo są? Wy o mnie coś wiecie, ja o was nic.
- Ma chłopak rację. - Przytaknął mężczyzna prowadzący auto.
- No dobrze, nazywam się Isabella Stelle, a to mój mąż Daniel. Mieszkamy niedaleko.
- Mam pytanie. - Przerwałem niegrzecznie.
- Tak?
- Dlaczego akurat wzięliście mnie stamtąd, a nie z Domu Dziecka? Dlaczego nie mogłem wziąć ze sobą Brada? Nie stwarzałby problemów.
- Connor, spokojnie. Nie mogliśmy. Ja rozumiem, że jesteście przyjaciółmi..
- Już jesteśmy na miejscu! - Powiedział uradowany Daniel i zatrzymał auto na podwórku.
Odpiąłem pasy, otworzyłem drzwi i wyszedłem z pojazdu. Zaczerpnąłem tego świeżego powietrza.
- No, witaj w domu, słonko. - Pogładziła mnie po ramieniu Isabella.
Myślałem, że śnię.
Ten dom, a raczej willa była jak z innego świata. Widać, że mają pieniądze. Jestem ciekaw, czy za mnie zapłacili..
Rozejrzałem się dokładnie. Spojrzałem na uśmiechniętą parę za mną.
- No śmiało, wejdź do środka. - Powiedziała kobieta.
Po ścieżce zrobionej z płaskich kamieni podszedłem pod drzwi. Ciemno brązowe, a klamka złota. Prawdziwego złota. Powoli otworzyłem drzwi. Wszedłem do wnętrza pałacu. Był ogromny!
Nagle usłyszałem wycie dziecka. Wszedłem na górę po rozłożystych białych schodach. Otworzyłem jeden z pięciu pokoi wszedłem do środka.
To był pokój dziecięcy. Cały był w misiach, pluszowych misiach. Ogólnie to cały pokój był taki słodki i bezpieczny dla maluszka. Dziecko ucichło. Przyglądało mi się uważnie. Spojrzałem na małego loczkowatego blondynka w kojcu. Miał szafirowe oczka i czerwone policzki od płaczu.
Przypominał mi mojego Bradzia.. przez czuprynkę. Kucnąłem przed kojcem.
- Cześć. Chcesz wyjść? - Powiedziałem ściszonym głosem.
Chłopczyk odpowiedział powolnym kiwnięciem główką. Na oko miał 3 latka.
- To chodź. - Wstałem, chłopiec wyciągnął do mnie swoje małe rączki, a ja chwyciłem go pod pachami.
Przytulił mnie mocno. Pogładziłem go leciutko po plecach.
- Glodny jestem. - Powiedział szeptem w moje lewe ucho.
Na tę wiadomość wyszedłem z nim z pokoju i udałem się na dół.
- Dobrze, powiedz mi gdzie jest kuchnia? - Trzymałem go mocno.
Odkleił się ode mnie i wskazał mi drogę. Pokierował nas do salonu. Tam siedziała pani tego domu.
- Przepraszam, ale malec mówi, że jest głodny.
- Maxuś! - Odwróciła się nagle. - Ojej wziąłeś go na ręce? To takie kochane. Dziękuję.
Podeszła i zabrała malca.
A więc tak ma na imię.. hm ładnie. Pasuje mu.
- Chodź, pokażę Ci gdzie będziesz miał pokój. - Powiedział Daniel tachając moją walizkę.
- Niech pan mi ją da. - Wziąłem i weszliśmy na górę.
- Obok pokoju Maxa będziesz mieć.
- Obojętnie mi to, na prawdę. - Wszedłem pierwszy.
Zatkało mnie. Miałem normalnie udekorowany pokój. No, raczej nie tak bardzo normalny.. Był udekorowany na sportowo. Były różne trofea. Wziąłem jeden delikatnie i przeczytałem.
XI Mistrzostwa w American Football
Zajęte miejsce: II
Na drugim natomiast było napisane
Dla Najlepszego przewodnika naszej drużyny footballu
Odłożyłem je z powrotem na miejsce i spojrzałem na mężczyznę stojącego w progu drzwi.
To nie jest pokój dla mnie.. To był wcześniej jego pokój. Nie mogę tutaj tak po prostu przebywać swobodnie, gdzie on zdobywał trofea.
- Ja wiem, że może teraz jest Ci niezręcznie, ale nie mamy innego wolnego pokoju..
- To był pański pokój prawda?
- Nie. - Przełknął gorzko ślinę, odszedł i zamknął za sobą drzwi.
To było dziwne? Jeżeli nie jego, to czyj? Przecież na pewno nie Maxa. Może to jednak jego pokój, tylko, że tak powiedział bo nie chce wracać do tego? Może zdobył jakąś straszną kontuzję po tym i nie chce wspominać porażki?
Zacząłem się rozpakowywać. Szafa była pełna ubrań. Dlaczego?
Wyjąłem jedną bluzkę. Ładna była. Akurat ma mój rozmiar.
Nie powinienem tego robić, no ale..
Założyłem bluzkę. Przejrzałem się w lustrze, które było na wewnętrznej stronie drzwiczek szafy.
Zauważyłem, że nie jestem w pokoju sam. Wystraszyłem się. W drzwiach stała Isa.
- Przepraszam, nie powinienem... - Ściągnąłem delikatnie bluzkę.
- Nie.. śmiało możesz nosić. Pasuje do Ciebie. - Uśmiechnęła się słabo ze szklanymi oczami. - Obiad jest.
Wyszła i zamknęła drzwi.
Nie mogę patrzeć jak są smutni.. Niby to obcy ludzie, ale są dobrzy, a dobrzy ludzie nie powinni być smutni. Muszę się wszystkiego dowiedzieć.
Spojrzałem jeszcze na tą bluzkę i zdecydowałem, że ubiorę ją ponownie i zejdę na obiad.
***
Wszedłem do salonu. Daniel wytrzeszczył oczy. Jego żona pogłaskała go po ramieniu i uśmiechnęła się do niego. Nic się nie odezwał.
- Proszę Con, twoja porcja. - Podała mi talerz z pieczonymi ziemniaczkami, jakąś surówką i pulpetami gotowanymi.
- Dziękuję. - Usiadłem przy stole i zacząłem jeść powoli.
- Nie smakuje Ci? - Zapytał
- Bardzo smakuje. - Uśmiechnąłem się.
- Nie widać tego po tobie.. Jeżeli nie smakuje, to może zrobić kanapki?
- Z przyzwyczajenia jem powoli. Na prawdę. Jest bardzo dobre. - małżeństwo skończyło swój posiłek i odstali od stołu.
Dokończyłem jeść sam. Wstałem i umyłem po sobie talerz.
Wyszedłem na podwórko. Zauważyłem jak grają w golfa. Podszedłem się przyjrzeć.
- Hej, zagrasz z nami? - Zaproponował.
- Nie umiem w to grać... - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Spokojnie, nauczę Cię. - Podszedł do mnie i podał mi kij golfowy.
Nie umiałem dobrze odbić piłeczki, żeby poleciała prosto do dołka. Raz za mocno, raz za słabo.
- Kiedyś Ci się uda. - Powiedziała ze współczuciem.
- Ja się tego nigdy nie nauczę. To jest nudne. - Odłożyłem delikatnie kij.
- No dobra, więc co Ty lubisz?
- Poczekajcie chwilkę. - Pobiegłem do domu.
Na szafie widziałem piłkę od nogi. Uwielbiam tą grę. Mógłbym grać w nią od rana do wieczora.
Ściągnąłem piłkę z szafy, przy okazji przebrałem się w krótsze spodnie i wybiegłem z powrotem na podwórko. Było gorąco.
Akurat się złożyło, że na ich podwórku była dziura niedaleko drugiej. Wbiłem w te miejsca jakieś patyki, żeby to posłużyło jako bramka. Podbiegłem do nich.
- W co będziemy grać? - Zapytała.
- W coś co lubię. - Uśmiechnąłem się szeroko.
Rzuciłem piłkę na ziemię. Będzie świetnie.
- Widzicie, to dwa grube patyki wbite w ziemię? - Wskazałem.
- mhm
- To tam jest bramka i ten kto strzeli gola to punkt dla niego.
- Ale to chyba trzeba grać na drużyny..
- Będziecie razem, przeciwko mnie. Nie możecie pozwolić abym strzelił do waszej bramki. Musicie ją bronić.
Kopnąłem piłkę. Zacząłem z nią biec.
- Biegnę do bramki! Ty go zatrzymaj jakoś! - Krzyknął Daniel. Był szybszy ode mnie.
- Już go prawie mam! - Krzyknęła kobieta i zaczęła mnie nagle łaskotać.
Zacząłem się śmiać. Przewróciłem się, a kobieta razem ze mną.
- Tak nie można! To nie fair - Powiedziałem ledwo przez śmiech.
Zza żywopłotu przyglądała się nam uśmiechnięta dziewczyna o blond włosach.
Wstałem, podałem rękę pani Isabelli żeby mogła wstać. Zerknąłem jeszcze raz za żywopłot, nie było już jej.
- To była Sarah. Ładna dziewczyna. - Podszedł do mnie Pan Stelle.
- Też pan ją widział?
- A miałem jej nie widzieć?
- Nie.. po prostu nie wiem czy serio ten psychiatryk mi nie zniszczył wzroku.
- Rozumiem. Wygląda jak anioł, prawda?
- Być może.
- Dzień dobry! Rodzice oddają zapożyczony grill. - Usłyszałem łagodny głosik. Odwróciłem się momentalnie. To była ona, w białej sukience.
- Dziękujemy, słonko. - Rzekła kobieta.
Odwróciłem się i poszedłem wyciągnąć patyki z dołków przeznaczonych do golfa.
- Cześć. - Wystraszyłem się.
- Cześć - Odpowiedziałem badając ją wzrokiem.
- Jestem Sarah. Twoja sąsiadka. - Wyciągnęła do mnie dłoń.
- Connor. - Uścisnąłem i wyciągnąłem drugi badyl.
- Nigdy nie widziałam, żeby cała rodzina się tutaj śmiała.. mało kiedy grają w coś innego niż golf.
- Serio? To jest nudne. - Uśmiechnęła się pokazując śnieżno- białe zęby.
- Też tak uważam. Do jutra. - Zachichotała i odeszła.
Czy ja się z nią umawiałem? Czemu powiedziała "do jutra"? Może mam ważniejsze sprawy.
Odłożyłem patyki gdzieś pod krzaki. Wziąłem piłkę i poszedłem do domu.
- Skarbie, nie mam siły go myć.
- On nie chce, żebym ja go kąpała. Poza tym to jest chłopiec. - Kłócili się.
- Nie. Rozumiesz kobieto, że nie mam siły?
- Przepraszam, że się wtrącam, ale rozumiem, że chodzi o Maxymiliana to ja go mogę wykąpać. Z resztą sam potrzebuję kąpieli. - Spojrzeli po sobie.
- Niech Ci będzie - machnęła ręką
Poszedłem na górę i odłożyłem piłkę na miejsce. Ruszyłem do pokoju malca.
- No młody, trzeba się iść wykąpać. - Wyciągnąłem go z kojca. - Widzę, że masz jeszcze pieluchy, pokaż gdzie pidżama i pieluchy.
Max wskazał na pierwszą szufladę. Otworzyłem ją. Miał cztery różne ubranka do spania. Rozłożyłem je na komodzie.
- Którą wybierasz? - Wskazał na żółtą z dinozaurami. Wziąłem ją a resztę złożyłem i schowałem, przy okazji zabrałem jedną pieluchę i zasunąłem szufladę.
- Idziemy do łazienki. - Powiedziałem i wyszliśmy z jego pokoju.
- Widzę, że znalazłeś. - Rzekła.
- Bez problemu.
- Nalałam już wody do wanny. Musisz mu włosy też umyć.
- Dobrze. - Wszedłem do łazienki.
Rozebrałem malucha i włożyłem powoli go do ciepłej wody.
- Bąbelki. - Wskazał na żel do mycia.
Nalałem trochę do wody i wymieszałem. Powstała piana. Chłopiec smarował mnie nią po twarzy śmiejąc się.
- Trzeba Ci główkę umyć, wiesz?
- Ale scypie.. - Posmutniał.
- Nie będzie szczypać. Obiecuję. - Wziąłem trochę szamponu dziecięcego do ręki i roztarłem na dłoniach. Potem wtarłem w jego mokre włoski.
- Zamknij teraz oczka. Trzeba spłukać. - Wziąłem dzbanuszek, nabrałem wody z wanny i oblałem głowę chłopca. Kaszlnął
- Hej, nie masz tego pić. - Zaśmiałem się. Powtórzyłem drugi raz tę samą czynność i odgarnąłem mokre włosy z jego twarzy. - Otwórz oczka.
Zrobił jak nakazałem.
- I co? Szczypało?
- Nie. - Uśmiechnął się i oblał mnie wodą.
- Ejejej bo rozlewasz. - Zaczęliśmy się śmiać. - No, już. koniec tego dobrego. Trza wyjść z wanny.
- Cemu?
- Bo Connor też musi się wykąpać.- Wyciągnąłem go z wanny, wziąłem mięciutki, ciepły ręcznik z kaloryfera i wytarłem nim malucha.
- Dobra.. teraz jak się zakłada pieluchy? - Ten maluch był mądrzejszy ode mnie. Wytłumaczył mi o co chodzi..
Ubrałem go, nawet na dobrą stronę wszystko.
- Dawaj głowe tera. - Wytarłem porządnie jego włosy, żeby nie ciekła z nich woda.
Ziewnął głośno.
- Widzę, że ktoś tu chce spać. - Wziąłem go na ręce i ruszyłem do jego pokoju.
Nad uchem słyszałem ciche chrapnięcie.
- Młody, ty chrapiesz? - Włożyłem wykąpanego, pachnącego chłopaka do kojca i zakryłem kołderką.
- Śpij dobrze. - Szepnąłem, zgasiłem światło i wyszedłem.
Teraz czas na mnie.. Eh czuję, że po tej piłce będę miał zakwasy. Dawno nie grałem.
Wlazłem do wanny i dokładnie się umyłem. Potem spuściłem wodę, okryłem się ręcznikiem.
Cholera jasna.. nie wziąłem pidżamy.
Otworzyłem powoli drzwi. Rozejrzałem się.
Super, nikogo nie ma. Mogę iść do pokoju.
Ubrałem tylko dolną część. Było mi za gorąco, żeby ubrać komplet. Wróciłem się do łazienki, by rozłożyć ręcznik na kaloryferze.
Rozglądałem się po pokoju szukając mojej gitary. Uchyliłem okno, bo na prawdę było gorąco.
Znalazłem swoją gitarę i zacząłem grać, tworzyłem kolejną piosenkę, którą zapisywałem w zeszycie.
Zatrzymałem się przy jednej zwrotce. Nie miałem pomysłu, żeby co do niej dodać.
Wstałem i odłożyłem delikatnie gitarę. Zerknąłem przez okno. Sąsiadka miała pokój naprzeciwko mojego..
Zaklaskała mi i pokazała kartkę z drukowanymi literami "Pięknie tworzysz"
Zarumieniłem się lekko i szukałem kartki i długopisu. Poszperałem w biurku. Pokazałem jej kartkę z podziękowaniami. W zamian otrzymałem od niej szeroki uśmiech.
Zasłoniłem okno roletą. Zgasiłem światło i poszedłem spać.
wtorek, 27 stycznia 2015
Rozdział 20 Przykre Wieści
-Będzie dobrze... - przytuliłem jeszcze mocniej Brada.
-Proszę państwa a oto pokój Bradley'a i Connor'a. Bradley jest tutaj prawie półtora roku, a Connor trafił tutaj niedawno. Connor może byś w końcu zszedł z kolegi? - puściłem Brada i usiadłem obok niego.
-To było słodkie. - stwierdziła kobieta. - Czemu tutaj trafiłeś?
-Nadpobudliwość..
-A Ty? - spytała Brada.
-Próba samobójcza...
-O ile wiem to po próbie samobójczej jest się tutaj około roku..
-Widzi pani jestem jestem dziwnym przypadkiem.
-Idziemy dalej? - zapytał Jack.
Wyszli z naszego pokoju i zamknęli drzwi. Spojrzałem na Brada. Miał łzy w oczach.
-Ej nie no nie płacz Bradziu no. - ponownie go przytuliłem.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. - odezwał się głos za tych piekielnych drzwi.
-Zamknij się! - wrzasnąłem.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze.
-ZAMKNIJ SIĘ NIE CHCĘ TEGO SŁUCHAĆ! - zatkałem uszy.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. - zjawa zaczęła mówić coraz głośniej.
Spadłem z łóżka i zacząłem miotać się po podłodze.
-Przestań, przestań, przestań,
-Czemu nie chcesz tego słyszeć, przecież wiesz, że on tylko o tym myśl.
-NIEPRAWDA!
-Con uspokój się. - Brad złapał mnie za nadgarstki. - Nie słuchaj tej kreatury.
-Znów leżysz nade mną. Złaź, bo zaraz ktoś wejdzie. - zepchnąłem go ze mnie.
Wstałem z podłogi. Położyłem się na moim łóżku. Nagle coś kopnęło materac aż podskoczyłem na łóżku.
-Przestań no! Dasz mi w końcu spokój?!
-Con nie zwracaj uwagi. Chodź do mnie. - Brad przesunął się na swoim łóżku, a ja na nie wskoczyłem.
Wtuliłem się w Brada. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Ziewnąłem.
-Prześpij się trochę skarbie. - pocałował mnie w czoło.
***
Obudził mnie lekki pocałunek w policzek. Powoli otworzyłem oczy. Przy łóżku klęczał Brad.
-Przyniosłem obiad. - usiadłem na łóżku a on podał mi talerz z posiłkiem.
-Nie jestem głodny.
-To Cię nakarmię. - zabrał mi talerz.
-Ejeje nie! Nie jestem głodny. Sam to.. - nie zdążyłem dokończyć, bo loczek wepchnął mi do buzi widelec z jedzeniem.
-Nie w ogóle nie byłeś głodny... - powiedział odstawiając pusty talerz.
-Connor? - w drzwiach stanął lekarz. - Mam dla Ciebie świetną wiadomość! Państwo Stelle chcą wziąć Cię do swojego domu!
-Że co?! Ale...ale jak to? - powstrzymywałem łzy.
-Pakuj się, przyjdę za godzinę. - zamknął drzwi.
-Nie chcę! Jezu ja nie chcę! Nie zostawię Cie tutaj samego. - rzuciłem się w ramiona chłopaka.
-Kochanie nie płacz no..
-Ale Brad ja nie chcę... - załkałem.
-Cii... Wiem, że nie chcesz, ale tam będzie Ci lepiej niż tutaj. Tam się lepiej Tobą zaopiekuję.
-Tutaj jest mi dobrze, tutaj dobrze się mną opiekują... Nie chcę Cię zostawiać. Boję się, że tak kreatura coś Ci zrobi...
-Nic mi się nie stanie, nie martw się.
-Kocham Cię - szepnąłem.
-Ja Ciebie też... A terza chodź się pakować i nie płacz już, - uwolnił mnie ze swoich objęć.
Podeszliśmy do szafy. Brad zdjął z góry moją walizkę i położył ją na swoim łóżku. Powoli zaczęliśmy mnie pakować.
-Connor - zawołała mnie pielęgniarka. - Chodź zdejmiemy Ci gips.
-Ale nie minęło jeszcze 6 tygodni.
-Lekarz robił Ci badania i powiedział, że można Ci go już zdjąć.
Podszedłem do niej i udałem się z nią do tej samej sali w której zakładano mi gips. W środku był już Jack. Usiadłem na krześle i podniosłem nogę do góry. Doktor szybkim ruchem rozciął mi gips i byłem już wolny od tego cholerstwa.
-Gotowe - uśmiechnął się.
-Dziękuje. - rzuciłem.
-Ależ nie ma za co. Spakowałeś się już?
-Jeszcze nie... Proszę pana czemu oni wybrali właśnie mnie?
-Widzieli jak przytulasz i pocieszasz Brada. Uznali Cię za bardzo opiekuńczego chłopca. Powiedzieli, że byłbyś idealnym starszym bratem dla ich syna.
-Nie chcę z nimi nigdzie iść. Chcę zostać tutaj. Chcę zostać z Bradem.
-Rozumiem, że zżyliście się, ale niestety państwo Stelle chcą abyś był ich starszym synem. Mam nadzieję, że Ci się tam spodoba,
-Spodoba? - spytałem oburzony. - Teraz wydaje mi się, że jestem w jakimś ośrodku adopcyjnym a nie w szpitalu psychiatrycznym. Z resztą ja mam 18 lat! Jestem pełnoletni!
Wyszedłem. Ruszyłem w stronę mojego pokoju.
Niedawno twierdziłem, że tego pokoju nigdy nie nazwę "moim", ale teraz gdy jestem z Bradem... Ale czy ja aby na pewno z nim jestem?
Wszedłem do pokoju. Loczek właśnie kończył zasuwać moją walizkę, Postawił ją na podłodze i usiadł na łóżku. Spocząłem obok niego.
-Brad - spojrzał na mnie. - Czy my... No czy my...
-Czy my jesteśmy razem, tak? - przytaknąłem. - Jeżeli ty chcesz to tak, a jeżeli nie, to nadal jesteśmy przyjaciółmi.
-Oh Bradziu oczywiście, że chcę. - lekko pocałowałem go w usta. - Oczywiście, że chcę.
Brad złapał mnie za brodę i wbił się w moje usta swoimi. Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy siedziałem na jego kolanach, a on gładził mnie po policzku. Zamknąłem oczy i rozkoszowałem się jego dotykiem.
Dałbym wszystko aby ta chwila trwała wiecznie.
Cichutko zamruczałem.
-Podoba Ci się, co?
-Mhm.
-Chętnie bym to robił częściej... - otworzyłem oczy.
-To rób.
-Jak? Za jakieś 10 minut przyjdzie po Ciebie Jack... Już nigdy więcej nie będę mógł Cię przytulić, już nigdy więcej nie będę mógł spać z Tobą gdy będziesz się bał, już nigdy więcej Cię nie pocałuje... - spojrzał mi w oczy. - Nie chcę Cię stracić, strasznie mi na Tobie zależy...
-Nie stracisz mnie. - uśmiechnąłem się łobuzersko.
-Masz jakiś plan?
-Może.. - ponownie złączyłem nasze usta.
Jego dłonie błądziły po moich plecach, a moje palce lekko ciągały jego loczki.
-Popsułeś mi fryzurę. - stwierdził po jakimś czasie.
-Oj tam. - wstałem i chciałem usiąść obok niego, ale złapał mnie za biodra i ponownie posadził sobie na kolanach. - Brad, bo ktoś jeszcze wejdzie i zobaczy...
-Niech patrzą... Chcę się nacieszyć moim chłopakiem zanim mi go zabiorą.
-Mówiłem Ci, nikt mnie nie zabierze.
-Co Ty planujesz?
-Zobaczysz. - uśmiechnąłem się,
-Kocham Twój uśmiech.
-A ja kocham Twój. Szkoda, że tak rzadko gości na Twojej twarzy.
-Gdybyś został ciągle bym się uśmiechał..
-Bradziu nie drąż już tego tematu, proszę Cię.
-Nikt nigdy nie mówił do mnie Bradziu...
-Na prawdę?
-Mhm.
-W takim razie od teraz jesteś moim Bradziem.
-Tylko Twoim?
-Tylko moim. - lekko musnąłem kącik jego ust.
Zszedłem z niego. Tym razem mnie nie zatrzymywał,
-Con..
-Hm? - spojrzałem na niego.
-Wiesz, że jesteśmy pierwszą parą w tym szpitalu?
-Serio?
-Kiedyś gadałem o tym z jedną z pielęgniarek...
-Jesteś gotowy? - do pokoju wszedł Jack.
-Tak. - podszedłem do walizki i wziąłem ją w ręce. - Bradziu pójdziesz ze mną?
Bez słowa wstał i wyszliśmy z pokoju.
Ostatni raz idę tym korytarzem. Ostatni raz widzę osoby, które na prawdę mnie polubiły, które, tak samo jak ja, są "inne".
Spojrzałem na Brada.
Ostatni raz widzę mojego loczka.
Złapałem go za rękę.
Ostatni raz czuję jego dotyk.
Doszliśmy do wyjścia ze szpitala. Przed drzwiami stali państwo Stelle. Wzięli moją walizkę.
-Czas się pożegnać... - powiedział Brad.
-Mogliby państwo zostawić na chwilę samych? - spytałem.
-Oczywiście, poczekamy w samochodzie, czarne audi. - rzekł pan Stelle.
Wyszli. Doktor też gdzieś znikł. Zostałem sam z moim loczkiem, Wbiłem się w jego usta.
Ostatni raz czuję te idealne usta.
Kiedy się od niego oderwałem spostrzegłem, że po jego policzku płynie samotna łza. Starłem ją kciukiem.
-Bradziu nie płacz... Niedługo się zobaczymy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję. - przytuliłem go. - Na mnie już chyba pora...
-Chyba tak.
-Do zobaczenia Bradley.
-Do zobaczenia Connor. - podszedłem do drzwi.
Odwróciłem się w stronę mojego loczka.
-Kocham Cię. - szepnąłem
-Ja Ciebie też. - odpowiedział również szeptem.
-Proszę państwa a oto pokój Bradley'a i Connor'a. Bradley jest tutaj prawie półtora roku, a Connor trafił tutaj niedawno. Connor może byś w końcu zszedł z kolegi? - puściłem Brada i usiadłem obok niego.
-To było słodkie. - stwierdziła kobieta. - Czemu tutaj trafiłeś?
-Nadpobudliwość..
-A Ty? - spytała Brada.
-Próba samobójcza...
-O ile wiem to po próbie samobójczej jest się tutaj około roku..
-Widzi pani jestem jestem dziwnym przypadkiem.
-Idziemy dalej? - zapytał Jack.
Wyszli z naszego pokoju i zamknęli drzwi. Spojrzałem na Brada. Miał łzy w oczach.
-Ej nie no nie płacz Bradziu no. - ponownie go przytuliłem.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. - odezwał się głos za tych piekielnych drzwi.
-Zamknij się! - wrzasnąłem.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze.
-ZAMKNIJ SIĘ NIE CHCĘ TEGO SŁUCHAĆ! - zatkałem uszy.
-Samobójcze myśli ma, ma myśli samobójcze. - zjawa zaczęła mówić coraz głośniej.
Spadłem z łóżka i zacząłem miotać się po podłodze.
-Przestań, przestań, przestań,
-Czemu nie chcesz tego słyszeć, przecież wiesz, że on tylko o tym myśl.
-NIEPRAWDA!
-Con uspokój się. - Brad złapał mnie za nadgarstki. - Nie słuchaj tej kreatury.
-Znów leżysz nade mną. Złaź, bo zaraz ktoś wejdzie. - zepchnąłem go ze mnie.
Wstałem z podłogi. Położyłem się na moim łóżku. Nagle coś kopnęło materac aż podskoczyłem na łóżku.
-Przestań no! Dasz mi w końcu spokój?!
-Con nie zwracaj uwagi. Chodź do mnie. - Brad przesunął się na swoim łóżku, a ja na nie wskoczyłem.
Wtuliłem się w Brada. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Ziewnąłem.
-Prześpij się trochę skarbie. - pocałował mnie w czoło.
***
Obudził mnie lekki pocałunek w policzek. Powoli otworzyłem oczy. Przy łóżku klęczał Brad.
-Przyniosłem obiad. - usiadłem na łóżku a on podał mi talerz z posiłkiem.
-Nie jestem głodny.
-To Cię nakarmię. - zabrał mi talerz.
-Ejeje nie! Nie jestem głodny. Sam to.. - nie zdążyłem dokończyć, bo loczek wepchnął mi do buzi widelec z jedzeniem.
-Nie w ogóle nie byłeś głodny... - powiedział odstawiając pusty talerz.
-Connor? - w drzwiach stanął lekarz. - Mam dla Ciebie świetną wiadomość! Państwo Stelle chcą wziąć Cię do swojego domu!
-Że co?! Ale...ale jak to? - powstrzymywałem łzy.
-Pakuj się, przyjdę za godzinę. - zamknął drzwi.
-Nie chcę! Jezu ja nie chcę! Nie zostawię Cie tutaj samego. - rzuciłem się w ramiona chłopaka.
-Kochanie nie płacz no..
-Ale Brad ja nie chcę... - załkałem.
-Cii... Wiem, że nie chcesz, ale tam będzie Ci lepiej niż tutaj. Tam się lepiej Tobą zaopiekuję.
-Tutaj jest mi dobrze, tutaj dobrze się mną opiekują... Nie chcę Cię zostawiać. Boję się, że tak kreatura coś Ci zrobi...
-Nic mi się nie stanie, nie martw się.
-Kocham Cię - szepnąłem.
-Ja Ciebie też... A terza chodź się pakować i nie płacz już, - uwolnił mnie ze swoich objęć.
Podeszliśmy do szafy. Brad zdjął z góry moją walizkę i położył ją na swoim łóżku. Powoli zaczęliśmy mnie pakować.
-Connor - zawołała mnie pielęgniarka. - Chodź zdejmiemy Ci gips.
-Ale nie minęło jeszcze 6 tygodni.
-Lekarz robił Ci badania i powiedział, że można Ci go już zdjąć.
Podszedłem do niej i udałem się z nią do tej samej sali w której zakładano mi gips. W środku był już Jack. Usiadłem na krześle i podniosłem nogę do góry. Doktor szybkim ruchem rozciął mi gips i byłem już wolny od tego cholerstwa.
-Gotowe - uśmiechnął się.
-Dziękuje. - rzuciłem.
-Ależ nie ma za co. Spakowałeś się już?
-Jeszcze nie... Proszę pana czemu oni wybrali właśnie mnie?
-Widzieli jak przytulasz i pocieszasz Brada. Uznali Cię za bardzo opiekuńczego chłopca. Powiedzieli, że byłbyś idealnym starszym bratem dla ich syna.
-Nie chcę z nimi nigdzie iść. Chcę zostać tutaj. Chcę zostać z Bradem.
-Rozumiem, że zżyliście się, ale niestety państwo Stelle chcą abyś był ich starszym synem. Mam nadzieję, że Ci się tam spodoba,
-Spodoba? - spytałem oburzony. - Teraz wydaje mi się, że jestem w jakimś ośrodku adopcyjnym a nie w szpitalu psychiatrycznym. Z resztą ja mam 18 lat! Jestem pełnoletni!
Wyszedłem. Ruszyłem w stronę mojego pokoju.
Niedawno twierdziłem, że tego pokoju nigdy nie nazwę "moim", ale teraz gdy jestem z Bradem... Ale czy ja aby na pewno z nim jestem?
Wszedłem do pokoju. Loczek właśnie kończył zasuwać moją walizkę, Postawił ją na podłodze i usiadł na łóżku. Spocząłem obok niego.
-Brad - spojrzał na mnie. - Czy my... No czy my...
-Czy my jesteśmy razem, tak? - przytaknąłem. - Jeżeli ty chcesz to tak, a jeżeli nie, to nadal jesteśmy przyjaciółmi.
-Oh Bradziu oczywiście, że chcę. - lekko pocałowałem go w usta. - Oczywiście, że chcę.
Brad złapał mnie za brodę i wbił się w moje usta swoimi. Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy siedziałem na jego kolanach, a on gładził mnie po policzku. Zamknąłem oczy i rozkoszowałem się jego dotykiem.
Dałbym wszystko aby ta chwila trwała wiecznie.
Cichutko zamruczałem.
-Podoba Ci się, co?
-Mhm.
-Chętnie bym to robił częściej... - otworzyłem oczy.
-To rób.
-Jak? Za jakieś 10 minut przyjdzie po Ciebie Jack... Już nigdy więcej nie będę mógł Cię przytulić, już nigdy więcej nie będę mógł spać z Tobą gdy będziesz się bał, już nigdy więcej Cię nie pocałuje... - spojrzał mi w oczy. - Nie chcę Cię stracić, strasznie mi na Tobie zależy...
-Nie stracisz mnie. - uśmiechnąłem się łobuzersko.
-Masz jakiś plan?
-Może.. - ponownie złączyłem nasze usta.
Jego dłonie błądziły po moich plecach, a moje palce lekko ciągały jego loczki.
-Popsułeś mi fryzurę. - stwierdził po jakimś czasie.
-Oj tam. - wstałem i chciałem usiąść obok niego, ale złapał mnie za biodra i ponownie posadził sobie na kolanach. - Brad, bo ktoś jeszcze wejdzie i zobaczy...
-Niech patrzą... Chcę się nacieszyć moim chłopakiem zanim mi go zabiorą.
-Mówiłem Ci, nikt mnie nie zabierze.
-Co Ty planujesz?
-Zobaczysz. - uśmiechnąłem się,
-Kocham Twój uśmiech.
-A ja kocham Twój. Szkoda, że tak rzadko gości na Twojej twarzy.
-Gdybyś został ciągle bym się uśmiechał..
-Bradziu nie drąż już tego tematu, proszę Cię.
-Nikt nigdy nie mówił do mnie Bradziu...
-Na prawdę?
-Mhm.
-W takim razie od teraz jesteś moim Bradziem.
-Tylko Twoim?
-Tylko moim. - lekko musnąłem kącik jego ust.
Zszedłem z niego. Tym razem mnie nie zatrzymywał,
-Con..
-Hm? - spojrzałem na niego.
-Wiesz, że jesteśmy pierwszą parą w tym szpitalu?
-Serio?
-Kiedyś gadałem o tym z jedną z pielęgniarek...
-Jesteś gotowy? - do pokoju wszedł Jack.
-Tak. - podszedłem do walizki i wziąłem ją w ręce. - Bradziu pójdziesz ze mną?
Bez słowa wstał i wyszliśmy z pokoju.
Ostatni raz idę tym korytarzem. Ostatni raz widzę osoby, które na prawdę mnie polubiły, które, tak samo jak ja, są "inne".
Spojrzałem na Brada.
Ostatni raz widzę mojego loczka.
Złapałem go za rękę.
Ostatni raz czuję jego dotyk.
Doszliśmy do wyjścia ze szpitala. Przed drzwiami stali państwo Stelle. Wzięli moją walizkę.
-Czas się pożegnać... - powiedział Brad.
-Mogliby państwo zostawić na chwilę samych? - spytałem.
-Oczywiście, poczekamy w samochodzie, czarne audi. - rzekł pan Stelle.
Wyszli. Doktor też gdzieś znikł. Zostałem sam z moim loczkiem, Wbiłem się w jego usta.
Ostatni raz czuję te idealne usta.
Kiedy się od niego oderwałem spostrzegłem, że po jego policzku płynie samotna łza. Starłem ją kciukiem.
-Bradziu nie płacz... Niedługo się zobaczymy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję. - przytuliłem go. - Na mnie już chyba pora...
-Chyba tak.
-Do zobaczenia Bradley.
-Do zobaczenia Connor. - podszedłem do drzwi.
Odwróciłem się w stronę mojego loczka.
-Kocham Cię. - szepnąłem
-Ja Ciebie też. - odpowiedział również szeptem.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Rozdział 19 Okropna Ciemność
Czułem wewnątrz jak się gotuję.. czułem jak robię się czerwony..
- Wiedziałem..
- O czym? - Serce biło mi jak oszalałe.
- Że po tym, nie będziesz chciał ze mną rozmawiać.. nie będziesz chciał mnie znać.
- Nic takiego nie powiedziałem.. - Złapałem go za dłonie.
- Ale będziesz mnie unikał. - Zarumienił się.
- Kto tak powiedział? - Pogładziłem jego policzki.
- No.. ja. - Spojrzał na mnie smutno.
- Nigdy tak nie mów. - Przytuliłem go mocno.
- Nie chcesz uciec ode mnie?
- Nie.. - Popatrzyłem głęboko w jego oczy.
Spojrzeliśmy razem na okno, które znajdowało się w tym samym miejscu co wczoraj.
- Nastał wieczór.. A ja taki głodny jestem.. - Złapałem się za brzuch.
W pewnej chwili usłyszeliśmy wielki hałas. To było coś w stylu, remontowania pokoju czy coś..
- Argh! moje uszy! - Krzyknąłem.
- Cii. - Loczek położył palca wskazującego na moich ustach.
Uciszyłem się jak nakazał. Nagle usłyszeliśmy rozmowy. Dziwne rozmowy.
- Proszę pana.. Jest pan pewien, że.. dobrze robimy?
- Ależ oczywiście. Proszę mi zaufać. - Usłyszeliśmy głos doktora.
Chwilę potem znowu rozległ się hałas. Popatrzeliśmy się na siebie.
- Jak myślisz.. o co może chodzić? - Szepnął Bradley. - Con, słuchasz mnie?
Przegryzłem wargę spoglądając na loczka.
- Connor? Co ty robisz? - Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie obchodzi mnie to, o czym gadają..
- A co Cię obchodzi? Con.. nie przegryzaj tej wargi.. Nie patrz na mnie w ten sposób.
- Zemsta. - Rzuciłem się na szatyna i zacząłem go łaskotać.
- Connor! Stop! - I ten dźwięk..
Uwielbiałem ten dźwięk - Jego śmiech. Bardzo przyjemny dla moich uszu. Kiedy go słyszałem, od razu pojawiał mi się uśmiech na twarzy.
- Teraz, to ja mam przewagę i jestem na górze. - Szepnąłem.
Przewrócił mnie.
- Nie byłbym taki pewien, niebieskooki - Patrzyliśmy sobie w oczy.
Niebieskooki.. od urodzenia wiedziałem, że mam taki kolor tęczówek, ale z jego ust usłyszałem to, jakbym się dopiero teraz o tym dowiedział.
- Brad..
- Tak?
- Chcę.. - Zawiesiłem się.
- Co chcesz? - Zszedł i usiadł obok.
- Trudno mi dobrać słowa, żeby zdanie miało jakikolwiek sens..
- Dasz radę, powiedzieć gestem?
- Chyba tak.. - Usiadłem na łóżku.
- To dawaj. - Przybliżyłem się do niego. - Coś ze mną nie tak?
- Ależ nie.. jest wszytko idealnie. - Uśmiechnąłem się i położyłem swoją dłoń na jego policzku.
Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Niestety Brad jest zbyt łapczywy i przedłużył go i wywalił mnie z powrotem, że leżał na mnie. Z jednego pocałunku przerodziło się dziesięć namiętnych. Przytuliłem go mocno.
- Nie chcę Cię stracić. - Wyszeptałem.
- Oh, Con..
- Na prawdę.. serce mnie boli na samą myśl, że się okaleczasz..
- Connor.. Nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie. - Nigdy nawet tego nie zaczynaj.
- To Ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo Ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie..
- No dobrze.. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze dłonie. Takie splecione.. Idealnie pasujące do siebie. Jak dwie części układanki.
- Obiecuję. - Przytuliliśmy się. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Zasnąłem.
- Wiedziałem..
- O czym? - Serce biło mi jak oszalałe.
- Że po tym, nie będziesz chciał ze mną rozmawiać.. nie będziesz chciał mnie znać.
- Nic takiego nie powiedziałem.. - Złapałem go za dłonie.
- Ale będziesz mnie unikał. - Zarumienił się.
- Kto tak powiedział? - Pogładziłem jego policzki.
- No.. ja. - Spojrzał na mnie smutno.
- Nigdy tak nie mów. - Przytuliłem go mocno.
- Nie chcesz uciec ode mnie?
- Nie.. - Popatrzyłem głęboko w jego oczy.
Spojrzeliśmy razem na okno, które znajdowało się w tym samym miejscu co wczoraj.
- Nastał wieczór.. A ja taki głodny jestem.. - Złapałem się za brzuch.
W pewnej chwili usłyszeliśmy wielki hałas. To było coś w stylu, remontowania pokoju czy coś..
- Argh! moje uszy! - Krzyknąłem.
- Cii. - Loczek położył palca wskazującego na moich ustach.
Uciszyłem się jak nakazał. Nagle usłyszeliśmy rozmowy. Dziwne rozmowy.
- Proszę pana.. Jest pan pewien, że.. dobrze robimy?
- Ależ oczywiście. Proszę mi zaufać. - Usłyszeliśmy głos doktora.
Chwilę potem znowu rozległ się hałas. Popatrzeliśmy się na siebie.
- Jak myślisz.. o co może chodzić? - Szepnął Bradley. - Con, słuchasz mnie?
Przegryzłem wargę spoglądając na loczka.
- Connor? Co ty robisz? - Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie obchodzi mnie to, o czym gadają..
- A co Cię obchodzi? Con.. nie przegryzaj tej wargi.. Nie patrz na mnie w ten sposób.
- Zemsta. - Rzuciłem się na szatyna i zacząłem go łaskotać.
- Connor! Stop! - I ten dźwięk..
Uwielbiałem ten dźwięk - Jego śmiech. Bardzo przyjemny dla moich uszu. Kiedy go słyszałem, od razu pojawiał mi się uśmiech na twarzy.
- Teraz, to ja mam przewagę i jestem na górze. - Szepnąłem.
Przewrócił mnie.
- Nie byłbym taki pewien, niebieskooki - Patrzyliśmy sobie w oczy.
Niebieskooki.. od urodzenia wiedziałem, że mam taki kolor tęczówek, ale z jego ust usłyszałem to, jakbym się dopiero teraz o tym dowiedział.
- Brad..
- Tak?
- Chcę.. - Zawiesiłem się.
- Co chcesz? - Zszedł i usiadł obok.
- Trudno mi dobrać słowa, żeby zdanie miało jakikolwiek sens..
- Dasz radę, powiedzieć gestem?
- Chyba tak.. - Usiadłem na łóżku.
- To dawaj. - Przybliżyłem się do niego. - Coś ze mną nie tak?
- Ależ nie.. jest wszytko idealnie. - Uśmiechnąłem się i położyłem swoją dłoń na jego policzku.
Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Niestety Brad jest zbyt łapczywy i przedłużył go i wywalił mnie z powrotem, że leżał na mnie. Z jednego pocałunku przerodziło się dziesięć namiętnych. Przytuliłem go mocno.
- Nie chcę Cię stracić. - Wyszeptałem.
- Oh, Con..
- Na prawdę.. serce mnie boli na samą myśl, że się okaleczasz..
- Connor.. Nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie. - Nigdy nawet tego nie zaczynaj.
- To Ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo Ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie..
- No dobrze.. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze dłonie. Takie splecione.. Idealnie pasujące do siebie. Jak dwie części układanki.
- Obiecuję. - Przytuliliśmy się. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Zasnąłem.
***
W połowie mojego snu, usłyszałem szuranie pod nami. Jakby ktoś przesuwał meble. Zerwałem się.
- Bradley, wstawaj! - Potrząsnąłem nim.
- Co jest? - Powiedział zaspanym głosem.
- Ktoś pod nami przestawia jakieś meble! A to nie może być ten pokój dzienny, bo jest całkiem w innym miejscu.
- Uwielbiam twoje rozczochrane włosy..
- Brad! Słuchaj mnie! - Usłyszeliśmy rozmowę pod nami.
- Ona była taka piękna..
- Ale umarła. Niestety. - Powiedział doktor. - Zrobimy na niej mały eksperyment.
- Co?
- Proszę mi podać nożyce.
- Nie chcę w tym chorym zdarzeniu brać udziału!
- Podaj mi te cholerne nożyce, bo zginiesz w takich męczarniach jak Mia!
- To pan ją zabił?
- Nożyce!
- Pan jest świrnięty! - Powiedziała przerażona pielęgniarka.
- Nie ględź! Dzięki mnie, ludzie będą nieśmiertelni i wiecznie młodzi! A teraz podaj te nożyce.
- Jak pan chce to zrobić? Ona jest nieżywa.
- Tak Ci się tylko zdaje kochanieńka. - Szepnął. - A teraz! Podać mi księgę.
- Co pan ma zamiar zrobić?
- Zobaczysz! Podaj księgę!
Przełknąłem ślinę. Spojrzałem na Brada. Do moich oczy nabrały się łzy.
- O nie Connor, tylko nie płacz. - Przytulił mnie.
- Oni ją zabili.. A co jeśli mi Ciebie zabiją?
- Martw się o siebie. Wtedy masz stąd uciec jak najdalej.
- Nie! Nie odejdę od Ciebie!
- No już.. spokojnie. - Pogłaskał mnie po głowie. - Będzie dobrze.
Od płaczu szczypały mnie już oczy. Po kilku sekundach, albo i minutach samie mi się zamknęły.
- Co?
- Proszę mi podać nożyce.
- Nie chcę w tym chorym zdarzeniu brać udziału!
- Podaj mi te cholerne nożyce, bo zginiesz w takich męczarniach jak Mia!
- To pan ją zabił?
- Nożyce!
- Pan jest świrnięty! - Powiedziała przerażona pielęgniarka.
- Nie ględź! Dzięki mnie, ludzie będą nieśmiertelni i wiecznie młodzi! A teraz podaj te nożyce.
- Jak pan chce to zrobić? Ona jest nieżywa.
- Tak Ci się tylko zdaje kochanieńka. - Szepnął. - A teraz! Podać mi księgę.
- Co pan ma zamiar zrobić?
- Zobaczysz! Podaj księgę!
Przełknąłem ślinę. Spojrzałem na Brada. Do moich oczy nabrały się łzy.
- O nie Connor, tylko nie płacz. - Przytulił mnie.
- Oni ją zabili.. A co jeśli mi Ciebie zabiją?
- Martw się o siebie. Wtedy masz stąd uciec jak najdalej.
- Nie! Nie odejdę od Ciebie!
- No już.. spokojnie. - Pogłaskał mnie po głowie. - Będzie dobrze.
Od płaczu szczypały mnie już oczy. Po kilku sekundach, albo i minutach samie mi się zamknęły.
***
Obudziły mnie promienie słoneczne wydobywające się zza okna. Leżałem na łóżku wtulony w Brada.
Usiadłem i wyciągnąłem się.
- Bradley! To był tylko zły sen!! Wstawaj! - Uradowany skakałem po łóżku.
- Ejejej! - Zdziwiony Brad obudził się odbijając się na materacu - Co się dzieje?!!
Przestałem skakać i przytuliłem mocno loczka.
- Też Cię kocham, ale z czego się tak cieszysz?
- To był tylko zły sen!
- O czym mówisz?
- No o tym, jak przenieśliśmy się niby w czasie.
- skąd wiesz?
- Bo wszystko powróciło do normy! - Usiadł na łóżku.
- Nie podoba mi się to Connor.
- O co chodzi? - Wstałem z łóżka.
- Przez całą noc, były otwarte te drzwi.. a jak twoje łóżko było przewrócone, tak nadal jest..
- To nie był sen. Jeszcze się nie skapnęliście? - Powiedziało podwójnym głosem.
- Coś za mną stoi?? - Zapytałem zaniepokojony.
Nagle coś mnie wciągnęło na dół. Widziałem tylko jak oddalam się od kawałka pokoju, który było widać pod podłogą. Zaraz potem widziałem okropną ciemność.
Nie mogłem wstać.. Ciężko mi było się poruszyć, a na dodatek nic nie widziałem.
W tej chwili, poczułem się jak jakaś stara zabawka wyrzucona do piwnicy...
- Nie ruszaj sie bo Cie potne na kawałki i wrzucę do słoików, żeby się kisły! - Powiedziało to coś.
- Czego ty ode mnie chcesz kreaturo?!
Nagle lampy nade mną się włączyły, raziły mnie.
- Kreatura?! - Krzyknęło. Obróciłem powoli głowę w lewą stronę.
Nade mną stała postać, która była cała we krwi. Odgarnęła czarne, długie włosy ze swojej twarzy.
- BYŁAM PIĘKNA! - Przybliżyła swoją twarz do mojej. Wytrzeszczała przy tym oczy.. Badała mnie wzrokiem
Jej twarz również była we krwi. Oczy.. miała jakby opętało ją coś.. Takie, bez duszy. A jej zęby? Lepiej nie mówić.. Były tak zepsute, że nawet to było czuć.
- Widzę.. strach w twoich oczach i brak nadziei.. - Powiedziała zamyślona.
Rozglądałem się we wszystkie strony. Byłem przywiązany na tym stole operacyjnym. Próbowałem odwiązać, ale to na marne.
- Spokojnie, postaram się, żeby to szybko poszło.
- Co ty chcesz ze mną zrobić?
- Zobaczysz. Cholera jasna gdzie one są?
- Czegoś szukasz?
- Ksiąg do rytuałów! - Odwróciła się w moją stronę. - TY.
- Wiesz.. trochę trudno będzie Ci je znaleźć. - Zaśmiałem się.
- GDZIE JE SCHOWAŁEŚ?! - Nim się spostrzegłem, ona siedziała na mnie i dusiła.
- Nie powiem Ci. - Powiedziałem ledwo.
Nagle Mia opadła na mnie. Z obrzydzeniem ją zrzuciłem na podłogę. Nade mną stał Bradley z gitarą.
- To Cię powinno nauczyć, że mojego Connorka się nie zabiera! - Jeszcze dołożył jej kilka razy, rozwiązał mnie.
Zacząłem się nagle dusić.. Nie mogłem wziąć oddechu.
- Con, trzymaj. - Podał mi inhalator.
Zaciągnąłem się trzy razy, wziąłem głęboki oddech i pobiegliśmy w stronę schodów.
Ledwo po nich wszedłem, ale loczek pomógł mi z ostatnimi stopniami.
- Odejdź.dalej trochę.
- Co robisz? - Przytuliłem go od tyłu.
- Zaraz się przekonasz. - Uśmiechnął się.
Widziałem jak szatynek bierze łańcuch z kłódką i zaplątuje go na drzwiach, a potem zamyka kłódkę.
- Już mi cię nie zabierze. - Odwrócił się, przytulił mnie mocno i pocałował.
- Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił. Dziękuję za wszystko.
- Hej, gdzie Ty tam i ja skarbie. - Uśmiechnął się - A teraz zasuńmy łóżko.
- Chłopaki! - Wbiegła Amanda. - Coś się dzieje! Szybko!
Co się może gorzej dziać, niż u nas? No dobra, skoro to takie ważne, to pójdziemy, ale gdzie? A jeśli to kolejna pułapka?
Popatrzyliśmy się po sobie i wzruszyłem ramionami.
- To chodźmy. - Powiedziałem i wyszliśmy z pokoju.
Korytarz był pełen zwariowanych pacjentów.
- Narzekałeś, że jet tak pusto? - Rzekł loczek. - To teraz patrz, co się dzieje.
- LUDZIE!! OGARNIJCIE SIĘ! MUSI BYĆ SPOKÓJ! - Wrzasnęła Amanda uciszając przy tym wszystkich. - Zbiegliśmy się tutaj, ponieważ do doktora McCurdiego, przyszli bardzo ważni ludzie, którzy sprawiają, że można stąd wyjść! Jeżeli chcecie stąd wyjść, trzeba się zachować!
- Chodźmy. - Złapałem go za ramię i wróciliśmy do pokoju.
- Chyba nie sądzisz, że..
- Chyba tak! Brad! Spójrz na to, wypiszą nas stąd.
- Nie wiadomo czy NAS.
- Ale jesteśmy najnormalniejsi!
- Connor.. nic nie rozumiesz.. - Posmutniał i wyszedł z pokoju.
- Twój koleżka ma racje. On tak szybko stąd nie czmychnie. - Zaczęła się śmiać.
- Zamknij się! To wszystko twoja wina! - Zacisnąłem dłonie na uszach, żeby nie słyszeć tego szyderczego śmiechu.
Wyszedłem z pokoju, przed drzwiami stał Brad i przyglądał się wszystkiemu uważnie.
Przytuliłem go bez słowa, chyba przesadziłem, bo nawet na mnie nie spojrzał.
- Przepraszam.. - wymamrotałem.
Dopiero po tym słowie uścisnął mnie mocno.
Nagle z gabinetu Jacka wyszła para? małżeństwo? Nie jestem pewien, ale był wysoki szczupły mężczyzna w brązowym garniturze i okularach, a z nim pewna kobieta w białej koszuli i w czarnej spódnicy do kolan.
Z daleka nie widziałem zbyt dobrze ich rys twarz.
- Jesteście państwo tego pewni? - Zapytał ze słabym uśmiechem Jack.
- Tak, ostatecznie.
- No dobrze, a więc drodzy pacjenci! Jak chyba wiecie, Ci państwo przyszli po chłopca. Także wszystkie płcie piękne, proszone są do odejścia do swoich pokoi.
po chłopca? Tylko jednego? To nie fair.
- Szybko. - Popchnął mnie do pokoju.
- Ej, tylko dziewczyny powinny pójść.
- Ale nie chcę, żebyś odszedł. - Rozpłakał się.
Pierwszy raz widzę, jak Brad płacze.. Nie chcę więcej widzieć go gdy jest w takim stanie.. serce mi się kroi.
- Brad, nie masz pewności, że to ja.. Nikt nie ma. - Przytuliłem szatyna. Chwyciłem go za podbródek. - No już.. nie płacz. Będzie dobrze.
Głaskałem go po plecach. Uspokajał się powoli.
- Płacz sobie, płacz. Jestem ciekawa jak bardzo jeszcze będziesz cierpiał
- Zamknij się! Masz nawet tak nie mówić! - Krzyknąłem. Wziąłem odsunąłem kawałek łóżko i skoczyłem na drzwi.
- Ała, tak się bawimy? - Zaczęła się rechotać.
- Brzydzę się Tobą.
- Zobaczymy w nocy.. Zobaczymy czy dzisiaj zaśniesz. Bo postaram się o to, żebyś tego nie zrobił.
Nie mogłem wstać.. Ciężko mi było się poruszyć, a na dodatek nic nie widziałem.
W tej chwili, poczułem się jak jakaś stara zabawka wyrzucona do piwnicy...
- Nie ruszaj sie bo Cie potne na kawałki i wrzucę do słoików, żeby się kisły! - Powiedziało to coś.
- Czego ty ode mnie chcesz kreaturo?!
Nagle lampy nade mną się włączyły, raziły mnie.
- Kreatura?! - Krzyknęło. Obróciłem powoli głowę w lewą stronę.
Nade mną stała postać, która była cała we krwi. Odgarnęła czarne, długie włosy ze swojej twarzy.
- BYŁAM PIĘKNA! - Przybliżyła swoją twarz do mojej. Wytrzeszczała przy tym oczy.. Badała mnie wzrokiem
Jej twarz również była we krwi. Oczy.. miała jakby opętało ją coś.. Takie, bez duszy. A jej zęby? Lepiej nie mówić.. Były tak zepsute, że nawet to było czuć.
- Widzę.. strach w twoich oczach i brak nadziei.. - Powiedziała zamyślona.
Rozglądałem się we wszystkie strony. Byłem przywiązany na tym stole operacyjnym. Próbowałem odwiązać, ale to na marne.
- Spokojnie, postaram się, żeby to szybko poszło.
- Co ty chcesz ze mną zrobić?
- Zobaczysz. Cholera jasna gdzie one są?
- Czegoś szukasz?
- Ksiąg do rytuałów! - Odwróciła się w moją stronę. - TY.
- Wiesz.. trochę trudno będzie Ci je znaleźć. - Zaśmiałem się.
- GDZIE JE SCHOWAŁEŚ?! - Nim się spostrzegłem, ona siedziała na mnie i dusiła.
- Nie powiem Ci. - Powiedziałem ledwo.
Nagle Mia opadła na mnie. Z obrzydzeniem ją zrzuciłem na podłogę. Nade mną stał Bradley z gitarą.
- To Cię powinno nauczyć, że mojego Connorka się nie zabiera! - Jeszcze dołożył jej kilka razy, rozwiązał mnie.
Zacząłem się nagle dusić.. Nie mogłem wziąć oddechu.
- Con, trzymaj. - Podał mi inhalator.
Zaciągnąłem się trzy razy, wziąłem głęboki oddech i pobiegliśmy w stronę schodów.
Ledwo po nich wszedłem, ale loczek pomógł mi z ostatnimi stopniami.
- Odejdź.dalej trochę.
- Co robisz? - Przytuliłem go od tyłu.
- Zaraz się przekonasz. - Uśmiechnął się.
Widziałem jak szatynek bierze łańcuch z kłódką i zaplątuje go na drzwiach, a potem zamyka kłódkę.
- Już mi cię nie zabierze. - Odwrócił się, przytulił mnie mocno i pocałował.
- Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił. Dziękuję za wszystko.
- Hej, gdzie Ty tam i ja skarbie. - Uśmiechnął się - A teraz zasuńmy łóżko.
- Chłopaki! - Wbiegła Amanda. - Coś się dzieje! Szybko!
Co się może gorzej dziać, niż u nas? No dobra, skoro to takie ważne, to pójdziemy, ale gdzie? A jeśli to kolejna pułapka?
Popatrzyliśmy się po sobie i wzruszyłem ramionami.
- To chodźmy. - Powiedziałem i wyszliśmy z pokoju.
Korytarz był pełen zwariowanych pacjentów.
- Narzekałeś, że jet tak pusto? - Rzekł loczek. - To teraz patrz, co się dzieje.
- LUDZIE!! OGARNIJCIE SIĘ! MUSI BYĆ SPOKÓJ! - Wrzasnęła Amanda uciszając przy tym wszystkich. - Zbiegliśmy się tutaj, ponieważ do doktora McCurdiego, przyszli bardzo ważni ludzie, którzy sprawiają, że można stąd wyjść! Jeżeli chcecie stąd wyjść, trzeba się zachować!
- Chodźmy. - Złapałem go za ramię i wróciliśmy do pokoju.
- Chyba nie sądzisz, że..
- Chyba tak! Brad! Spójrz na to, wypiszą nas stąd.
- Nie wiadomo czy NAS.
- Ale jesteśmy najnormalniejsi!
- Connor.. nic nie rozumiesz.. - Posmutniał i wyszedł z pokoju.
- Twój koleżka ma racje. On tak szybko stąd nie czmychnie. - Zaczęła się śmiać.
- Zamknij się! To wszystko twoja wina! - Zacisnąłem dłonie na uszach, żeby nie słyszeć tego szyderczego śmiechu.
Wyszedłem z pokoju, przed drzwiami stał Brad i przyglądał się wszystkiemu uważnie.
Przytuliłem go bez słowa, chyba przesadziłem, bo nawet na mnie nie spojrzał.
- Przepraszam.. - wymamrotałem.
Dopiero po tym słowie uścisnął mnie mocno.
Nagle z gabinetu Jacka wyszła para? małżeństwo? Nie jestem pewien, ale był wysoki szczupły mężczyzna w brązowym garniturze i okularach, a z nim pewna kobieta w białej koszuli i w czarnej spódnicy do kolan.
Z daleka nie widziałem zbyt dobrze ich rys twarz.
- Jesteście państwo tego pewni? - Zapytał ze słabym uśmiechem Jack.
- Tak, ostatecznie.
- No dobrze, a więc drodzy pacjenci! Jak chyba wiecie, Ci państwo przyszli po chłopca. Także wszystkie płcie piękne, proszone są do odejścia do swoich pokoi.
po chłopca? Tylko jednego? To nie fair.
- Szybko. - Popchnął mnie do pokoju.
- Ej, tylko dziewczyny powinny pójść.
- Ale nie chcę, żebyś odszedł. - Rozpłakał się.
Pierwszy raz widzę, jak Brad płacze.. Nie chcę więcej widzieć go gdy jest w takim stanie.. serce mi się kroi.
- Brad, nie masz pewności, że to ja.. Nikt nie ma. - Przytuliłem szatyna. Chwyciłem go za podbródek. - No już.. nie płacz. Będzie dobrze.
Głaskałem go po plecach. Uspokajał się powoli.
- Płacz sobie, płacz. Jestem ciekawa jak bardzo jeszcze będziesz cierpiał
- Zamknij się! Masz nawet tak nie mówić! - Krzyknąłem. Wziąłem odsunąłem kawałek łóżko i skoczyłem na drzwi.
- Ała, tak się bawimy? - Zaczęła się rechotać.
- Brzydzę się Tobą.
- Zobaczymy w nocy.. Zobaczymy czy dzisiaj zaśniesz. Bo postaram się o to, żebyś tego nie zrobił.
niedziela, 25 stycznia 2015
Rozdział 18 Wyznanie
Razem z Bradem wstałem z sofie i podeszliśmy do drzwi sali w której znajdowaliśmy się od początku naszego "pobytu".
-Halo a wy gdzie się wybieracie? - przed nami stanęła pielęgniarka.
-Do łazienki - odpowiedzieliśmy chórem.
-Dobrze idźcie.
Wyszliśmy na korytarz i szybkimi krokami ruszyliśmy w stronę łazienek. Weszliśmy do pomieszczenia. Spojrzałem na okno znajdujące się na ścianie naprzeciwko nas.
-Brad myślisz o tym samy co ja?
Loczek spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Podeszliśmy pod okno. Uklęknąłem a Brad wszedł mi na barana. Podniosłem się. Chłopak chwycił za klamkę przy oknie i pociągnął za nią.
-Myślałem, że w psychiatrykach wykręcają klamki i z okiem...
-No cóż to jest 1986 rok może wtedy nikt nie miał tak szalonych - Brad zrobił cudzysłów w powietrzu - pomysłów jak my.
Nagle drzwi do łazienki o tworzyły się.
-Panowie co wy robicie? - podszedł do nas lekarz. - No już zamykaj to okno i złaź z niego.
Loczek posłuszne zrobił to co mu kazał.
-A teraz do pokoju migusiem.
Wyszliśmy na korytarz, na pusty korytarz. Nie mogłem się przyzwyczaić, że tu jest tak cicho i pusto. Skręciliśmy w lewo, zrobiliśmy parę kroków i byliśmy już przy naszym pokoju. wszedłem pierwszy.
-Con.. Ten lekarz był jakoś wyjątkowo spokojny, nie sądzisz?
-Racja.. Może oni nie są aż tacy źli..
-Nie są aż tacy źli?! Przypomnij sobie co zrobili tamtej dziewczynie!
-Widzę, że trafiliście już do pokoju, to dobrze. Już wiem jak was ukarzę za tą próbę ucieczki. - głośno przełknąłem ślinę.
-Będzie nas pan bił jak tamtą dziewczynę? - spytałem.
-Nie, wymyśliłem dla was inną karę. Zaraz z resztą sami się przekonacie. - wyszedł z pokoju. Usłyszeliśmy dźwięk przekręcanego klucza w zamku.
-EJ CO TO MA BYĆ NIECH PAN OTWIERA TE DRZWI! - Brad walił pięściami drzwi. Wstałem z łóżka i podszedłem do niego.
-Brad spokojnie to nic nie da - złapałem go za rękę. - Musimy tu siedzieć dopóki nas nie wypuszczą.
Przytuliłem go. Po jakiś 2 minutach oderwaliśmy się od siebie i usiedliśmy na łóżkach.
-Brad mogę cię o coś zapytać?
-Jasne,
-Dlaczego znów to zrobiłeś? - usiadłem na jego łóżku i powoli zacząłem ściągać mu bransoletki.
-Mam skłamać czy powiedzieć prawdę.
-Oczywiście, że powiedzieć prawdę. A więc dlaczego?
-Widzisz jak dziewczyny na ciebie lecą?
-Lecą?
-Tak lecą, na przykład Jane.
-Um co to ma związek z tymi ranami? - zdjąłem ostatnią bransoletkę.
Brad tylko spojrzał na mnie. Przejechałem powoli kciukiem po wszystkich ranach. Chłopak lekko wzdrygnął się, ale nadal milczał.
-Nie wolno ci tego robić.
-Bo ty mi zabronisz... - parsknął.
-Nie wolno ci tego robić. - powtórzyłem - Strasznie mi na tobie zależy i nie chciałbym cię stracić.
-Oh Con nie wiesz jak to jest patrzeć jak..
-Patrzeć jak co?
-Eh dobra nie ważne.. Beznadziejny kolor ścian, nieprawdaż?
-Nie zmieniaj tematu.
-Chyba od lat tu nie malowano.. Na początku pewnie ściany były białe, ale teraz zmieniły się w brudnoszare. - wywróciłem teatralnie oczami. - Ej Connor mam pomysł, chodź sprawdzimy czy to coś nadal jest pod łóżkiem.
Wstał i podszedł do mojego łóżka. Zaczął je odsuwać.
-Może byś mi pomógł? - wstałem i wspólnymi siłami odsunęliśmy łóżko.
To co ujrzeliśmy, a dokładniej to czego nie ujrzeliśmy, bardzo nas zdziwiło. Na podłodze nie było żadnych drzwi, ani żadnego śladu, że mogłyby tam być.
-Nic z tego nie rozumiem, wczoraj jeszcze tu były.. - powiedziałem.
-Wczoraj to ty byłeś w 2015 roku a nie w 1986.
-No fakt, ale... Jeżeli one tam były to chyba powinny być i teraz. Chyba że zostały zrobione po pożarze, a nie podczas budowy.
-Nic z tego nie rozumiem.
-A myślisz, że ja rozumiem? Chodź przesuniemy to łóżko, bo w każdej chwili może przyjść ten świrnięty doktorek i znów da nam karę.
-Con..
-Co znowu?
-Czemu ten zegarek chodzi do tyłu? - loczek wskazał palcem na wiszący na ścianie zegar.
-Jak to do tyłu? - spojrzałem we wskazane miejsce. - Chodzi normalnie... Ty już jakieś omamy masz.
-Być może.. - wziął z łóżka poduszkę i rzucił nią we mnie.
-Powinieneś się leczyć.
-A myślisz, że czemu tu jestem?
Podniosłem poduszkę i rzuciłem ją w stronę szatyna, a sam wziąłem drugą poduszę.
-BITWA NA PODUSZKI! - rzuciłem się na Brada.
Wskoczył na łóżko, a ja za nim. Okładaliśmy się przez dobre 15 minut. W końcu chłopak wyrwał mi poduszkę i zaczął mnie łaskotać.
-Brad przestań proszę - wiłem się po łóżku jak opętany. - Brad dość błagam. Brad przestań nie mogę oddychać.
Loczek momentalnie odsunął się ode mnie, Szybko wyją mój inhalator z tylnej kieszeni swoich spodni i mi go podał. Zaciągnąłem się 3 razy i oddałem go z powrotem.
-Lepiej? - pokiwałem głową.
-Skąd masz mój inhalator?
-Zawsze go mam przy sobie.
-Serio?
-Mhm... Wziąłem od Jacka drugi.
-Po co?
-Ponieważ boję się, że któregoś dnia będziesz miał atak, a nie będziesz miał inhalatora. Martwię się o ciebie - położył się tak, że leżał nade mną. - Strasznie mi na tobie zależy Con, jakby coś ci się stało nie wybaczyłbym tego sobie..
-Masz strasznie hipnotyzujące oczy. - stwierdziłem.
-Hipnotyzujące?
-Tak.. - uśmiechnął się. - Śliczne masz te oczy...
-Um.. dziękuje.
Nagle jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko moich. Położyłem dłoń na jego policzku i delikatnie do pogłaskałem. Brad zamknął oczy delektując się moim dotykiem. Zdjąłem dłoń z jego policzka i chwyciłem jego lewą rękę. Tym samym zwiększając dystans między nami. Spojrzałem na nadgarstek z którego jakiś czas wcześniej zdjąłem bransoletki. Przysunąłem nadgarstek bliżej mojej twarzy. Westchnąłem. Puściłem jego rękę. Zszedł ze mnie, a ja usiadłem na łóżku. Spojrzałem na niego zaszklonymi oczami.
-Con nie płacz proszę..
-Łatwo ci powiedzieć, nie wiesz co czuję gdy widzę ten nadgarstek.
-To mnie oświeć..
-Pod jednym warunkiem.. Powiesz mi dlaczego to robisz?
-No dobrze..
-Otóż czuję: ból psychiczny, bezsilność, smutek, ból w sercu, jest mi przykro, że nie mogę ci pomóc..
-No dobrze to teraz ja... A więc.. Ostatnio robię to dlatego, że nie mogę patrzeć jak na przykład przytulasz się z dziewczynami. Con..
-Tak?
-Zakochałem się w tobie.
-Dlaczego znów to zrobiłeś? - usiadłem na jego łóżku i powoli zacząłem ściągać mu bransoletki.
-Mam skłamać czy powiedzieć prawdę.
-Oczywiście, że powiedzieć prawdę. A więc dlaczego?
-Widzisz jak dziewczyny na ciebie lecą?
-Lecą?
-Tak lecą, na przykład Jane.
-Um co to ma związek z tymi ranami? - zdjąłem ostatnią bransoletkę.
Brad tylko spojrzał na mnie. Przejechałem powoli kciukiem po wszystkich ranach. Chłopak lekko wzdrygnął się, ale nadal milczał.
-Nie wolno ci tego robić.
-Bo ty mi zabronisz... - parsknął.
-Nie wolno ci tego robić. - powtórzyłem - Strasznie mi na tobie zależy i nie chciałbym cię stracić.
-Oh Con nie wiesz jak to jest patrzeć jak..
-Patrzeć jak co?
-Eh dobra nie ważne.. Beznadziejny kolor ścian, nieprawdaż?
-Nie zmieniaj tematu.
-Chyba od lat tu nie malowano.. Na początku pewnie ściany były białe, ale teraz zmieniły się w brudnoszare. - wywróciłem teatralnie oczami. - Ej Connor mam pomysł, chodź sprawdzimy czy to coś nadal jest pod łóżkiem.
Wstał i podszedł do mojego łóżka. Zaczął je odsuwać.
-Może byś mi pomógł? - wstałem i wspólnymi siłami odsunęliśmy łóżko.
To co ujrzeliśmy, a dokładniej to czego nie ujrzeliśmy, bardzo nas zdziwiło. Na podłodze nie było żadnych drzwi, ani żadnego śladu, że mogłyby tam być.
-Nic z tego nie rozumiem, wczoraj jeszcze tu były.. - powiedziałem.
-Wczoraj to ty byłeś w 2015 roku a nie w 1986.
-No fakt, ale... Jeżeli one tam były to chyba powinny być i teraz. Chyba że zostały zrobione po pożarze, a nie podczas budowy.
-Nic z tego nie rozumiem.
-A myślisz, że ja rozumiem? Chodź przesuniemy to łóżko, bo w każdej chwili może przyjść ten świrnięty doktorek i znów da nam karę.
-Con..
-Co znowu?
-Czemu ten zegarek chodzi do tyłu? - loczek wskazał palcem na wiszący na ścianie zegar.
-Jak to do tyłu? - spojrzałem we wskazane miejsce. - Chodzi normalnie... Ty już jakieś omamy masz.
-Być może.. - wziął z łóżka poduszkę i rzucił nią we mnie.
-Powinieneś się leczyć.
-A myślisz, że czemu tu jestem?
Podniosłem poduszkę i rzuciłem ją w stronę szatyna, a sam wziąłem drugą poduszę.
-BITWA NA PODUSZKI! - rzuciłem się na Brada.
Wskoczył na łóżko, a ja za nim. Okładaliśmy się przez dobre 15 minut. W końcu chłopak wyrwał mi poduszkę i zaczął mnie łaskotać.
-Brad przestań proszę - wiłem się po łóżku jak opętany. - Brad dość błagam. Brad przestań nie mogę oddychać.
Loczek momentalnie odsunął się ode mnie, Szybko wyją mój inhalator z tylnej kieszeni swoich spodni i mi go podał. Zaciągnąłem się 3 razy i oddałem go z powrotem.
-Lepiej? - pokiwałem głową.
-Skąd masz mój inhalator?
-Zawsze go mam przy sobie.
-Serio?
-Mhm... Wziąłem od Jacka drugi.
-Po co?
-Ponieważ boję się, że któregoś dnia będziesz miał atak, a nie będziesz miał inhalatora. Martwię się o ciebie - położył się tak, że leżał nade mną. - Strasznie mi na tobie zależy Con, jakby coś ci się stało nie wybaczyłbym tego sobie..
-Masz strasznie hipnotyzujące oczy. - stwierdziłem.
-Hipnotyzujące?
-Tak.. - uśmiechnął się. - Śliczne masz te oczy...
-Um.. dziękuje.
Nagle jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko moich. Położyłem dłoń na jego policzku i delikatnie do pogłaskałem. Brad zamknął oczy delektując się moim dotykiem. Zdjąłem dłoń z jego policzka i chwyciłem jego lewą rękę. Tym samym zwiększając dystans między nami. Spojrzałem na nadgarstek z którego jakiś czas wcześniej zdjąłem bransoletki. Przysunąłem nadgarstek bliżej mojej twarzy. Westchnąłem. Puściłem jego rękę. Zszedł ze mnie, a ja usiadłem na łóżku. Spojrzałem na niego zaszklonymi oczami.
-Con nie płacz proszę..
-Łatwo ci powiedzieć, nie wiesz co czuję gdy widzę ten nadgarstek.
-To mnie oświeć..
-Pod jednym warunkiem.. Powiesz mi dlaczego to robisz?
-No dobrze..
-Otóż czuję: ból psychiczny, bezsilność, smutek, ból w sercu, jest mi przykro, że nie mogę ci pomóc..
-No dobrze to teraz ja... A więc.. Ostatnio robię to dlatego, że nie mogę patrzeć jak na przykład przytulasz się z dziewczynami. Con..
-Tak?
-Zakochałem się w tobie.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Rozdział 17 Wszystko Inne
Wolnym krokiem szedłem w głąb ciemności. Przyznam się, że miałem gęsiora.. Zszedłem na sam dół.
Podszedłem do włącznika i włączyłem światło. Na ścianie widniał napis "Po co wróciłeś?"
- Brad? Czy to Ty to piszesz? Błagam Cię, nie strasz mnie dobrze? - Rozglądałem się wszędzie.
Czułem się obserwowany na każdym kroku..
- Bradley.. Wyjdź no. Nie chowaj się! - Poszedłem do drugiego pokoju.
Przeraziłem się. Ujrzałem loczka w koszuli szpitalnej przywiązanego na stole..
- Con.. - Powiedział szeptem. Nagle światło zgasło.. - Co się stało?
- To teraz nie jest ważne. Musimy stąd jak najszybciej wyjść.. - Włączyłem latarkę i odwiązałem go.
- Connor.. Tak się bałem.. - Przytulił mnie mocno.
- Jestem przy Tobie. Czekaj.. co to jest? - Po ścianie na przeciwko lała się jakaś ciemna, gęsta ciesz.
Utworzyła napis "Nie możesz go zabrać".
- Connor, o co tu chodzi? Co to ma znaczyć?
Zaraz po tym spadł jeden ze słoików.. Ze szczątek jelita cienkiego utworzył się napis "Potrzebny jest do wskrzeszenia"
- Brad, spadajmy stąd! - Pociągnąłem go za rękę i wybiegliśmy z pokoju.
Nagle spadł jeden z regałów. Na kolejnej ścianie było napisane "Wkrótce do was przyjdę."
Kto przyjdzie?! O co w tym wszystkim do jasnej cholery chodzi?! Kto pisze to wszytko? To jakieś przedstawienie czy co?!
Uciekliśmy szybko na górę. Zamknęliśmy drzwi i zasunęliśmy łóżko.
- Brad.. Co się właściwie stało?
- No wiesz..
- O, a ja was wszędzie szukałam! - Weszła niespodziewanie Amanda.
- Coś się stało?
- Gdzie byliście, że tacy czerwoni jesteście?
- Nie ważne..
- Aa rozumiem, spoko nie wnikam - Zaśmiała się.
- O co Ci chodzi? - Zapytał loczek
- Nie, nic.. - Wyszła z pokoju.
O co ona nas podejrzewa? Ostatnio ma jakieś dziwne wyrażenia.. na przykład "Idź do tego swojego Brada" Nie rozumiem jej..
- Coś tam żyje.. - Powiedział szeptem
- Co?
- Jakaś Kreatura.. Chciała mnie zabić.. - Nagle usłyszeliśmy trzask.
Natychmiast skierowaliśmy wzrok pod moje łóżko.
- Brad.. co się dzieje? - Szepnąłem.
Nagle moje łóżko poleciało na ścianę. To coś ma potężną moc..
- Kreatura? - To coś powiedziało niskim zachrypniętym głosem.
Nie można było określić czy to męski czy damski głos.. Był taki.. taki.. podwójny.
- Zwiewajmy stąd! - Krzyknąłem. W mgnieniu oka już nas nie było w pokoju.
- Co do.. - Nie dokończył loczek.
- Brad, spójrz! To ta sprzątaczka, o której Ci mówiłem! - Wskazałem na starszą panią, która właśnie zamiatała korytarz.
- Tu coś nie gra.. - Powiedział zaniepokojony.
- Co Ci nie odpowiada?
- To nie jest ten sam szpital. Spójrz tylko! Nikogo nie ma na korytarzu, a drzwi od pokoi? - Spróbował jedne otworzyć. - Wszystkie są zamknięte!
- W sumie masz rację.. A może po prostu zmienili coś?
- Poza tym nie czujesz smrodu? Wszędzie czymś zalatuje.
- Wolisz wrócić do pokoju?
- Oczywiście, że nie.
Bradley rzeczywiście miał rację.. To nie jest ten sam szpital..
Pobiegłem do gabinetu pana McCurdiego. Zapukałem grzecznie i zajrzałem do środka. Gabinet był pusty.. nie wyglądał jak przedtem.. Zamknąłem drzwi. Wróciłem do bruneta.
- Nie ma doktora Jacka..
- A co wy tu jeszcze robicie?! - Przyszła Jakaś pani z kluczami.
- Yhm.. Stoimy? - Rzekłem.
- Nie żartujcie sobie! Nie słyszeliście dyrektorki, która kazała iść do pokoju dziennego?
- Pokoju dziennego? - Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni.
- No, już nie udawajcie, że nie wiecie o co chodzi! Zaraz was tam zaprowadzę. - Podeszła i zamknęła nasz pokój na klucz. - A teraz za mną.
Ruszyliśmy za jej osobą. Zeszliśmy na dół po schodach i skręciliśmy w lewo. Dwóch mężczyzn ubranych na biało, otworzyli nam drzwi.
Co to jest za pomieszczenie? Nigdy mnie tu nie było..
- Brad.. byłeś tutaj kiedykolwiek? - Szepnąłem.
- Nigdy.. Nie przypominam sobie, żeby w ogóle coś takiego było w tym szpitalu..
Wewnątrz tego pokoju, było pełno pacjentów. Niby wszystko jest okej, ale nikogo nie było z naszych znajomych.. Usiedliśmy na pierwszej lepszej sofie.
- Nie wiem co tu się stało, ale nie podoba mi się to.. - Szepnąłem.
- Jest tutaj pełno nowych ludzi.. Nie znam nikogo. Nawet tych z personelu.
Nagle przyszła jakaś dziewczyna. Miała czarne włosy, bladą cerę, lecz różane policzki.
- To nie jest Kate?
- No coś ty.. za niska na Kate. Poza tym nie jest do niej podobna. Jest ładniejsza.
- Hej - Szepnąłem w jej kierunku. Odwróciła głowę. - Chodź tu na chwilę.
- Co chcecie? - Podeszła do nas.
- Nie wiesz może gdzie jest doktor McCurdy?
- Co wy, z choinki się urwaliście? Nikogo takiego nie ma.
- Ale.. jak to? Przecież..
- Słuchajcie, mamy rok 1986 nie wiem w jakim wy świecie żyjecie.
- 1986?! Co? To niemożliwe! - Złapaliśmy się za głowy.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i odeszła do gramofonu, który grał w kółko tę samą piosenkę i wyłączyła to.
Wszyscy zaczęli wariować. Zachowywali się, jak ryby wyciągnięte na brzeg.
Nagle do pomieszczenia wszedł mężczyzna z siwą bródką. Wyglądał na lekarza..
- Uspokoić się! Kto wyłączył muzykę?! - Powiedział bardzo niskim tonem.
Wszyscy wskazali na nią przy czym trzęsła się im ręka.
- Mia.. - Stanął nad nią. - Od pewnego czasu, jesteś nieposłuszna.. Wraz z panią Purlix, zastanowimy się nad karą dla Ciebie. Najpierw może kilka batów, a potem się coś pomyśli.
Batów?! To chore! Widzę, że dyscyplina w tamtych czasach była bardzo surowa..
- Brad.. Uciekajmy stąd. - Szepnąłem.
Dwóch mężczyzn wzięło Mię za ramiona i wyprowadzili ją z pomieszczenia, a doktor ponownie włączył tę samą piosenkę.
- Ja tu dłużej nie wytrzymam! To mi niszczy mózg! - Walnąłem głową w stolik.
- Con, uspokój się, bo Cię gdzie wyprowadzą.
- Słuchaj, nie wiem czy wiesz, ale mam zamiar stąd uciec. Ucieknijmy razem, proszę.
- A ci strażnicy? Posłuchaj mnie uważnie. Musimy ten plan ucieczki dobrze zaplanować, bo jak nas złapią, to dostaniemy surową karę. Chcesz dostać batem?
- No nie.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Ja też nie, więc poczekajmy..
- Ile będę musiał czekać? Jeszcze dzisiaj, chcę wyjść stąd.
- Spokojnie. Coś się wymyśli.
- A jak nam zrobią pranie mózgu? A jak zrobią jakieś elektrowstrząsy?
- Przestań histeryzować. Skąd możesz wiedzieć co oni tu robią?
- Tutaj można się wszystkiego spodziewać.
- W sumie racja.. - Przytaknął Brad. - Ale to i tak nie wyklucza tego, że mamy stracić wszystkie zmysły.
- Ale Brad! Jest niby rok 1986! My się jeszcze nie narodziliśmy!
- A może.. to tylko taka fabuła, żeby zamącić w naszych głowach?
- Hę?
- No bo, patrz. Nie mogliśmy chyba na pstryknięcie palca przenieść się w czasie. A Ci ludzie, mogą być z innego piętra, prawda?
- No.. mogło tak być..
- Sam zobacz, my wylądowaliśmy na oddziale dla młodzieży, a tutaj w tym pomieszczeniu, są nawet starzy ludzie.
- No dobrze, więc co MY tutaj robimy?
- Nie wiem..
Podszedłem do włącznika i włączyłem światło. Na ścianie widniał napis "Po co wróciłeś?"
- Brad? Czy to Ty to piszesz? Błagam Cię, nie strasz mnie dobrze? - Rozglądałem się wszędzie.
Czułem się obserwowany na każdym kroku..
- Bradley.. Wyjdź no. Nie chowaj się! - Poszedłem do drugiego pokoju.
Przeraziłem się. Ujrzałem loczka w koszuli szpitalnej przywiązanego na stole..
- Con.. - Powiedział szeptem. Nagle światło zgasło.. - Co się stało?
- To teraz nie jest ważne. Musimy stąd jak najszybciej wyjść.. - Włączyłem latarkę i odwiązałem go.
- Connor.. Tak się bałem.. - Przytulił mnie mocno.
- Jestem przy Tobie. Czekaj.. co to jest? - Po ścianie na przeciwko lała się jakaś ciemna, gęsta ciesz.
Utworzyła napis "Nie możesz go zabrać".
- Connor, o co tu chodzi? Co to ma znaczyć?
Zaraz po tym spadł jeden ze słoików.. Ze szczątek jelita cienkiego utworzył się napis "Potrzebny jest do wskrzeszenia"
- Brad, spadajmy stąd! - Pociągnąłem go za rękę i wybiegliśmy z pokoju.
Nagle spadł jeden z regałów. Na kolejnej ścianie było napisane "Wkrótce do was przyjdę."
Kto przyjdzie?! O co w tym wszystkim do jasnej cholery chodzi?! Kto pisze to wszytko? To jakieś przedstawienie czy co?!
Uciekliśmy szybko na górę. Zamknęliśmy drzwi i zasunęliśmy łóżko.
- Brad.. Co się właściwie stało?
- No wiesz..
- O, a ja was wszędzie szukałam! - Weszła niespodziewanie Amanda.
- Coś się stało?
- Gdzie byliście, że tacy czerwoni jesteście?
- Nie ważne..
- Aa rozumiem, spoko nie wnikam - Zaśmiała się.
- O co Ci chodzi? - Zapytał loczek
- Nie, nic.. - Wyszła z pokoju.
O co ona nas podejrzewa? Ostatnio ma jakieś dziwne wyrażenia.. na przykład "Idź do tego swojego Brada" Nie rozumiem jej..
- Coś tam żyje.. - Powiedział szeptem
- Co?
- Jakaś Kreatura.. Chciała mnie zabić.. - Nagle usłyszeliśmy trzask.
Natychmiast skierowaliśmy wzrok pod moje łóżko.
- Brad.. co się dzieje? - Szepnąłem.
Nagle moje łóżko poleciało na ścianę. To coś ma potężną moc..
- Kreatura? - To coś powiedziało niskim zachrypniętym głosem.
Nie można było określić czy to męski czy damski głos.. Był taki.. taki.. podwójny.
- Zwiewajmy stąd! - Krzyknąłem. W mgnieniu oka już nas nie było w pokoju.
- Co do.. - Nie dokończył loczek.
- Brad, spójrz! To ta sprzątaczka, o której Ci mówiłem! - Wskazałem na starszą panią, która właśnie zamiatała korytarz.
- Tu coś nie gra.. - Powiedział zaniepokojony.
- Co Ci nie odpowiada?
- To nie jest ten sam szpital. Spójrz tylko! Nikogo nie ma na korytarzu, a drzwi od pokoi? - Spróbował jedne otworzyć. - Wszystkie są zamknięte!
- W sumie masz rację.. A może po prostu zmienili coś?
- Poza tym nie czujesz smrodu? Wszędzie czymś zalatuje.
- Wolisz wrócić do pokoju?
- Oczywiście, że nie.
Bradley rzeczywiście miał rację.. To nie jest ten sam szpital..
Pobiegłem do gabinetu pana McCurdiego. Zapukałem grzecznie i zajrzałem do środka. Gabinet był pusty.. nie wyglądał jak przedtem.. Zamknąłem drzwi. Wróciłem do bruneta.
- Nie ma doktora Jacka..
- A co wy tu jeszcze robicie?! - Przyszła Jakaś pani z kluczami.
- Yhm.. Stoimy? - Rzekłem.
- Nie żartujcie sobie! Nie słyszeliście dyrektorki, która kazała iść do pokoju dziennego?
- Pokoju dziennego? - Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni.
- No, już nie udawajcie, że nie wiecie o co chodzi! Zaraz was tam zaprowadzę. - Podeszła i zamknęła nasz pokój na klucz. - A teraz za mną.
Ruszyliśmy za jej osobą. Zeszliśmy na dół po schodach i skręciliśmy w lewo. Dwóch mężczyzn ubranych na biało, otworzyli nam drzwi.
Co to jest za pomieszczenie? Nigdy mnie tu nie było..
- Brad.. byłeś tutaj kiedykolwiek? - Szepnąłem.
- Nigdy.. Nie przypominam sobie, żeby w ogóle coś takiego było w tym szpitalu..
Wewnątrz tego pokoju, było pełno pacjentów. Niby wszystko jest okej, ale nikogo nie było z naszych znajomych.. Usiedliśmy na pierwszej lepszej sofie.
- Nie wiem co tu się stało, ale nie podoba mi się to.. - Szepnąłem.
- Jest tutaj pełno nowych ludzi.. Nie znam nikogo. Nawet tych z personelu.
Nagle przyszła jakaś dziewczyna. Miała czarne włosy, bladą cerę, lecz różane policzki.
- To nie jest Kate?
- No coś ty.. za niska na Kate. Poza tym nie jest do niej podobna. Jest ładniejsza.
- Hej - Szepnąłem w jej kierunku. Odwróciła głowę. - Chodź tu na chwilę.
- Co chcecie? - Podeszła do nas.
- Nie wiesz może gdzie jest doktor McCurdy?
- Co wy, z choinki się urwaliście? Nikogo takiego nie ma.
- Ale.. jak to? Przecież..
- Słuchajcie, mamy rok 1986 nie wiem w jakim wy świecie żyjecie.
- 1986?! Co? To niemożliwe! - Złapaliśmy się za głowy.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i odeszła do gramofonu, który grał w kółko tę samą piosenkę i wyłączyła to.
Wszyscy zaczęli wariować. Zachowywali się, jak ryby wyciągnięte na brzeg.
Nagle do pomieszczenia wszedł mężczyzna z siwą bródką. Wyglądał na lekarza..
- Uspokoić się! Kto wyłączył muzykę?! - Powiedział bardzo niskim tonem.
Wszyscy wskazali na nią przy czym trzęsła się im ręka.
- Mia.. - Stanął nad nią. - Od pewnego czasu, jesteś nieposłuszna.. Wraz z panią Purlix, zastanowimy się nad karą dla Ciebie. Najpierw może kilka batów, a potem się coś pomyśli.
Batów?! To chore! Widzę, że dyscyplina w tamtych czasach była bardzo surowa..
- Brad.. Uciekajmy stąd. - Szepnąłem.
Dwóch mężczyzn wzięło Mię za ramiona i wyprowadzili ją z pomieszczenia, a doktor ponownie włączył tę samą piosenkę.
- Ja tu dłużej nie wytrzymam! To mi niszczy mózg! - Walnąłem głową w stolik.
- Con, uspokój się, bo Cię gdzie wyprowadzą.
- Słuchaj, nie wiem czy wiesz, ale mam zamiar stąd uciec. Ucieknijmy razem, proszę.
- A ci strażnicy? Posłuchaj mnie uważnie. Musimy ten plan ucieczki dobrze zaplanować, bo jak nas złapią, to dostaniemy surową karę. Chcesz dostać batem?
- No nie.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Ja też nie, więc poczekajmy..
- Ile będę musiał czekać? Jeszcze dzisiaj, chcę wyjść stąd.
- Spokojnie. Coś się wymyśli.
- A jak nam zrobią pranie mózgu? A jak zrobią jakieś elektrowstrząsy?
- Przestań histeryzować. Skąd możesz wiedzieć co oni tu robią?
- Tutaj można się wszystkiego spodziewać.
- W sumie racja.. - Przytaknął Brad. - Ale to i tak nie wyklucza tego, że mamy stracić wszystkie zmysły.
- Ale Brad! Jest niby rok 1986! My się jeszcze nie narodziliśmy!
- A może.. to tylko taka fabuła, żeby zamącić w naszych głowach?
- Hę?
- No bo, patrz. Nie mogliśmy chyba na pstryknięcie palca przenieść się w czasie. A Ci ludzie, mogą być z innego piętra, prawda?
- No.. mogło tak być..
- Sam zobacz, my wylądowaliśmy na oddziale dla młodzieży, a tutaj w tym pomieszczeniu, są nawet starzy ludzie.
- No dobrze, więc co MY tutaj robimy?
- Nie wiem..
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Rozdział 16 Ignorowanie Uwag
Tamtego momentu chyba nigdy nie zapomnę w swoim życiu.. To było straszne. Z resztą, cały dzień był jakiś taki pokręcony..
Obudziłem się cały mokry.
- O, Con w końcu się obudziłeś. - Siedział Brad na moim łóżku czytając swoją książkę.
- A ja widzę, że teraz przesiadłeś się z tą książką na moje łóżko..
- Jesteś spocony.. - Spojrzał na mnie loczek
- Jeju, wiesz co mi się śniło?
- Że czytałeś te książki?
- No.. i potem
- Jane coś opętało?
- Skąd wiesz?
- Bo to było wczoraj, tylko, że zaraz potem zemdlałeś. - Powiedział obojętnie.
To jednak była prawda... To trochę dziwne, bo nigdy nie mdlałem.. mam wyrzuty sumienia..
- Ja lepiej wezmę prysznic.. - Wstałem, podszedłem do szafy i wziąłem czyste ubrania.
Skierowałem się ku drzwi, lecz zatrzymałem się przed nimi.
- A co... z Jane?
- Leży w izolatce.. Nigdy tam nie była. Pewnie się czuje samotna..
- Mhm.. - Otworzyłem drzwi i wyszedłem do łazienki.
Obudziłem się cały mokry.
- O, Con w końcu się obudziłeś. - Siedział Brad na moim łóżku czytając swoją książkę.
- A ja widzę, że teraz przesiadłeś się z tą książką na moje łóżko..
- Jesteś spocony.. - Spojrzał na mnie loczek
- Jeju, wiesz co mi się śniło?
- Że czytałeś te książki?
- No.. i potem
- Jane coś opętało?
- Skąd wiesz?
- Bo to było wczoraj, tylko, że zaraz potem zemdlałeś. - Powiedział obojętnie.
To jednak była prawda... To trochę dziwne, bo nigdy nie mdlałem.. mam wyrzuty sumienia..
- Ja lepiej wezmę prysznic.. - Wstałem, podszedłem do szafy i wziąłem czyste ubrania.
Skierowałem się ku drzwi, lecz zatrzymałem się przed nimi.
- A co... z Jane?
- Leży w izolatce.. Nigdy tam nie była. Pewnie się czuje samotna..
- Mhm.. - Otworzyłem drzwi i wyszedłem do łazienki.
***
Wyszedłem z łazienki ubrany niestety nadal o kulach bo jak mnie ten doktor capnie na korytarzu bez nich to mnie rozwali.
- Och, Ball! Tutaj jesteś! Szukałem Cię. - O wilku mowa..
- W czymś problem?
- Musimy porozmawiać. - Okropne dwa słowa. Zawsze kiedy ktoś je wypowiadał, miałem ciarki na plecach.
- Coś się stało?
- Chodźmy do mojego gabinetu. - Ruszył szybko.
- Pan zwolni, nie mogę biegać z tymi kulami.
- Wybacz. Zapominam, że masz jeszcze te kule.. - Weszliśmy do jego gabinetu.
Odsunął dla mnie krzesło i usiadłem.
- To coś poważnego? Coś zrobiłem nie tak?
- A zrobiłeś, że się czegoś boisz?
- W sumie.. - Ugryzłem się w język.
Nie mogę mu przecież powiedzieć, że to przeze mnie Jane trafiła do Izolatki. A może.. to jednak nie przeze mnie?
- Ale to nie istotne. Przejdźmy do pewnej sytuacji. Wczoraj widziałeś pewną sprzątaczkę.. Nazywała się.... Nazywała się...
- Samantha?
- Tak, Samantha Clarcks.
- Znalazła się?
- W pewnym sensie.
- To znaczy? - Zaciekawiłem się.
- Wczoraj wieczorem miałem trochę czasu i poszperałem w dokumentach.. I powiem Ci, że dużo się naczytałeś o naszym szpitalu.
- Ale ja.. - Nie dał mi skończyć.
- I pewnie Tobie się zdawało, że widziałeś tą panią, ponieważ ona nie żyje.
- Ale jak to umarła wczoraj?
- Czy ty udajesz czy co? Nie żyje od 15 lat! - Rzucił mi starą gazetę. - No śmiało, przeczytaj nagłówek.
- Tak, Samantha Clarcks.
- Znalazła się?
- W pewnym sensie.
- To znaczy? - Zaciekawiłem się.
- Wczoraj wieczorem miałem trochę czasu i poszperałem w dokumentach.. I powiem Ci, że dużo się naczytałeś o naszym szpitalu.
- Ale ja.. - Nie dał mi skończyć.
- I pewnie Tobie się zdawało, że widziałeś tą panią, ponieważ ona nie żyje.
- Ale jak to umarła wczoraj?
- Czy ty udajesz czy co? Nie żyje od 15 lat! - Rzucił mi starą gazetę. - No śmiało, przeczytaj nagłówek.
"Śmierć i straszliwe szkody!
Pożar w Szpitalu Psychiatrycznym spowodował ogromne szkody i śmierć kilkadziesiąt pacjentów.
"Przykro mi 'obwiniać' całą tą przykrą sytuację panią Samanthe Clarcks, ale niestety no zginęła razem z pacjentami.." - Rzekł nowy dyrektor szpitala, który ma zamiar pokryć wszelkie koszty, aby odbudowano szpital.
Okazujemy wyrazy współczucia dla wszystkich rodzin, które straciły swoje dzieci w tym miejscu."
Pożar w Szpitalu Psychiatrycznym spowodował ogromne szkody i śmierć kilkadziesiąt pacjentów.
"Przykro mi 'obwiniać' całą tą przykrą sytuację panią Samanthe Clarcks, ale niestety no zginęła razem z pacjentami.." - Rzekł nowy dyrektor szpitala, który ma zamiar pokryć wszelkie koszty, aby odbudowano szpital.
Okazujemy wyrazy współczucia dla wszystkich rodzin, które straciły swoje dzieci w tym miejscu."
- Ale.. To niemożliwe! Przecież widziałem ją wczoraj.. Przysięgam!
- Connor, musimy przeszukać wasz pokój. Sądzę, że nie myślisz trzeźwo.
- Co pan ma na myśli?
- Masz jakieś środki odurzające?
- Oczywiście, że nie. - Spojrzałem na niego wrogo. - Najpierw zabieracie mi komórkę, potem wciskacie kity, że coś biorę!
- Ta gazeta nie jest dla Ciebie dowodem? Spójrz na datę. Gazeta wydana 15 lat temu. Mamy nawet zdjęcia, jak strażacy wyjmowali spod ruin szczątki ludzi!
- Nie wierzę.
- Proszę bardzo! O to kolejny dowód. - Rzucił mi kopertę.
Wyciągnąłem wszystkie zdjęcia, które były w kopercie.
- Proszę bardzo, tu masz swoją panią Samanthe.
- Tak, to ona..
- A tak wyglądała po pożarze. - Odszukał mi zdjęcie.
Te wszystkie zdjęcia sprawiły, że miałem ciarki na plecach. Ręce zaczęły mi się trząść. Niektórzy z tych ludzi mieli poobrywane kończyny.. Czy to po to właśnie był ten pokój ze stołem operacyjnym?
- Jakieś jeszcze pytania?
- Właściwie jeszcze jedno.
Nie pytaj o ten pokój!! Właściwie to nie miałem, ponieważ myślałem tylko o tym dziwnym pokoju pode mną.
- Jakie?
- Czy ten pożar... Zniszczył cały budynek?
- Nie. Jakbyś zauważył, to wygląd tego piętra jest taki, jaki był przed pożarem. Dwa piętra górne tylko spłonęły.
- Mhm, no dobrze.. może pan jednak ma racje.. może przewidziało mi się. - Wstałem i wyszedłem z jego gabinetu.
To dziwne.. Na początku, kiedy się bacznie wszędzie przyglądałem, tak ściany nie wyglądały!! Coś mi tu śmierdzi! Ale rzeczywiście, ściany są straszne. Dlaczego nie zwracałem na to wcześniej uwagi?
Dotknąłem jednej ze ścian.
Są chropowate.. A także poobdrapywane, w sumie to się nie dziwię, ponieważ każdy skubie te ściany
Powinienem się domyślić, że te piętro nie spłonęło, ponieważ za drzwiami panował stary wygląd i ten smród..
Poszedłem do pokoju. Nie było tam Brada. Podszedłem do jego łóżka. Na podłodze leżała jego książka z pogiętą okładką.
Przecież.. Bradley nigdy by tak swojej książki nie potraktował! Zawsze delikatnie się z nią obchodził i kładł ją powoli..
Rozejrzałem się po pokoju..
No nie! Otwarte drzwi!!
- Dlaczego tam wszedłeś SAM?! - Wziąłem szybko latarkę i podbiegłem do otwartego przejścia.
- Brad! Jesteś tam?! - Odpowiedziała mi tylko głucha cisza..
Subskrybuj:
Posty (Atom)
