czwartek, 30 października 2014

Rozdział 5 Opowieść życia

Zawiesiłem się chwilę na jego pytaniu.
Chyba jeszcze nie jestem gotowy na czytanie takich rzeczy..
- Wiesz co, może innym razem. Nie mam teraz chęci na czytanie.
- Rozumiem. - pokiwał głową i rzucił książkę na stolik.
- O co Ci chodzi? - Spojrzałem mu w oczy.
- Kogo interesują samobójcy, zalegają tylko jak śmieci.
- Nie prawda. Wszyscy są potrzebni na tym świecie.
- Mhm.. jasne. Po twojej minie, inaczej to odbieram.
- Ale ja mówię prawdę.
- Tacy jak ja, tylko są ciężarem dla innych. - Obrócił się na drugi bok.
- Nie prawda. - Powiedziałem z nutą współczucia.
- Wiesz ty co? Skoro już normalnie ze mną rozmawiasz, opowiedz mi coś o sobie. - Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Connor, masz gościa. - Powiedział lekarz.
Że ja? Gościa? Jeju, może to moi rodzice! Muszę się z nimi koniecznie spotkać i pomówić. 
W mgnieniu oka, wstałem i pobiegłem za drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, nie byli to rodzice, lecz mój najlepszy przyjaciel - Jimmy.
No ale cóż lepszy on, niż nikt. kiedy mnie ujrzał, zrobił wielkie oczy. Za mną wyszedł Brad z.. telefonem? To on ma telefon? Podbiegłem do przyjaciela.
- Cześć Jimmy! - Uśmiechnąłem się.
- Oh, Connor.. zmieniłeś się.. To ten, no, masz gitarę. Ja muszę już lecieć nara! - wybiegł ze szpitala.
Zrobiło mi się smutno. Wziąłem swoją gitarę i poszedłem wolnym krokiem do swojego pokoju. Położyłem sprzęt na łóżku i usiadłem obok niego. Zacząłem "grać", tak, żeby była jakaś melodia..
- Hej, co ty taki przygnębiony? - Przyszedł Brad. Przestałem brzdękać i spojrzałem na niego ukratkiem.
Ten lokowaty jest strasznie ciekawski. Czy on wszystko musi wiedzieć?
- Jakoś tak.. - Powiedziałem obojętnie.
- Ej, przecież widzę, że coś się dzieje. Powiedz mi tylko co Cię gryzie. - Usiadł na moim łóżku.
- Mam powiedzieć co mnie gryzie?! DOBRA. To zacznę od samego, samiutkiego początku. - Usiadłem zdenerwowany i zaciągnąłem się inhalatorem.
Nazywam się Connor Ball i mam równe 17 lat. Już od małego dziecka chodziłem po lekarzach. Kiedy miałem niecałe 6 lat, lekarze wykryli w moim układzie oddechowym, coś niepokojącego. Jednak za późno zareagowali i zacząłem się po prostu dusić. Wyszło na to, że moje duszności wywołane są przez coś innego, niż przypuszczali. Długo szukali przyczyn i nie mogli ich znaleźć. Jakieś dwa lata później, wyliczyli mi już nawet datę mojej śmierci. 
Miałem dopiero wtedy osiem lat. Lecz pewien lekarz, dał mi drugą opcję. Dostałem potem swój pierwszy inhalator. Oczywiście nie mieliśmy pewności, czy to zadziała, na moje ataki. Cud się stał, że pomogło. Lecz to nie koniec. Cud, cudem, ale długo nie mogłem się cieszyć. Trzy lata później jechaliśmy z rodziną na wczasy. Te wakacje, skończyły się na wypadku samochodowym. Na szczęście moim rodzicom nic się nie stało, ale ja.. Ja oczywiście pechowiec i miałem najgorzej. Moje życie wisiało na włosku, takim maleńkim i cieniutkim. Chciałem się po prostu już poddać. Jakoś z tego wyszedłem. Było już wszystko okej, prócz tych duszności oczywiście. 
Kiedy miałem trzynaście lat, jechałem pół nocy, aby być w specjalnej przychodni, punktualnie na ósmą godzinę. Miałem tam różne badania, to na uczulenie, to na jakieś sprawności, ale potem przyszła kolej na badania serca i mózgu. Dość długo czekałem na wyniki, ale nie tak długo jak inni normalni pacjenci.
Wykryto, że mam jakąś chorobę serca, że czasami się duszę, ponieważ nie mogę się za bardzo przemęczać. Po wynikach z mózgu, także nie było dobrych wieści. Od tamtej pory, nie mogę ćwiczyć na w-fie, nie mogę się przemęczać i nie mogę się denerwować bo nie starczy mi tlenu, no chyba, że mam swój inhalator. Dopóki mam go przy sobie, jak na razie mogę żyć. Przechodziłem wtedy z podstawówki do gimnazjum. Zawsze miałem wzorowe w tym okresie zachowanie. Jednak kiedy poszedłem do technikum, przeszkadzało niektórym to, że nie ćwiczyłem w pierwszej klasie. Zaczęli ze mnie żartować i kpić. Nie ukrywam, bolało mnie to, ale zaciskałem to głęboko w sobie. Nie pokazywałem po sobie tego. 
Uratowała mnie przeprowadzka. Z moją przeprowadzką, wiązało się pójście do nowej szkoły. Na początku było dobrze, ale było. Ale gdy dowiedzieli się, że muszę zaciągać się praktycznie cały czas inhalatorem i nie ćwiczę. To, któregoś razu już po prostu nie wytrzymałem i pobiłem Carla. Pobiłem go tak mocno, że ciągnąłem się po pedagogach i u dyrektora. Wkurzyli się na mnie wszyscy i wyrzucili mnie ze szkoły. Takim oto sposobem jestem tutaj.
- Jak mogłeś tak długo to ukrywać w sobie?
- Najwyraźniej mogłem. - Burknąłem
- No, a ten koleś, ten twój gość?
- Mówisz, o Jimmy'm? To był mój najlepszy przyjaciel, ale tydzień przed moim przyjazdem tutaj, pokłóciliśmy się i urwaliśmy kontakt.
- Dlatego się tak ucieszyłeś, gdy go zobaczyłeś?
- Tak.. Miałem nadzieję, że porozmawiamy, ale pewnie nie chciał już się ze mną zadawać..
- Czemu niby? - Spoważniał.
- Nie wiem, może dlatego, że jestem dziwny, głupi, albo może nie zasługuję na przyjaciela..
- Ej, nie mów tak.. Jeżeli on Cię zostawił, to nie mógł się nazywać przyjacielem, a co dopiero najlepszym. Jak nie on, to może..
- Może? - Usiadłem.
- To może, ja mógłbym .. Oczywiście nie tak od razu.. i o ile byś chciał.. - Podrapał się po głowie i wstał. Złapałem go za rękę.
- Hej, jasne, że chcę. - Spojrzałem mu prosto w oczy.
- Serio? - Zdziwił się.
- No, skoro mamy być razem w pokoju, to wypadałoby. - Uśmiechnąłem się.
- Nie sądziłem, że będziesz chciał.. z tego, jak się zachowywałeś wobec mnie.
- Przepraszam, jeżeli jakoś Cię uraziłem wcześniej, czy coś w tym stylu.. Nie chciałem.
- Rozumiem, nic się nie stało. To co czuję, nie jest ważne.
- Teraz już jest.
- Chłopcy! - Weszła do pokoju pielęgniarka. - Obiad!
Popatrzyliśmy na siebie i w tym samym czasie wstaliśmy i ruszyliśmy bez słowa. Chyba zauważyła, że przeszkodziła nam w poważnych rozmowach. Weszliśmy do środka stołówki. Brad poszedł do stolika, gdzie byli jego znajomi.
Cóż, nie będę mu przeszkadzał.. Usiądę jak zwykle sam przy stoliku w kącie i będzie okej.
Zacząłem jeść. Kiedy brałem trzecią porcję do ust, parę osób dosiadło się do mojego stolika.
- Już nie będziesz sam siedział - Powiedziała blondynka.
- Tak, teraz już należysz do nas i będziesz z nami jadł. - Zarzucił Bradley.
Uśmiechnąłem się i połknąłem jedzenie.
- To miło z waszej strony.. - Powiedziałem nieśmiało
- Aj tam, nie przesadzaj. Jestem Klara. - Zaśmiała się blondi.
- James.
- Mark
- Amanda. - Uśmiechnęła się.
Wszyscy popatrzyli się na mnie.
- Connor. - Po przedstawieniu się, zaczęliśmy rozmawiać, na różne tematy.
Kiedy skończyliśmy jeść, wstaliśmy i wyszliśmy z sali. Rozeszliśmy się do swoich pokoi.
- A tak a pro po, to czemu wczoraj w nocy nikt z lekarzy nie przyszedł do naszego pokoju? Przecież jest kamera.
- Kamera? Coś ty! To coś nie działa w tym pokoju od jakiś dwóch lat! A lekarze do dzisiaj nie zauważyli, że jest zepsuta.
- To teraz wszystko wyjaśnia..
Pod wieczór zacząłem grać na gitarze i wymyślaliśmy sobie teksty piosenek. Był niezły ubaw. Bardzo polubiłem Brada. Po kolacji jak zawsze, kąpiel, mycie zębów i do spania.
_________________________________________________
Tak parę słów od siebie:
Bardzo dziękuję, za wasze opinie w tych wszystkich komentarzach, to bardzo mnie motywuje do dalszego pisania i mam nadzieję, że będziecie czytać do końca :)

niedziela, 26 października 2014

Rozdział 4 Niechęć Zostania

Kiedy dowiedziałem się, że nie będę sam w pokoju, myślałem, że się załamię. Jednak nie jest aż tak źle. Dzięki Bogu, ten Brad nie chrapie. Jest cisza i spokój, jakby go w ogóle tutaj nie było. Niestety wiedziałem! Wiedziałem, że coś mi przeszkodzi w moim śnie. Lecz tym razem nie było to pukanie. 
Usłyszałem huk, jakby coś spadło.Otworzyłem zaspane oczy. Chwilowo miałem rozmazany obraz, ale po krótkim czasie było już okej.
Ujrzałem małe, czarne źrenice na wielkich, okrągłych białkach, te oczy patrzyły się prosto w moje. Dzieliło nas dosłownie kilka centymetrów.
- BOŻE ŚWIĘTY!- Wydarłem się i spadłem z łóżka.
- Nie, pomogłeś mi... Ze mną, się nie zadziera... - Szeptała. - Doprowadzę do tego, abyś cierpiał jak ja i umarł tutaj w męczarniach!
Po tych słowach rzuciła mi się do gardła. Chciała mnie udusić..
- WYJDŹ STĄD! - Krzyknąłem ostatnim tchem.
- Kate! NIE! Nie rób mu tego! - Błyskawicznie, mój współlokator ją odciągnął.
Wziąłem głęboki wdech. Ciężko oddychałem. Szukałem ręką znajomego mi kształtu, ale tylko błądziłem.
- Może, szukasz tego?! - Trzymała mocno inhalator. Mój inhalator.
- Oddaj mi to. - Było mi słabo.
Ledwo widziałem na oczy. Brad ścisnął ją za nadgarstek i wypuściła cenną rzecz. Doczołgałem się do mojego inhalatora i zaciągnąłem się mocno dwa razy i odkaszlnąłem.
- Simpson zostaw mnie! Chcę mu dać nauczkę! - Wyrywała się.
Jej głos naprawdę mnie przeraża. Mam wrażenie, że nie mówi swoim głosem. Ma strasznie niski i zachrypnięty głos. Normalnie jak w horrorach. I w ogóle jej wygląd także mnie od niej odtrącał..
- USPOKÓJ SIĘ! - wrzasnął
- ANI MI SIĘ ŚNI!!
- Chcesz mieć znowu kaftan i miesiąc w izolatce? Ledwo Cię wypuścili! - Przestała się szarpać.
Słychać było jak wkurzona oddychała przez nos.
- A teraz, idź do swojego pokoju tak, aby żaden lekarz na dyżurze, Cię nie zobaczył. Migiem!
Wygonił ją za drzwi. Wstałem, spojrzałem na rozwaloną szafkę nocną, która była obok mojego łóżka.
NO NIE! Mój zeszyt! Cały podarty! Tyle trudu poszło na marne! Ja tu nie wytrzymam.. Jeszcze tylko brakuje, żeby on mnie tu pobił..
Zaciągnąłem się inhalatorem. Po chwili zacząłem układać rzeczy tak, jak były. Usiadłem na swoje łóżko skulony.
- Nie chcę tu zostać.. Chcę stąd uciec. - Kołysałem się lekko w przód i tył.
- Ja przepraszam za Kate.. Nie wiem co ją napadło.. przepraszam.
- Szatan. - burknąłem pod nosem
- W to nie wątpię.. - Usiadł obok mnie
- Od początku, kiedy tu przyszedłem, próbowała mnie zabić. To nie jest normalne.
- Uwierz lub nie, ale nikt tu nie jest normalny. Spokojnie. - pogładził mnie po plecach.
- ZOSTAW MNIE. - Odsunąłem się od niego.
- Dobra, jak chcesz. Chciałem Ci tylko pomóc. - Wstał i podszedł do swojego łóżka.
- Każdy tak mówi, a potem pogarsza tylko moją sytuację. - Okryłem się kołdrą i zamknąłem swoje powieki.
Zasnąłem.
W sumie, to obawiałem się najgorszego po nim. Jednak, on ma coś takiego w sobie, że mogę mu chyba zaufać. Nie jestem do końca pewny, ale mam takie przeczucie. Lecz, gdyby chciał mnie pobić, to raczej by nie obroniłby mnie przed tą dziwną istotą.
Zacząłem się wiercić na łóżku. Nie mogłem już dłużej spać i wyciągnąłem się. Ziewnąłem, przetarłem oczy i usiadłem na łóżku. Rozejrzałem się wokół siebie i przypomniała mi się noc. Ta okropna noc.
- O, widzę, że wstałeś. Jest już śniadanie. Idź. - Wyjrzał zza swojej książki.
Nie ma sensu przebierać się w nowe ciuchy, skoro idę tylko zjeść i z powrotem idę do pokoju.
Wstałem i poszedłem w stronę drzwi. Zatrzymałem się przed nimi i odwróciłem głowę do tyłu.
- Ty nie idziesz? - Powiedziałem cicho.
- Nie.. Ty idź.
Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z pokoju. Zawiesiłem się chwilkę i wróciłem się.
- Na pewno nie idziesz zjeść?
Zaśmiał się.
- Nie, jakbyś zauważył to nie jem śniadań. - Ponownie włożył swój nos do książki.
Zamknąłem ponownie drzwi i poszedłem na stołówkę.
No trudno, skoro nie je w ogóle śniadań, to jego strata.. 
Podbiegłem do jadłospisu na dzisiejszy dzień.
Okej, nie dziwię mu się, że nie je śniadań.. Jeżeli codziennie ma być to samo, to także by mi to zbrzydło. Nie.. Wracam do pokoju. Nic tu po mnie. Sory pani kucharko, ale nie jem już śniadań!
Wybiegłem stamtąd i wróciłem do pokoju.
- Już tak szybko zjadłeś? - Czytał książkę.
- Masz rację, że nie jesz śniadań. - Zamknąłem drzwi.
- Jeszcze wczoraj nie chciałeś ze mną rozmawiać, a dzisiaj.. - Odłożył książkę.
- Co czytasz? - wskazałem palcem.
- O samobójcach.
Mhm... Już się zapowiada ciekawie. On chce popełnić samobójstwo czy co? No, już to widzę. Budzę się pewnego dnia a tu nade mną wisielec. Z kim ja tu muszę być..
- Fajne to? - chrząknąłem
- Trzeba najpierw zrozumieć, zanim się oceni. Chcesz przeczytać?
Że ja? Nie, nie, nie.. Żebym jeszcze miał myśli samobójcze? Żebym wszystkich pozabijał? Powaliło go chyba.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 3 Nowy

Niechętnie wstałem z łóżka. Wziąłem naszykowane wczoraj ubrania i poszedłem się przebrać. W połowie drogi wróciłem się po szczoteczkę i ręcznik. Wszedłem do łazienki. Kiedy kończyłem myć zęby do łazienki wszedł jakiś chłopak. Nawet na mnie nie spojrzał.
Pewnie mnie nie zauważył.
Zabrałem swoje rzeczy i wróciłem do pokoju. Na łóżku siedział doktor McCurdy.
Czy ten człowiek nie może mnie zostawić w spokoju? Ciągle za mną łazi. Nie ma nic innego do roboty? Ugh. Wkurza mnie.
-To jak? Idziemy na śniadanie? -zapytał wstając z łóżka.
Wyszedł z sali, a ja podążałem za nim. Szliśmy długim korytarzem. Każdy kto obok nas przechodził dziwnie się na mnie patrzył. Zatrzymaliśmy się na przeciwko drzwi stołówki. Lekarz otworzył przede mną drzwi i machnęciem ręki zaprosił mnie do środka. Zająłem miejsce na końcu sali, a McCyrdy poszedł po posiłek. Od czasu kiedy wszedłem do pomieszczenia każdy się na mnie patrzył. Dziesiątki par oczu przeszywały mnie na wylot. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie bezczelnie się na mnie gapią, więc ani trochę mi to nie przeszkadzało.
-Proszę. Smacznego. -powiedział stawiając na przeciwko mnie pełną miskę płatków zbożowych.
Sięgnąłem po łyżkę. Kiedy wkładałem pierwszą porcję do ust, lekarz odszedł od stolika i udał się w kierunku drzwi. Szybko zjadłem i jako jeden z pierwszych pacjentów opuściłem stołówkę. Poszedłem do pokoju. Położyłem torbę na łóżko. Włożyłem do niej wczorajsze ubrania, ręcznik i kosmetyczkę. Wziąłem telefon spod poduszki i schowałem go do kieszeni. Usiadłem na łóżku. Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i wszedł McCurdy.
-Bierz torbę i idziemy to twojego nowego pokoju.
Zabrałem torbę i udałem się za doktorem. Idąc korytarzem mijały nas różne osoby. Jedna dziewczyna chyba była opętana przez jakiegoś demona. Obok nas przeszła spokojnie, ale kiedy obróciłem się ujrzałem jak rzuca się na jakiegoś innego pacjenta. Pielęgniarki ściągnęły ją z chłopaka, założyły jej kaftan i gdzieś ją zaprowadziły.
  Co za dziwne miejsce. Boję się tu zostać. Jak ja tu wytrzymam? Chce do domu. 
Nagle Jack zatrzymał się przed jakimiś drzwiami na których była liczba 678.
-Oto twój nowy pokój. Rozgość się. -powiedział otwierając drzwi.
Wszedłem do środka. W pomieszczeniu były dwa łóżka, dwie szafki nocne i dwie szafy. Nie było ani jednej ozdoby. Położyłem torbę na łóżku i zacząłem się rozpakowywać. Po jakimś czasie wszystko już było na "swoim" miejscu. Wyjąłem telefon. Chciałem zadzwonić do rodziców, ale w pokoju nie było zasięgu. Wyszedłem na korytarz. Po jakimś czasie, przy pokoju 647, znalazłem zasięg. Wybrałem numer mamy. Nie odbierała. Wybrałem numer taty. On też nie odbierał. Zadzwoniłem na nasz domowy numer. Odezwała się sekretarka. Postanowiłem, że nagram im wiadomość.
Mamo, tato ja chcę do domu. Zabierzcie mnie stąd. Jak będziecie tu jechać to weźcie moją gitarę. Kocham was. Connor.
Rozłączyłem się. Z kieszeni wyjąłem inhalator i zaciągnąłem się trzy razy. Podeszła do mnie pielęgniarka i powiedziała, że jest pora obiadowa i, że mam iść na stołówkę. Poszedłem w tamtą stronę. Wszedłem do sali. Podszedłem do okienka i wziąłem talerz. Rozejrzałem się za wolnym miejscem. Udałem się w stronę stolika przy oknie. W mgnieniu oka z mojego talerza znikł kotlet, kalafior i ziemniaki. Odniosłem talerz i wyszedłem. W drodze do pokoju spróbowałem jeszcze raz zadzwonić do rodziców. Nadal nie odbierali. Schowałem telefon do kieszeni i otworzyłem drzwi. Co jest do cholery?
Na jednym z łóżek siedział jakiś chłopak. Wyszedłem i spojrzałem na drzwi.
  678 to tutaj. Ale co to za chłopak? Myślałem, że nie będę z nikim dzielił pokoju. 
-Hej jestem Brad, a Ty? -powiedział chłopak.
Wzruszyłem tylko ramionami i usiadłem na łóżku. Wyjąłem z szafki zeszyt i długopis. miałem zamiar dokończyć piosenkę. Przydałaby się gitara. Po jakiejś godzinie kartka była pusta. Zrezygnowany odłożyłem zeszyt na miejsce. Położyłem się na łóżku. Moje powieki zaczęły robić się ciężkie aż w końcu opadły. Zasnąłem.
                                                         ***
-Hej! Obudź się. -poczułem, że ktoś mną potrząsa.- Ej nowy kolacja jest. Chodź jeść.
Otworzyłem oczy. Nade mną stał Brad. Przetarłem oczy i wstałem z łóżka. Idąc do drzwi potknąłem się o coś.
-CHOLERA JASNA. TAK CIĘŻKO PO SOBIE POSPRZĄTAĆ?
-Ej nowy spokojnie przecież nic Ci się nie stało. -położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-NIE DOTYKAJ MNIE -strzepnąłem dłoń z ramienia i wyjąłem inhalator. Zaciągnąłem się kilka razy i wyszedłem z pokoju. Szybkim krokiem poszedł na stołówkę. Wziąłem talerz i usiadłem przy wolnym stoliku. Pogrzebałem trochę widelcem. Po jakiś 15 minutach odniosłem pełen talerz. Wyszedłem z sali. Znów czułem spojrzenia innych.
Serio mi się nudzi.. Jestem aż tak ciekawy, że ciągle się na mnie patrzą? Idąc do pokoju wpadłem na pana McCyrdy'a.
-I jak? Zakolegowałeś się już ze swoim współlokatorem?
-Nie -odpowiedziałem.
Przyspieszyłem kroku. Chyba zauważył, że nie mam ochoty z nim rozmawiać. Ze spuszczonym wzrokiem szedłem do pokoju. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Był już tam Brad. Chyba coś czytał. Rzuciłem się na łóżko. Wyjąłem telefon i zacząłem na nim grać. Około 23 odłożyłem go na stolik i poszedłem się umyć. Po 35 minutach wróciłem do pokoju. Kidy tam wszedłem Brad wyszedł do łazienki. Położyłem się do łóżka. Po około 10 minutach wpadłem w objęcia Morfeusza.

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 2 Niespokojny Sen

- I jak? Jak Ci się podoba tutaj?
On myśli, że będę tu na zawsze, czy co? Nie wytrzymam tutaj nawet tygodnia! Dajcie mi kurde wszyscy święty spokój! Odczepcie się ode mnie. Chcę już stąd wyjść.
- Będę miał swój własny pokój?
- Tak, dzisiaj byś spał sam w pokoju, ale jutro będę musiał Cię przenieść do innego.
No cóż, skoro jedną noc, będę sam w jednym pokoju, to powinienem się wyspać.
Wstał od stolika i podszedł do "kucharki", która stała za ladą. Wymienili ze sobą parę słów i powrócił do mnie.
- Chodźmy. - Zasunął za mną krzesło. Wziąłem swoje bagaże i wyszliśmy. Usłyszałem kroki z tyłu korytarza. Szybko zerknąłem w tamtą stronę. To ta sama dziewczyna, która mnie "zaatakowała", lecz bez swojego kaftana.. Dziwnie się patrzyła..
- Tu jest toaleta chłopięca, a na przeciwko dziewczęca. - Spojrzałem na drzwi. Zaraz potem obracałem powoli głowę do tyłu. Nie było jej. Przetarłem oczy.
Czy ja widzę duchy? Już wolę pójść do swojego pokoju. Powoli tracę tu zmysły.. Nie mogę tu dłużej zostać.
- Chodź, oprowadzę Cię po całym ośrodku. Poznasz tu jutro swoich nowych kolegów i koleżanki. A teraz pójdziemy do twojego pokoju. Rozpakujesz swoje ubrania na jutro i do spania, bo nie ma sensu rozpakowywać i pakować.
No dobra, jak tak bardzo chce.. Niech będzie. Już mi wszystko jedno. Byle szybko do pokoju.
- Tu, na lewo znajduje się twój pokój. Wejdź. - Otworzyłem powoli drzwi. Pusto i cicho. Rzuciłem torbę na łóżko i usiadłem obok niej. Twarde to łóżko. Jeju, nie zasnę.
- Jest tu jakiś prysznic?
- Potrzebujesz się dzisiaj myć?
- Przydałoby się. - Wziąłem w dłoń ubrania do spania i ręcznik, a w drugą szczoteczkę do zębów i pastę.
- No dobrze, tędy. - wstałem i szybko poszedłem za nim.
Mam nadzieję, że w łazience, nie będzie kamer! Z resztą, nawet i gdyby były, to bym czymś je zakrył. Nie pozwolę, aby mnie kamerowali, kiedy biorę kąpiel! Wszedłem do wnętrza łazienki. Rozejrzałem się wszędzie. Jest czysto, nie ma kamer. Ulżyło mi na duchu.
Ściągnąłem ubranie i wszedłem do kabiny. Zawiesiłem na górze ręcznik, odkręciłem korek wody. Niech to szlag! Nienawidzę tak nagłe zmiany temperatury wody. Teraz muszę dziesięć minut, poświęcić na regulację wody. Kiedy w końcu ustawiłem na ciepłą wodę, oblałem się żelem i opłukałem się. Zakręciłem korek, ściągnąłem z góry ręcznik, owinąłem się nim i wyszedłem spod prysznica. Otarłem się dokładnie cały i nałożyłem na siebie ubrania.
Podszedłem do umywalki i spojrzałem w swoje odbicie. Jezu, wyglądam jak jakiś trup.. Nienawidzę swojej bladej skóry. Sięgnąłem po szczoteczkę. Wycisnąłem z tuby pastę i zacząłem szorować zęby. Usłyszałem pukanie. Wyplułem wszystko.
- Tak? - Wytarłem się ręcznikiem z piany.
- Długo jeszcze będziesz tam siedział, Ball? - Zapytał lekarz przez drzwi.
- Myję zęby. - krzyknąłem
- Szybko, zaraz masz być w pokoju. - Machnąłem jeszcze parę razy szczoteczką. Wziąłem ciuchy, mokry ręcznik, szczoteczkę i wyszedłem.
- Już, wykąpany? - Stał nade mną.
- Tak, już tak. - odetchnąłem.
- Idź szybko do pokoju. - popchnął mnie lekko. Otworzyłem drzwi i zapaliłem światło. Rozejrzałem się po pokoju. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale miałem takie dziwne uczucie.. jakby ktoś był w szafie. Otworzyłem ją natychmiast. Zdziwiłem się, ponieważ była pusta.
Jednak to tylko moje wymysły.. Chore wymysły. Powoli mi już tutaj odbija. Muszę coś wymyślić, żeby mnie stąd wypuścili.. Włączyłem telefon. Jest godzina 00. Przepraszam, czy ja słyszę jakieś szepty?
Przyłożyłem ucho do ściany. Tak, ktoś coś mówi.
- Wypuście mnie stąd, błagam. Wypuście.. - Nagle cisza.
Usłyszałem cichy płacz. I znowu nastała cisza..
CO SIĘ TUTAJ DZIEJE?! Czy to miejsce aż tak źle wpływa na moją psychikę? Boże.. Odwrócę się na drugi bok.. Strasznie nie wygodne to łóżko. Co?! Tutaj także jest kamera? Akurat musi być w tym rogu gdzie moje oczy ją dostrzegają? Eh, położę się na plecy. Szczerze? Ten materac twardością niczym się praktycznie nie różni, od podłogi. Moje myśli błądziły w tych ciemnościach..
Zerknę do telefonu. Zaraz, zaraz.. Dlaczego się wyłączył? Przecież bateria była pełna! Hm, może nacisnąłem wyłącznik, kiedy się obracałem. Ale cóż, ważne, że działa. Przepraszam, ale jak to już minęła godzina? 
Usłyszałem puknięcie w ścianie. Wyłączyłem telefon. Chwilę potem, ten dźwięk powtórzył się.. Wyliczyłem, że te pukanie odbywało się co 10 sekund. Te pukanie było jednorazowe. Akurat wtedy, gdy chciałem zmrużyć oczy..
Nie no, ja nie zasnę! To pukanie mnie dobija, a zarazem wkurza. Komuś się nudzi czy co? 
Usiadłem na łóżku. Sięgnąłem po inhalator i słuchawki. Prawie bym się wywalił, ale przecież nie wstanę z łóżka.. Ponieważ kiedyś oglądałem swój pierwszy i ostatni horror w życiu i było w nim, że potwór mieszkał pod łóżkiem i wciągał ludzi. Skończyło się na tym, że tak się wystraszyłem, że wylądowałem w normalnym szpitalu.
No świetnie. Akurat takie wspomnienie musiało mi się przypomnieć? Teraz jeszcze bardziej się boję, a przez te pukanie, to szału dostanę!
Podłączyłem słuchawki do telefonu. Wszedłem w moją ulubioną playlistę. Włączyłem muzykę i zamknąłem oczy. Po 30 minutach wyłączyła mi się muzyka. Sam nie wiem dlaczego.. Ale to nic, byłem śpiący. Wyłączyłem telefon, schowałem go pod poduszkę i usnąłem. Do chwili..
Usłyszałem, natarczywe pukanie do ściany.
- Nudzi się komuś?! - Krzyknąłem.
No, nareszcie. Ustąpiło. Cisza i spokój. Wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy i wypuściłem powietrze z ust. Nie no, to są jakieś jaja! ZNOWU?! Ja tu nie wytrzymam!
Usiadłem skulony na łóżku. Zacząłem szlochać jak i ze złości, tak i z bezradności.. Co bym nie zrobił, to nie przestanie. Zacisnąłem dłonie w pięści. Wkurzyłem się i z całej siły walnąłem w ścianę.
- JEŻELI, JESZCZE RAZ, USŁYSZĘ PUKANIE, TO OSOBIŚCIE WEJDĘ DO TWOJEGO POKOJU I NIE BĘDZIESZ JUŻ MIAŁ CZYM PUKAĆ! - Wrzeszczałem. Wziąłem inhalator i zaciągnąłem się trzy razy.
Dziwi mnie to, że lekarze nie przybiegli zapytać się, co się stało. Te bardzo popularne pytanie.
O dziwo, ktoś chyba zrozumiał o co do niego powiedziałem i przestał pukać.
Wreszcie mogę pójść spokojnie spać. Muszę wyciszyć swój umysł od tego wszystkiego i pójść spokojnie spać.
Spojrzałem jeszcze tylko na godzinę do telefonu..
Jest 5?! Nie no, super. Na pewno się wyśpię. Ciekaw jestem tylko, o której mnie obudzą. No nic Con, idź spać.
- Wstajemy, wstajemy Connor! - Na rozpoczęcie tego dnia ujrzałem twarz doktora Jacka.
Z niechęcią usiadłem po turecku na łóżku..
- Która godzina? - Ziewnąłem i przetarłem oczy.
- Jest 7. Zaraz idziemy na śniadanie.
Aha, okej. Spałem niecałe 2 godziny. JEST W PORZĄDKU!! Nie, żeby to był sarkazm.. skądże.

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 1 Kim Jestem

Znajduję się na XII oddziale psychiatrycznym. Pomimo tego dziwnego miejsca udomowiłem się tutaj i nie wyobrażam sobie, żebym mieszkał gdzie indziej. Cóż, każdy myśli, że jestem biedny, że akurat tutaj trafiłem, lecz jestem tu chyba szczęśliwy. Prócz tego, że jestem tu teraz sam, ale poznałem kogoś, kto mi bardzo pomógł. Przesuńmy więc czas do tyłu i cofnijmy się trochę.
15 miesięcy temu
Chciałbym jak każdy człowiek móc prowadzić swoje własne i normalne życie. Niestety ludzie, którzy są wokół mnie uważają, że jestem "inny". Należę do takich bardziej nieśmiałych osób i ciężko mi nawiązywać nowe znajomości. Każdy chyba myśli, że to można tak na pstryknięcie palca, przestać się przejmować opinią innych ludzi. To jest bardzo irytujące, gdy osoby niby chcą Ci pomóc, a bardziej dobijają nas psychicznie, ponieważ nie mają bladego pojęcia jak czujemy się w danej sytuacji. 
Myślisz, że gorzej być nie może? Oczywiście że może. Tylko świat nie jest dla Ciebie taki okrutny. Wiem to, doświadczyłem tego na własnej skórze. Zycie dla jednych to tysiące cierpień, natomiast dla drugich lepie być nie może.
Nazywam się Connor Ball. Pomimo tego wielkiego bólu jakie zadało mi życie, nie chcę się poddawać. Mam nadzieję, że gdzie nie gdzie los, uśmiechnie się do mnie i będę mógł normalnie funkcjonować na tym świecie.
Właśnie idę z dwojgiem podejrzanymi ludźmi, przez okropny korytarz. Jetem w totalnym szoku, że jestem w tak dziwacznym miejscu. Chce stąd uciec. Niech mi ktoś pomoże. Wyciągnijcie mnie stąd proszę.
Stanęliśmy przy jakimś blacie. To chyba recepcja, albo i jakaś sekretarka. Co chwilę na mnie patrzą i coś gadają między sobą. Rozejrzałem się wokół siebie i po korytarzach. Kilka kroków ode mnie, na krzesełku siedziała jakaś dziewczyna w długich ciemnych włosach i koszuli szpitalnej. Nic z tego nie robiąc, usiadłem obok i zacząłem szperać w swoim telefonie. Usłyszałem szepty. Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Była zapłakana.
- Jesteś z zewnątrz? - szeptała.
Kiwnąłem głową na "tak"
- Pomóż mi.. proszę.. - odsunąłem się trochę od niej.. 
Wydaje mi się dziwna..
- Nie mam jak. - odszepnąłem. Rzuciła się na mnie. Wywaliła nas na podłogę. Zaczęła krzyczeć i płakać.
- Masz mi pomóc! - Uderzyła mnie pięścią w klatkę piersiową. 
Przybiegli lekarze, odciągnęli ją ode mnie i założyli jej biały kaftan. Jej płacz i krzyki nasilały się. 
Wystraszyłem się. Wyciągnąłem z kieszeni inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy. Wstałem z podłogi, otrzepałem spodnie i pobiegłem do wyjścia.
- Ej, hola hola! A dokąd to? - Stanął przede mną lekarz. Centralnie przed drzwiami, kiedy miałem chwycić za klamkę. Spojrzałem srogo na jego wesołą minę. Spojrzałem za siebie, nie było lekarzy, ani tej dziewczyny. Odszedłem z powrotem na swoje "pechowe" krzesełka.
Chwilę potem powrócił do mnie ten sam lekarz.
- Dowiedziałem się, że u nas zostajesz. Cieszysz się?
Ja? Niby tutaj mam zostać? O nie. Po moim trupie. Nie chcę skończyć jak tamta. Niech męczą kogoś innego, a nie mnie!
Chciałem wstać, ale chwycił mnie za rękę.
- Jesteś mało mówny. Pozwól, że się przedstawię. Jestem Jack. Jack McCurdy, a ty?
- Connor. - powiedziałem przez zęby.
- Skąd te nerwy?
- Nie jestem zdenerwowany.. - Usłyszałem straszne wrzaski zza drzwi jednego pokoju.
Szybko spojrzałem w tamtą stronę, lecz drzwi były zamknięte. To miejsce staje się coraz bardziej okropniejsze i sprawia, że nie chcę ani jednej sekundy dłużej tu przebywać.
- Czego się boisz? Tu nie ma czego się bać. - powiedział łagodnym głosem.
- Oj wątpię. - rzuciłem szybko.
- Coś się stało? - wstałem
- Trochę mnie to przerasta.. - Zaciągnąłem się inhalatorem.
- Spokojnie. Powiedz na luzie co Cię przerasta.
- Wszystko! - krzyknąłem.
- Uspokój się. Chcę tylko pomóc. - Chodziłem w tę i z powrotem z założonymi rękoma na głowie.
- Oddychaj głęboko, dziękuję siostro. - Spojrzałem na niego i zatrzymałem się. Trzymał w dłoniach jakieś papiery.
- No to już wszystko wiemy, Ball.
- Nie po nazwisku! Proszę.
- Dobrze, już dobrze. Zobaczmy co Ci jest.
- To, tu wszystko o mnie pisze? - wskazałem na papierek, który trzymał.
- Tak Connor. I widzę, że jeżeli będziesz nerwowy, to będziemy zmuszeni założyć Ci kaftanik.. - Spojrzał na mnie z dołu.
No jeszcze czego! Żadnych fartuszków, kaftaników i innych rzeczy nie będę na przymus tutaj nosił! Jeszcze czego! Gdzie ja jestem?
Powtarzam, zabierzcie mnie stąd! Jeżeli ja jestem w psychiatryku to popełnię samobójstwo..
- Connor!
- Hm? - Spojrzałem na niego
- Wołam Cię, od pięciu minut. Nie słyszysz mnie?
- Przepraszam, zamyśliłem się..
- No dobrze. Weź plecak i swoją torbę. Pokażę Ci twój nowy pokój. Chodźmy na pierwsze piętro. - Weszliśmy po schodach.
Nad drzwiami do korytarza widnieje tablica, a na niej napis : XII Oddział psychiatryczny
I że ja mam mieć tam swój pokój? Sory Jack, ale spadam stąd. Nie chcę tam.
- Hej, idziesz? - stał w drzwiach. Popatrzyłem się to na tablicę, to na niego. - No chodź.
Potrząsnąłem głową na "nie". Zamyślił się.
- Może najpierw chciałbyś odwiedzić naszą restaurację, coś zjeść? - Zerknął raz jeszcze na moje dane - hm, nie pisze tu, że jesteś na coś uczulony. Idziemy tędy. - Wskazał na te same drzwi.
W sumie w brzuchu mi nie burczy. No cóż. Mus to mus. Trzeba iść, bo niby gdzie pójdę?
Złapałem za klamkę, wziąłem głęboki wdech i wszedłem pierwszy. Była irytująca cisza.
Słychać tylko mój ciężki oddech i chrypę.
- Oj widzę, że będziesz musiał brać leki na gardło.
- Nie trzeba. - Poprawiłem opaskę torby na ramieniu. - Gdzie mamy iść?
- Chodź za mną. - Ruszył. Rozglądałem się po wszystkich ścianach.
Wszędzie są kamery. Nie mają własnego życia, tylko obserwują wszystkich? Jezu.. To jakiś koszmar. Gdzie są moi rodzice? Kiedy są potrzebni, to ich nie ma.
- O czym myślisz? - Zapytał doktor
- O rodzicach. - Burknąłem.
- Ach tak, przypisali Cię tu. Uznali, że tutaj nie zrobisz nikomu krzywdy.
Że co?! Rodzice sami mnie tu zapisali? No tak, mieliśmy ostatnio słaby kontakt, ale żeby mnie wyrzucać z domu i tutaj wysłać? Co ja jestem? Jestem jakąś rzeczą czy co... W sumie tak się teraz czuję. Pewnie się teraz cieszą, że kłopoty, czyli ja są już za nimi.. Na prawdę już nie jestem nikomu potrzebny? Ze szkoły mnie wyrzucili, hm.. A może z tego szpitala też mogą mnie wyrzucić? Było by ekstra, bo bym nie musiał tu być.
- Przepraszam..
- Tak?
- A gdybym, coś przeskrobał, to byście mogli mnie wyrzucić?
- Tak. Wyrzucilibyśmy Cię w kaftaniku do izolatki.
Do Izolatki? W tym kaftanie? O nie.. Nie, muszę być dobry. 
Wystraszyłem się i zaciągnąłem się dwa razy inhalatorem.
- Masz problemy z oddychaniem? - zapytał.
- Tak jakby. 
- To tutaj. Wchodź i wybieraj, co chcesz zjeść. - Otworzył mi drzwi. Było pusto.
- Czemu tu nikogo nie ma?
- Ponieważ to nie jest pora obiadowa i wszyscy siedzą w swoich pokojach.
- Mhm.. - Obejrzałem wokół siebie. 
Cały czas mam wrażenie, że ktoś mnie bacznie obserwuje od początku.. Nienawidzę tego uczucia..
Poza tym w tym szpitalu mogę się wszystkiego spodziewać, więc muszę trzymać się na baczności.