piątek, 20 marca 2015

Rozdział 29 Żegnaj

Drogi Panie Boże!
Umarłem. Wewnętrznie. Moje życie straciło sens. Zabrano mi najważniejszą osobę w moim życiu. 
Choć nie ma go już na tym świece 2 dni, ja czuję się jakby to były dwa lata.
Miałem chyba z 10 razy atak duszności, ale za każdym razem był ktoś przy mnie i wpychał we mnie ten pierdolony inhalator. Czy oni nie rozumieją, że nie chce już żyć?!
Powód dla którego żyję popełnił samobójstwo.
To ja powinien być w tej łazience.
To przeze mnie się zabił. Jestem taki pojebany, że nie wytrzymał psychicznie ze mną i się zabił.
Odkąd znaleźli Bradzia w tej cholerniej łazience nie zmrużyłem oka.
W nocy... W nocy znalazłem pudełeczko w którym Loczek trzymał żyletki. Wyjąłem jedną i.. I na pewno sam się domyśliłeś co było dalej.
Wiesz co? Wyobraź sobie, że koś zabrał Ci osobę którą kochasz całym sercem, jest dla Ciebie całym światem. Co czujesz? Podpowiem Ci. Ból i nienawiść. Czujesz bój, bo brakuje Ci tej osoby. Czujesz nienawiść do siebie, bo nie powstrzymałeś tej osoby przed zabiciem się.
Ból.
Bezsilność.
Złość.
Nienawiść do samego siebie.
Teraz tylko to czuję. Nie czuję już, że jestem szczęśliwy, bo niby jak mam być szczęśliwy jak nie ma przy mnie mojego promyczka?
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
To wszystko przypomina mi Bradzia.
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
Nie potrafię.. Nie potrafię już jeść, spać, grać.
Umrzeć.
To jedyne co teraz pragnę.
To moje marzenie...
Nie mam po co żyć.
Jestem taki beznadziejny.
Przepraszam...
Przepraszam, że jestem taki jaki jestem.
Nie powinienem się urodzić...
To MOJA wina, że on się zabił.
Wszyscy się o mnie 'martwią', ale ja i tak wiem, że tylko udają, bo po co martwić się o takiego śmiecia jak ja?! 
Eh.. Nie wiem po co pisałem ten list.. Myślałem, że będzie mi lepiej na sercu, ale to nie pomogło. Z resztą... Przestałem w Ciebie wierzyć w tej samej chwili co znaleźli zimny cały mój świat.
                                                                                                                             Connor

Usłyszałem skrzypnięcie drzwi.
- Con, chodźmy.. już czas. - Stanęła w progu Amanda. Była ubrana w czarną sukienkę.
- Nie chcę tam iść. - Powiedziałem zgniatając kartkę papieru i chowając ją do kieszeni od spodni.
- Ja wiem, ze to dla Ciebie trudne.. ale uwierz mi. Bóg tak chciał.. może.. - Urwała.
- Bóg? Jaki bóg? Jego nie ma. Gdyby on istniał, nie zabrał by Bradzia.
- Chodźmy już.. zaraz się zacznie pogrzeb.
Wstałem z łóżka. Amanda poprawiła mi włosy i uśmiechnęła się słabo. Wyszliśmy bez słowa z pokoju.
- Connor, już jesteś. Chodźcie szybciej bo się spóźnimy. - Powiedział Jack.
- Pan też idzie?
- Oczywiście. Nie myśl sobie, że tylko ty się z nim zżyłeś.
Pierwszy raz widziałem McCurdiego w czarnym kolorze. Wiecznie chodził cały na biało..
Zeszliśmy na dół po schodach.
- Zaczekajcie na mnie! - Słyszeliśmy krzyki.
- James? - Zdziwiła się Am
- Nie tylko wy byliście jego przyjaciółmi. Idę z wami. - Wyszliśmy na dwór.
Pomimo tego słońca, było ciemno. Pomimo tego, że nie było wiatru, było mi zimno. Gdzie się podziały kolory? No tak, wszystko stało się szare, bezbarwne. Nie powinno mnie to dziwić..
Ruszyliśmy w stronę cmentarza. Nikt się nie odzywał. Powoli mnie to denerwowało. Wyjąłem telefon. Podłączyłem słuchawki i puściłem ulubioną playlistę.
Po niecałych 20 minutach James klepnął mnie w ramię.
- Co? - Wyjąłem jedną słuchawkę z ucha.
- Ball, ja wiem, że ty masz już nas wszystkich gdzieś, ale okaż trochę szacunku i nie olewaj wszystkich!
- O co wam chodzi? Irytuje mnie cisza, więc słucham muzyki.
- Wyłącz telefon, bo zbliżamy się do cmentarza.  - Wszyscy popatrzyli się na mnie wrogo.
Kolejny raz robię coś nie tak.. Mam dosyć
Przez cmentarz weszliśmy do kościoła bez słowa. Zauważyłem z dala trumnę. Obróciłem się błyskawicznie na pięcie i wybiegłem.
- Stój! - Zatrzymał mnie gwałtownie doktor.
Po moich policzkach spłynęły łzy.
- Ja wiem, że jest Ci ciężko, że jesteś zraniony, obrażony na cały świat, ale czasu nie cofniesz. Stało się.
- To moja wina.. - Wycedziłem przez zęby.
- Nikt nie jest winny, a zwłaszcza ty. Więc uspokój się i wejdź do środka. Chyba chcesz się z nim ostatni raz zobaczyć?
Wszedłem ponownie do budynku i usiadłem w ławce.
Wszyscy zaczynali odmawiać modlitwę. Tylko ja siedziałem i nie miałem zamiaru tego robić. Bo niby do kogo?
Później wszyscy po kolei podchodzili do mojego Aniołka. Ustawiłem się w kolejce. Byłem ostatni. Czekałem cierpliwie na swoją kolej. W końcu doczekałem się tego momentu.
Podszedłem bliżej.
- Dlaczego ty? Dlaczego akurat to ty musiałeś odejść? - Pogładziłem jego loczki i zimny policzek opuszkami swoich palców.
Słone łzy spływały mi jedna po drugiej. Nie mogłem ich powstrzymać. Schyliłem się nad martwym ciałem i przytuliłem się. Później musnąłem delikatnie lodowate usta.
- Con.. - Chciał podejść do mnie Jack, ale Amanda z Jamesem go powstrzymali.
Odszedłem od trumny z chusteczką przy nosie. Spojrzałem na znajomą trójkę i wyszedłem stamtąd jak najszybciej. Nie mogłem się ogarnąć. Bez mojego Bradzia to nie to samo.. Bez niego, nic nie jest jak kiedyś.. Miałem zamazany obraz przez nabierającej się cieczy w moich oczach. Szedłem po ścieżce, która prowadziła do rzeki. Przykucnąłem przy krawędzi. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli wody. Nabrałem piasku w garść i rzuciłem w wodę. Wyciągnąłem wcześniej schowaną kartkę. Zacząłem ją zginać, składać.
Złożyłem list w łódkę. Spojrzałem w bezchmurne niebo.
- Jeżeli mnie słyszysz, to słuchaj uważnie. Jeżeli mnie widzisz, to patrz na mnie. Tak więc, masz się nim opiekować! Rozumiesz? Ma się tam u Ciebie czuć jak najlepiej! Masz go dbać. - Położyłem łódkę na wodzie i popłynęła równo z prądem.
Wstałem i szedłem kolejną ścieżką.
Wyciągnąłem telefon i wszedłem w galerię. Oglądałem nasze głupie zdjęcia, na których Brad był szczęśliwy, uśmiechnięty. Ponownie się rozryczałem jak małe dziecko.
Nie widziałem już nawet na jakim zdjęciu się zatrzymałem. Nagle rozbrzmiał się hałas klaksonu. Otarłem swoje oczy i ujrzałem rażące światła.
To było ostatnie co widziałem..
Lecz nie..
Coś widzę
Ciemność.
Ale coś jeszcze..
- Connor. - Ktoś mnie wołał.
- Kto to? Halo? Kto tu jest?
- To ja skarbie. - Z ciemności wyszedł Brad.
- Bradziu? To na prawdę ty?
- Ta, wiesz.. Ten Bóg do którego się darłeś nad rzeką, chyba Cię usłyszał i powiedział, że jest miejsce dla takiego Aniołka jak ty. Czy.. teraz jesteś gotowy? - Wyciągnął do mnie dłoń.
- To już się w takich okolicznościach spotkaliśmy?
- Tak, wtedy co zemdlałeś.. ale nie chwyciłeś za moją dłoń..
- Tym razem złapię.
- Jesteś tego pewny?
- Chcę być z Tobą. Nie ważne gdzie, ważne, że z Tobą. - Chwyciłem za jego dłoń i ruszyliśmy w głęboką ciemność.
Wszystko ma swój początek i koniec. Czasami po prostu koniec jest w nieodpowiednim momencie,ale musimy się z tym pogodzić.

poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 28 List

Otworzyłem zaspane oczy.. Posmutniałem, ponieważ nie było obok mnie mojego Bradzia.
Z pozycji leżącej, powoli zmieniałem na siedzącą. Bez celu, rozglądałem się po pokoju.
Sięgnąłem pod poduszkę i chwyciłem za kwadratowy przedmiot. Wyjąłem telefon i sprawdziłem, która jest godzina.
- 12:34.. - Upuściłem telefon na poduszkę i wyciągnąłem się.
Podrapałem sie po brzuchu i wstałem z łóżka. Otworzyłem szafę i długo szukałem ubrań, które by pasowały do siebie.
W końcu znalazłem i ubrałem się. Wyszedłem z pokoju. Na korytarzu panowała taka cisza, taki spokój..
Z Bradem to było wiecznie głośno.. wiecznie on był najgłośniejszy ze wszystkich..
Szedłem w kierunku stołówki. Wszedłem do pomieszczenia i usiadłem przy stoliku z talerzem jedzenia.
Samotnie zjadłem 1/4 tego, co było na talerzu i oddałem naczynie.
- Hej, ty myślisz, że mamy komu oddawać resztki? Nic praktycznie nie zjadłeś! - Oburzyła się kucharka.
- Przepraszam, ale nic praktycznie mi nie przechodzi przez gardło. - Powiedziałem spokojnie i wyszedłem stamtąd.
Rozglądałem się po całym korytarzu.. Dokładnie tak samo, jak przyszedłem tu poraz pierwszy.
Wszedłem do pokoju i rzuciłem się na łóżko. Moje myśli krążyły wokół wszystkiego. Całego tu pobytu tutaj. Jak ciężko mi było na samym początku.. Pierwsze słowa z Bradem, pierwszy uścisk, pierwszy pocałunek.
Do głowy przyszedł mi pewien pomysł.
Zerwałem się i wyciągnąłem zeszyt z tekstami piosenek i zacząłem tworzyć kolejną piosenkę.
W pewnym momencie zacząłem płakać. Lecz nie przerywałem śpiewania.

I always needed time on my own
I never thought I'd need you there when I cry
And the days feel like years when I'm alone
And the bed where you lay is made up on your side

[ref.]
When you walk away I count the steps that you take
Do you see how much I need you right now?
When you're gone 
The pieces of my heart are missing you
When you're gone
The face I came to know is missing too
When you're gone
All the words I need to hear 
To always get me throught the day
And make it okay
I MISS YOU

I've never left this way before
Everything that I do reminds me of you
And the clothes you left, they lie on my floor
And they smell just like you, I love the things that you do

[ref.]

We were made for each other 
Out here forever
I know we were 
yeah, yeah

And all I ever wanted was for you to know
Everything I do I give my heart and soul
I can hardly breathe, I need to feel here with me.

[ref.]

Poczułem ukłócie w sercu. - To z tęsknoty, to z cierpienia, jakie przeżywam wewnątrz.
Odłożyłem gitarę i schowałem zeszyt. Otarłem swoje łzy.
Bradzio kazałby mi przestać płakać. Muszę się ogarnąć. - Po tych słowach spoliczkowałem się.
Zmieniło mi to trochę nastawienie.
Nagle na korytarzu rozbrzmiały się wrzaski. Nie wiedziałem co się dzieje.
Wstałem ociężale z łóżka i wolnym krokiem podszedłem do drzwi. Nasłuchiwałem chwilę.
- Doktorze, lepiej nic nie mówć!
- Chłopak musi wiedzieć. - Nagle otworzyły się drzwi.
W nich stał doktor McCurdy.
- Witaj Connor.
- Cześć.. Coś się stało?
- Tak. stało się.
- Znaleźliście loczka?
- Znaleźliśmy. - Przytaknął.
Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Ucieszyłem się niezmiernie.
- Gdzie mój misio jest?
- Chodź ze mną. - Ruszyłem za Jackiem.
Tak bardzo się cieszyłem. W końcu mogę go wyściskać, mogę go wycałować, poczuć jego zapach.
Chciałem skakać z tej radości.
Weszliśmy do toalety.
- To jakiś żart? Czy po prostu twój pęcherz nie wytrzymuje? - Zaśmiałem się.
Jack otworzył mi jedną z trzech kabin.
Uśmiech zniknął mi z twarzy. Do moich oczu nabrały się łzy.
- Nie.. to nie on. Nie wierzę wam.
- Przykro mi Connor.
- TO NIE JEST MÓJ BRADZIO! - Wydarłem się. Łzy same zaczęły mi spływać po policzkach.
Widziałem zakrwawionego bruneta, sinego..
Wtuliłem się w niego.
- Jesteś taki zimny.. Zawsze byłeś ciepły. Nie, to nie prawda. Powiedz, że żartujesz. - Potrząsałem chłopakiem.
Niestety nic mi nie odpowiadał.
- Brad nie rób mi tego prosze! - Nie mogłem się opanować. Zacząłem ryczeć.
- Byłeś moim wszystkim.. wszystkim co mam. Ty jeden uważałeś mnie za kogoś pożytecznego. Nie możesz tak po prostu odejść.. Nie.. - Wtuliłem się jeszcze bardziej, przy czym dławiłem się swoimi łzami.
- Connor! Nie dotykaj zwłok! - Odciągał mnie doktor, który dopiero teraz zauważył co robię.
- NIE! JA CHCĘ DO BRADZIA! ZOSTAW MNIE! - Wyrywałem się.
- Przestań!
- Nie zdążyłem się nawet z nim pożegnać.. - Zacząłem płakać na ramieniu McCurdiego.
- Rozumiem Cię.. Spokojnie, już jest dobrze.
- Nie! Nie rozumiesz mnie! Nikt mnie tu nie rozumie! Każdy mnie uważał za nieudacznika! Tylko Brad widział we mnie dobro! Tylko on mnie doceniał!! Nie jest dobrze! Nikdy już nie będzie dobrze! - Odepchnąłem go.
Zacząłem się dusić.
- Ball, gdzie twój inhalator?
- Nie chce żadnego inhalatora! Chcę do mojego aniołka! Chcę umrzeć!
- Nie pozwolę na to! Nie możesz umrzeć.
- On nie zasługiwał na to.. - Na siłę wcisnął mi ten przeklęty inhalator.
Zaciągnąłem się jeden długi raz. Odkaszlnąłem.
- Bradziu, skarbie.. - czołgałem się do bruneta.
Gdy ostatni raz tuliłem się do mojego loczka, kiedy ostatni raz miałem cały mój świat w swych ramionach, ujrzałem kartkę, którą trzymał w prawej ręce. Była trochę zakrwawiona, ale sięgnąłem po nią.
- Co wy robicie? Zostawcie go! - Zabierali chłopaka gdzieś.
- ON JEST MÓJ! - Krzyknąłem najgłośniej jak potrafiłem.
W tej chwili poczułem jak moje serce pękło na miliony kawałki. Teraz jestem sam.. Sam jak palec.
Z kim będę się śmiał? Z kim będę się przytulał? Dla kogo będę żył?
- Tak bardzo Ci współczuję.. - Położył na moim ramieniu swoją dłoń.
Strzepnąłem ją gwałtownie i uciekłem do pokoju.
Wbiegłem do pomieszczenia, w którym cały czas byłem z Bradem. Upadłem. Zacząłem wyć. Nie płakać, wyć.
- BOŻE! TY NIE MASZ UCZUĆ! JESTEŚ OKRUTNY! DLACZEGO JEGO? DLACZEGO JEGO WZIĄŁEŚ? A nie mnie? - Waliłem pięściami w podłogę. - CO ON CI TAKIEGO ZROBIŁ?!
- Jeżeli ty w ogóle istniejesz, daj mi jakiś znak.. Odezwij się. Proszę.
Usłyszałem pukanie. Weszli do pokoju James i Amanda.
- Czego chcecie?
- Connor, wiesz.. jakby co, masz zawsze też nas..
- Wyjdźcie stąd.
- Proszę Cię.. To dla nas też jest szok.
- ZOSTAWCIE NAS SAMYCH! - Wstałem i wyrzuciłem ich za drzwi.
Powoli zbliżyłem się do łóżka i usiadłem na nim. Wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę od Brada.

Kochany Connorku.
Jeżeli to czytasz, to znaczy, że Jack znalazł mnie w tej kabinie. Martwego. W tym liście chciałbym Cię przeprosić, za wszystko. Nie mogłem dłużej tego wytrzymać. Każdy mną pomiatał. Każdy uwarzał mnie za śmiecia. Jednak potem zjawiłeś się Ty, w moim życiu. To Ty nadałeś kolory mojemu bezsensownemu życiu. Nie ukrywam, byłeś najważniejszą osobą i jedyną osobą, którą miałem i mnie kochała całym swoim sercem. Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.. Miałem szczególnie to, że to przeze mnie płakałeś, byłeś smutny.. Serce mnie strasznie bolało i postanowiłem, że nie będę dłużej Cię doprowadzać do smutku.. Wiem, teraz możesz mówić, że to nic takiego, lecz dla mnie to miało wielkie znaczenie. Pierwszy raz czułem się przez kogoś kochany. Nie byłem wyśmiewany. Czułem się bezpiecznie. Lecz kiedy ta rodzina Cię zabrała, coś się zmieniło.. Nie wiem czy to zauważyłeś.. Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz? Nie wiem czy to był przypadek, czy także los tak chciał, ale dziękuję za to, że trafiłeś tutaj.. Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił.. Przepraszam, nie chciałem takiego zakończenia.. Przepraszam. Jednak pamiętaj skarbie, zawsze jestem przy Tobie. Jestem od teraz Twoim aniołkiem stróżem.. Spotkamy się na drugim świecie.. Mam taką nadzieję.. Proszę, tylko nie płacz.. Będę się czuł podle mając jeszcze teraz Twoje łzy na sumieniu.. Przepraszam, że tak wyszło.. Kocham Cię na zawsze. 
Tylko Twój Bradzio xx