niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 6 Pierwsze Badania

Nie przypuszczałem, że wczoraj mogło być tak przyjemnie, poznać nowe osoby.. W sumie, to nawet i dobrze, że kogoś poznałem. I to dzięki Bradowi.. Zastanawiam się ile przetrwamy razem.. Mam nadzieję, że wieczność.
Kiedy sobie smacznie spałem, usłyszałem w pewnym momencie płacz. Taki zwykły cichutki płacz..
Otworzyłem zaspane oczy i przetarłem je. Rozejrzałem się po pokoju.. Brad spał w swoim łóżku.
- Brad.. śpisz? Ktoś płacze na korytarzu.. - Szepnąłem.
Nie odpowiedział mi nic, tylko przewrócił się na drugi bok. Wstałem z łóżka,  w pokoju było ciemno. Praktycznie nic nie widziałem. Wyciągnąłem ręce do przodu, szedłem do przodu i szukałem rękoma klamki od drzwi. Trafiłem i nacisnąłem lekko. Powoli i po cichu otworzyłem drzwi. Wyjrzałem ostrożnie głowę zza drzwi. Rozejrzałem się po korytarzu.
Gdzie są dyżurujący lekarze? Ponoć mają wszystkich pilnować.. Nikogo tu nie widzę, ale jednak słychać wyraźniej, że ktoś płacze. Spojrzałem na zegar, który wisi na jednej ze ścian. Zatrzymał się na godzinie 3:00 
Hm, może ten zegar akurat nie chodzi?
Szedłem wzdłuż długiego korytarza.. Zaczęły migać światła.
Powinni wezwać elektryka...
Dochodziłem do zakrętu. Zawahałem się czy dalej iść, czy nie. Kogoś płacz, był już bardzo wyraźnie słychać. Po chichu stawiałem małe kroki. Za zakrętem, ujrzałem dziewczynę w blond włosach, skuloną, płaczącą, która siedziała na podłodze.
- Klara? - szepnąłem. Odwróciła głowę w moją stronę.
- Odejdź, proszę. - Powiedziała dławiąc się łzami.
- Dlaczego? Co się stało? - Podszedłem do niej bliżej i kucnąłem.
- Nie chcę, abyś widział mnie w takim stanie.
- Powiedz, co się stało.
- Co Ci mam mówić.. wystarczy, że na mnie spojrzysz. Jestem obrzydliwa.
- Nie prawda..
- Wiem, co mówię! Z obrzydzeniem patrzę na siebie w lustrze. Jestem gruba!
- Co ty opowiadasz? Przecież tobie widać kości!
- Uwierz mi, wiem co mówię. Nie rozumiesz mnie.. Nikt mnie tu nie rozumie.
- Dużo jest takich jak ty. Nie jesteś sama..
- Jestem sama.
- Eh, ciężko się z Tobą rozmawia.. Nie jesteś. Dużo pewnie osób Cię kocha za to, jaka jesteś.
- Nikt mnie nie kocha.
- Wiesz.. Cały świat nie musi Cię kochać. Wystarczy, że kocha Cię jedna osoba. Dla niej jesteś całym światem. Miej gdzieś co mówią inni na twój temat. Widzę, że masz problemy z zaakceptowaniem siebie..
- Nie prawda, po prostu mówię prawdę o sobie.
- Okłamujesz samą siebie Klaro.. Chcesz się pozbyć tego wszystkiego? Tych wszystkich kompleksów?
- Chcę.. ale nie potrafię.
- Próbowałaś?
- Tak..
- Spróbuj jeszcze raz.. Ale tym razem ja Ci pomogę. Okej?
- Jesteś kochany, dziękuję. - Przytuliła się do mnie i wylała resztę swoich łez na moją koszulkę.
- Gdzie jest twój pokój?
- Nie chcę tam iść.. Dziewczyny w nim, mnie dobijają. Krzyczą na mnie.. wyśmiewają..
- Mówiłaś to komuś?
- Tobie. - Spojrzała na mnie swoimi zapłakanymi oczami.
- Musisz komuś to powiedzieć. Inaczej ja to zrobię.
- Nie, proszę.. one nic złego nie robią.
- Mhm.. Chodźmy do pokoju. - Wstałem i podałem jej swoją dłoń.
Chwyciła za nią i pomogłem jej wstać. Objąłem ją jedną ręką.
- Będzie dobrze. Tylko nie płacz już. - Wyjąłem z kieszeni chusteczki i dałem jej jedną.
- Dziękuję. - Otarła łzy i wydmuchała nos.
Rozejrzałem się wszędzie i ruszyliśmy. Światło od jakiegoś czasu przestało mrugać i świeciło normalnie.
Kiedy dotarliśmy do mojego pokoju, spojrzałem na ten sam zegar na ścianie.
Hm, to dziwne.. Nadal jest na godzinie 3:00, może baterie się wyczerpały? Eh, nie ważne..
Weszliśmy do mojego pokoju.
- Connor, gdzieś ty był? Klara? Co ty tu.. - W pokoju siedział Brad na swoim łóżku przy włączonym świetle.
- Chciałem Cię obudzić..
- Nie Brad, to moja wina. To przeze mnie.. - Jej głos ucichł.
- Dobra, zadam wam pytanie.. Co wy robiliście razem? - Zrobił wielkie oczy.
Zaśmiałem się.
- Ty zboczeńcu. Na pewno nie to, o czym myślisz.
Klara usiadła na moim łóżku. Po chwili położyła się i walnęła ręką o moją gitarę.
- Co to? - Wyciągnęła instrument. - Grasz? - Zatrzepotała rzęsami
- No.. tak. Gram, ale nie mam aktualnie tekstów, ponieważ.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Kate tu była i podarła jego zeszyt. - Powiedział Brad.
- Nie! - Krzyknęła, wstała i wskoczyła na łóżko bruneta i przyłożyła mu dłoń na jego ustach. - Nie. Wymawiaj. Tego. Imienia. Nigdy.
- Dlaczego? Pokłóciłaś się z nią? - Obydwoje zrobili na mnie wielkie oczy. - No co?
Popatrzyli się na siebie. Powoli podeszła do mnie blondynka.
- Ona, jest nawiedzona. - szepnęła. Zacząłem się śmiać.
- Że co proszę? To są jakieś jaja?
- To nie jest śmieszne. - Spoważniała.
- No dobra.. Ale to jest tak na 100%?
- Nie wiadomo.. Lecz wszyscy tak gadają.
Dobra, to już nie są przelewki.. A tym bardziej, już nie jest śmieszne.. Powinni coś z nią zrobić.
- Ale jestem śpiąca.. - Ziewnęła i położyła się na moim łóżku.
- Hej, a ja gdzie będę spał?
- Chodź tu. - Powiedział lokowaty i przesunął się.
- No dobra..
To było dziwne uczucie, spać z chłopakiem w jednym łóżku.. Ale byłem zbyt śpiący, aby nie pójść.
Obudziło mnie czyjeś rozmowy. Otworzyłem oczy i ujrzałem lekarzy z siostrą.
- Coś się stało? - Powiedziałem zaspanym głosem.
- Ball wstał. - Szepnęła pielęgniarka do doktora McCurdy'ego. On odwrócił się i uśmiechnął.
- Dzień dobry Connor. Dzisiaj nie jemy śniadania.
- Hm, nie mam nawet ochoty na śniadanie.
- Właśnie widzę, że Cię nie ma na śniadaniach. No cóż wstajemy i idziemy się ubrać.
- No wiem. - Przetarłem oczy, Brad spał, a ja wziąłem ze swojej szafy swoje rzeczy i poszedłem do łazienki. Ubrałem się i umyłem zęby.
Rano, kiedy wstałem nie było już Klary.. Gdzie ona jest? albo i była? Może lekarze ją wygonili.. Ale by wtedy nas pobudziliby.
Wróciłem do pokoju.
- Gotowy? - Zapytał lekarz.
- A mogę wiedzieć na co? - Zaśmiał się.
- Widzisz Betty? Rozumny chłopak. Chyba jako jedyny jest tutaj o zdrowych zmysłach.
Zmarszczyłem brwi..
O co mu chodzi? I nie prawda, nie jestem jedyny..
- Idziemy Connor na twoje pierwsze tutaj badania. - Przeraziłem się i zaciągnąłem się raz inhalatorem.
- Ależ nie ma się co denerwować..
- Skąd pan.. - Przerwał mi.
- Ekhem. Jestem Jack. Mów mi Jack
- No dobrze. Więc Jack, skąd wiesz, że się denerwuję?
- Obserwowałem Cię już dosyć długo. I zawsze, kiedy się denerwujesz, albo boisz, wyciągasz inhalator.
- No, masz mnie.
- Dobra, chodźmy do mojego gabinetu. - Poklepał mnie po ramieniu i ruszyłem za nim.
Po kilku minutach, byliśmy już pod jego gabinetem.
- Proszę, wejdź pierwszy. - Otworzył mi drzwi.
- Jakie będę miał badania?
- One niczym się nie różnią, od normalnych. To jest po prostu początkowe takie zapoznanie mnie z twoim zdrowiem i ze wszystkim.
-Mhm.. - Pokiwałem głową.
- Dobra, to na pierwszy ogień, zbadamy co tam się dzieje w twoim gardle i sercu.
Pod lampę otworzyłem usta i wystawiłem język jak kazał. Później badał moją klatkę piersiową i plecy stetoskopem.
- Jest dobrze. Teraz chodźmy na wagę. Zdejmij buty. - Zrobiłem co kazał i wszedłem powoli na wagę.
Ustawiłem się tak jak powiedział.
- No, mamy 165 centymetrów wzrostu i ważymy.. 51 kilogramów. Zejdź już z wagi. - Wrócił na swoje krzesło przy biurku. - Waga w normie.
- Wiem. - Nałożyłem ponownie buty. - Mogę już iść?
- Gdzie Ci się tak spieszy?
- Podszedłem i usiadłem na krześle.
- Dziwnie się ostatnio czułeś? Bolało Cię coś?
- Wiesz, nie można się normalnie czuć w takim miejscu.. Ale nie, jest wszystko okej.
- Chciałem Ci pogratulować i podziękować.
- Czego? - Zdziwiłem się.
- Za wczorajszą noc. Że jako jedyny usłyszałeś Klarę i jej pomogłeś. A w pokoju, nic z nią nie zrobiliście.
- Nie jestem taki...
- Wiem i chciałem Ci podziękować, ponieważ w waszym pokoju poczuła się bezpiecznie. Widzę, że masz na wszystkich dobry wpływ.
- Tak?
- Tak, odkąd tu przyszedłeś, izolatka jest pusta, a normalnie to co chwilę kogoś braliśmy do izolatek.
- Nie wiedziałem.. - Spojrzał na zegarek na swojej ręce.
- Mhm, już jest obiad. Leć coś zjeść, będziesz pierwszy.
Po jego słowach wstałem i wyszedłem z gabinetu. Widziałem, jak Brad zmierza w moją stronę. Zatrzymałem się i poczekałem na niego. Weszliśmy razem do stołówki.
- I jak?
- Co jak?
- No badania.
- Aha, no jest wszystko okej. - Usiedliśmy i zaczęliśmy jeść posiłek.
Zjedliśmy i wyszliśmy stamtąd. Na siedzeniach na korytarzu ujrzałem dwie znajome mi postacie.
- Ja dłużej już nie wytrzymam. Ja wychodzę stąd. - Wstał jakiś facet
- Fred! Uspokój się!
- To był twój cholerny pomysł. Mówiłem od początku nie!
- Mamo? Tato? - Podbiegłem uśmiechnięty do nich.
Chciałem przytulić ojca, ale mnie odepchnął
- Fred! - Krzyknęła mama.
- Tak się cieszę, że przyjechaliście. Poczekajcie chwilę tylko spakuję torby. -Wbiegłem do pokoju, otworzyłem szafę i wyciągnąłem z niej torbę.
- Connor..
- Poczekaj mamo. Chwilę. - Zacząłem pakować rzeczy.
- Connor, skarbie.. - Zatrzymała moją rękę z ciuchami. - Nie przyjechaliśmy po Ciebie..
- Co? Ale... ale jak to?
- Nie wrócisz już do nas.. - Powiedziała ze łzami.
- Dlaczego? Mamo? Pozwolisz mi tu zostać? Tato?
- Nie jesteś już moim dzieckiem. - Powiedział niskim głosem ojciec.
- Mamo? - Wyszła z płaczem z mojego pokoju.
Podszedł do mnie Brad i zaczął mnie pocieszać.
- Ja.. ja nic nie rozumiem.. Mieli po mnie przyjechać, a teraz dowiaduję się, że wyrzekają się mnie.. Co ja złego zrobiłem?
- Nic złego nie zrobiłeś.. Nie wiedzą, co stracili. Jak można się Ciebie wyrzec..
- Sam słyszałeś i widziałeś.. - spuściłem głowę.
- No trudno.. Chodź pomogę Ci się rozpakować.
Od tamtego momentu byłem przygnębiony do końca dnia.. Nie tknąłem nawet kolacji.. A w głowie miałem setki pytań.. a między innymi: "Dlaczego? Dlaczego, to zrobili? i Czy od małego dziecka mnie nie traktowali jak swoje dziecko? A może jestem adoptowany?Dlaczego to powiedzieli?"
Nie miałem ochoty z nikim już rozmawiać. Bez słowa poszedłem spać. Tym razem nic nie słyszałem i mnie nic nie obudziło w środku nocy.