Drogi Panie Boże!
Umarłem. Wewnętrznie. Moje życie straciło sens. Zabrano mi najważniejszą osobę w moim życiu.
Choć nie ma go już na tym świece 2 dni, ja czuję się jakby to były dwa lata.
Miałem chyba z 10 razy atak duszności, ale za każdym razem był ktoś przy mnie i wpychał we mnie ten pierdolony inhalator. Czy oni nie rozumieją, że nie chce już żyć?!
Powód dla którego żyję popełnił samobójstwo.
To ja powinien być w tej łazience.
To przeze mnie się zabił. Jestem taki pojebany, że nie wytrzymał psychicznie ze mną i się zabił.
Odkąd znaleźli Bradzia w tej cholerniej łazience nie zmrużyłem oka.
W nocy... W nocy znalazłem pudełeczko w którym Loczek trzymał żyletki. Wyjąłem jedną i.. I na pewno sam się domyśliłeś co było dalej.
Wiesz co? Wyobraź sobie, że koś zabrał Ci osobę którą kochasz całym sercem, jest dla Ciebie całym światem. Co czujesz? Podpowiem Ci. Ból i nienawiść. Czujesz bój, bo brakuje Ci tej osoby. Czujesz nienawiść do siebie, bo nie powstrzymałeś tej osoby przed zabiciem się.
Ból.
Bezsilność.
Złość.
Nienawiść do samego siebie.
Teraz tylko to czuję. Nie czuję już, że jestem szczęśliwy, bo niby jak mam być szczęśliwy jak nie ma przy mnie mojego promyczka?
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
To wszystko przypomina mi Bradzia.
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
Nie potrafię.. Nie potrafię już jeść, spać, grać.
Umrzeć.
To jedyne co teraz pragnę.
To moje marzenie...
Nie mam po co żyć.
Jestem taki beznadziejny.
Przepraszam...
Przepraszam, że jestem taki jaki jestem.
Nie powinienem się urodzić...
To MOJA wina, że on się zabił.
Wszyscy się o mnie 'martwią', ale ja i tak wiem, że tylko udają, bo po co martwić się o takiego śmiecia jak ja?!
Eh.. Nie wiem po co pisałem ten list.. Myślałem, że będzie mi lepiej na sercu, ale to nie pomogło. Z resztą... Przestałem w Ciebie wierzyć w tej samej chwili co znaleźli zimny cały mój świat.
Connor
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi.
- Con, chodźmy.. już czas. - Stanęła w progu Amanda. Była ubrana w czarną sukienkę.
- Nie chcę tam iść. - Powiedziałem zgniatając kartkę papieru i chowając ją do kieszeni od spodni.
- Ja wiem, ze to dla Ciebie trudne.. ale uwierz mi. Bóg tak chciał.. może.. - Urwała.
- Bóg? Jaki bóg? Jego nie ma. Gdyby on istniał, nie zabrał by Bradzia.
- Chodźmy już.. zaraz się zacznie pogrzeb.
Wstałem z łóżka. Amanda poprawiła mi włosy i uśmiechnęła się słabo. Wyszliśmy bez słowa z pokoju.
- Connor, już jesteś. Chodźcie szybciej bo się spóźnimy. - Powiedział Jack.
- Pan też idzie?
- Oczywiście. Nie myśl sobie, że tylko ty się z nim zżyłeś.
Pierwszy raz widziałem McCurdiego w czarnym kolorze. Wiecznie chodził cały na biało..
Zeszliśmy na dół po schodach.
- Zaczekajcie na mnie! - Słyszeliśmy krzyki.
- James? - Zdziwiła się Am
- Nie tylko wy byliście jego przyjaciółmi. Idę z wami. - Wyszliśmy na dwór.
Pomimo tego słońca, było ciemno. Pomimo tego, że nie było wiatru, było mi zimno. Gdzie się podziały kolory? No tak, wszystko stało się szare, bezbarwne. Nie powinno mnie to dziwić..
Ruszyliśmy w stronę cmentarza. Nikt się nie odzywał. Powoli mnie to denerwowało. Wyjąłem telefon. Podłączyłem słuchawki i puściłem ulubioną playlistę.
Po niecałych 20 minutach James klepnął mnie w ramię.
- Co? - Wyjąłem jedną słuchawkę z ucha.
- Ball, ja wiem, że ty masz już nas wszystkich gdzieś, ale okaż trochę szacunku i nie olewaj wszystkich!
- O co wam chodzi? Irytuje mnie cisza, więc słucham muzyki.
- Wyłącz telefon, bo zbliżamy się do cmentarza. - Wszyscy popatrzyli się na mnie wrogo.
Kolejny raz robię coś nie tak.. Mam dosyć
Przez cmentarz weszliśmy do kościoła bez słowa. Zauważyłem z dala trumnę. Obróciłem się błyskawicznie na pięcie i wybiegłem.
- Stój! - Zatrzymał mnie gwałtownie doktor.
Po moich policzkach spłynęły łzy.
- Ja wiem, że jest Ci ciężko, że jesteś zraniony, obrażony na cały świat, ale czasu nie cofniesz. Stało się.
- To moja wina.. - Wycedziłem przez zęby.
- Nikt nie jest winny, a zwłaszcza ty. Więc uspokój się i wejdź do środka. Chyba chcesz się z nim ostatni raz zobaczyć?
Wszedłem ponownie do budynku i usiadłem w ławce.
Wszyscy zaczynali odmawiać modlitwę. Tylko ja siedziałem i nie miałem zamiaru tego robić. Bo niby do kogo?
Później wszyscy po kolei podchodzili do mojego Aniołka. Ustawiłem się w kolejce. Byłem ostatni. Czekałem cierpliwie na swoją kolej. W końcu doczekałem się tego momentu.
Podszedłem bliżej.
- Dlaczego ty? Dlaczego akurat to ty musiałeś odejść? - Pogładziłem jego loczki i zimny policzek opuszkami swoich palców.
Słone łzy spływały mi jedna po drugiej. Nie mogłem ich powstrzymać. Schyliłem się nad martwym ciałem i przytuliłem się. Później musnąłem delikatnie lodowate usta.
- Con.. - Chciał podejść do mnie Jack, ale Amanda z Jamesem go powstrzymali.
Odszedłem od trumny z chusteczką przy nosie. Spojrzałem na znajomą trójkę i wyszedłem stamtąd jak najszybciej. Nie mogłem się ogarnąć. Bez mojego Bradzia to nie to samo.. Bez niego, nic nie jest jak kiedyś.. Miałem zamazany obraz przez nabierającej się cieczy w moich oczach. Szedłem po ścieżce, która prowadziła do rzeki. Przykucnąłem przy krawędzi. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli wody. Nabrałem piasku w garść i rzuciłem w wodę. Wyciągnąłem wcześniej schowaną kartkę. Zacząłem ją zginać, składać.
Złożyłem list w łódkę. Spojrzałem w bezchmurne niebo.
- Jeżeli mnie słyszysz, to słuchaj uważnie. Jeżeli mnie widzisz, to patrz na mnie. Tak więc, masz się nim opiekować! Rozumiesz? Ma się tam u Ciebie czuć jak najlepiej! Masz go dbać. - Położyłem łódkę na wodzie i popłynęła równo z prądem.
Wstałem i szedłem kolejną ścieżką.
Wyciągnąłem telefon i wszedłem w galerię. Oglądałem nasze głupie zdjęcia, na których Brad był szczęśliwy, uśmiechnięty. Ponownie się rozryczałem jak małe dziecko.
Nie widziałem już nawet na jakim zdjęciu się zatrzymałem. Nagle rozbrzmiał się hałas klaksonu. Otarłem swoje oczy i ujrzałem rażące światła.
To było ostatnie co widziałem..
Lecz nie..
Coś widzę
Ciemność.
Ale coś jeszcze..
- Connor. - Ktoś mnie wołał.
- Kto to? Halo? Kto tu jest?
- To ja skarbie. - Z ciemności wyszedł Brad.
- Bradziu? To na prawdę ty?
- Ta, wiesz.. Ten Bóg do którego się darłeś nad rzeką, chyba Cię usłyszał i powiedział, że jest miejsce dla takiego Aniołka jak ty. Czy.. teraz jesteś gotowy? - Wyciągnął do mnie dłoń.
- To już się w takich okolicznościach spotkaliśmy?
- Tak, wtedy co zemdlałeś.. ale nie chwyciłeś za moją dłoń..
- Tym razem złapię.
- Jesteś tego pewny?
- Chcę być z Tobą. Nie ważne gdzie, ważne, że z Tobą. - Chwyciłem za jego dłoń i ruszyliśmy w głęboką ciemność.
Wszystko ma swój początek i koniec. Czasami po prostu koniec jest w nieodpowiednim momencie,ale musimy się z tym pogodzić.
Choć nie ma go już na tym świece 2 dni, ja czuję się jakby to były dwa lata.
Miałem chyba z 10 razy atak duszności, ale za każdym razem był ktoś przy mnie i wpychał we mnie ten pierdolony inhalator. Czy oni nie rozumieją, że nie chce już żyć?!
Powód dla którego żyję popełnił samobójstwo.
To ja powinien być w tej łazience.
To przeze mnie się zabił. Jestem taki pojebany, że nie wytrzymał psychicznie ze mną i się zabił.
Odkąd znaleźli Bradzia w tej cholerniej łazience nie zmrużyłem oka.
W nocy... W nocy znalazłem pudełeczko w którym Loczek trzymał żyletki. Wyjąłem jedną i.. I na pewno sam się domyśliłeś co było dalej.
Wiesz co? Wyobraź sobie, że koś zabrał Ci osobę którą kochasz całym sercem, jest dla Ciebie całym światem. Co czujesz? Podpowiem Ci. Ból i nienawiść. Czujesz bój, bo brakuje Ci tej osoby. Czujesz nienawiść do siebie, bo nie powstrzymałeś tej osoby przed zabiciem się.
Ból.
Bezsilność.
Złość.
Nienawiść do samego siebie.
Teraz tylko to czuję. Nie czuję już, że jestem szczęśliwy, bo niby jak mam być szczęśliwy jak nie ma przy mnie mojego promyczka?
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
To wszystko przypomina mi Bradzia.
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
Nie potrafię.. Nie potrafię już jeść, spać, grać.
Umrzeć.
To jedyne co teraz pragnę.
To moje marzenie...
Nie mam po co żyć.
Jestem taki beznadziejny.
Przepraszam...
Przepraszam, że jestem taki jaki jestem.
Nie powinienem się urodzić...
To MOJA wina, że on się zabił.
Wszyscy się o mnie 'martwią', ale ja i tak wiem, że tylko udają, bo po co martwić się o takiego śmiecia jak ja?!
Eh.. Nie wiem po co pisałem ten list.. Myślałem, że będzie mi lepiej na sercu, ale to nie pomogło. Z resztą... Przestałem w Ciebie wierzyć w tej samej chwili co znaleźli zimny cały mój świat.
Connor
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi.
- Con, chodźmy.. już czas. - Stanęła w progu Amanda. Była ubrana w czarną sukienkę.
- Nie chcę tam iść. - Powiedziałem zgniatając kartkę papieru i chowając ją do kieszeni od spodni.
- Ja wiem, ze to dla Ciebie trudne.. ale uwierz mi. Bóg tak chciał.. może.. - Urwała.
- Bóg? Jaki bóg? Jego nie ma. Gdyby on istniał, nie zabrał by Bradzia.
- Chodźmy już.. zaraz się zacznie pogrzeb.
Wstałem z łóżka. Amanda poprawiła mi włosy i uśmiechnęła się słabo. Wyszliśmy bez słowa z pokoju.
- Connor, już jesteś. Chodźcie szybciej bo się spóźnimy. - Powiedział Jack.
- Pan też idzie?
- Oczywiście. Nie myśl sobie, że tylko ty się z nim zżyłeś.
Pierwszy raz widziałem McCurdiego w czarnym kolorze. Wiecznie chodził cały na biało..
Zeszliśmy na dół po schodach.
- Zaczekajcie na mnie! - Słyszeliśmy krzyki.
- James? - Zdziwiła się Am
- Nie tylko wy byliście jego przyjaciółmi. Idę z wami. - Wyszliśmy na dwór.
Pomimo tego słońca, było ciemno. Pomimo tego, że nie było wiatru, było mi zimno. Gdzie się podziały kolory? No tak, wszystko stało się szare, bezbarwne. Nie powinno mnie to dziwić..
Ruszyliśmy w stronę cmentarza. Nikt się nie odzywał. Powoli mnie to denerwowało. Wyjąłem telefon. Podłączyłem słuchawki i puściłem ulubioną playlistę.
Po niecałych 20 minutach James klepnął mnie w ramię.
- Co? - Wyjąłem jedną słuchawkę z ucha.
- Ball, ja wiem, że ty masz już nas wszystkich gdzieś, ale okaż trochę szacunku i nie olewaj wszystkich!
- O co wam chodzi? Irytuje mnie cisza, więc słucham muzyki.
- Wyłącz telefon, bo zbliżamy się do cmentarza. - Wszyscy popatrzyli się na mnie wrogo.
Kolejny raz robię coś nie tak.. Mam dosyć
Przez cmentarz weszliśmy do kościoła bez słowa. Zauważyłem z dala trumnę. Obróciłem się błyskawicznie na pięcie i wybiegłem.
- Stój! - Zatrzymał mnie gwałtownie doktor.
Po moich policzkach spłynęły łzy.
- Ja wiem, że jest Ci ciężko, że jesteś zraniony, obrażony na cały świat, ale czasu nie cofniesz. Stało się.
- To moja wina.. - Wycedziłem przez zęby.
- Nikt nie jest winny, a zwłaszcza ty. Więc uspokój się i wejdź do środka. Chyba chcesz się z nim ostatni raz zobaczyć?
Wszedłem ponownie do budynku i usiadłem w ławce.
Wszyscy zaczynali odmawiać modlitwę. Tylko ja siedziałem i nie miałem zamiaru tego robić. Bo niby do kogo?
Później wszyscy po kolei podchodzili do mojego Aniołka. Ustawiłem się w kolejce. Byłem ostatni. Czekałem cierpliwie na swoją kolej. W końcu doczekałem się tego momentu.
Podszedłem bliżej.
- Dlaczego ty? Dlaczego akurat to ty musiałeś odejść? - Pogładziłem jego loczki i zimny policzek opuszkami swoich palców.
Słone łzy spływały mi jedna po drugiej. Nie mogłem ich powstrzymać. Schyliłem się nad martwym ciałem i przytuliłem się. Później musnąłem delikatnie lodowate usta.
- Con.. - Chciał podejść do mnie Jack, ale Amanda z Jamesem go powstrzymali.
Odszedłem od trumny z chusteczką przy nosie. Spojrzałem na znajomą trójkę i wyszedłem stamtąd jak najszybciej. Nie mogłem się ogarnąć. Bez mojego Bradzia to nie to samo.. Bez niego, nic nie jest jak kiedyś.. Miałem zamazany obraz przez nabierającej się cieczy w moich oczach. Szedłem po ścieżce, która prowadziła do rzeki. Przykucnąłem przy krawędzi. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli wody. Nabrałem piasku w garść i rzuciłem w wodę. Wyciągnąłem wcześniej schowaną kartkę. Zacząłem ją zginać, składać.
Złożyłem list w łódkę. Spojrzałem w bezchmurne niebo.
- Jeżeli mnie słyszysz, to słuchaj uważnie. Jeżeli mnie widzisz, to patrz na mnie. Tak więc, masz się nim opiekować! Rozumiesz? Ma się tam u Ciebie czuć jak najlepiej! Masz go dbać. - Położyłem łódkę na wodzie i popłynęła równo z prądem.
Wstałem i szedłem kolejną ścieżką.
Wyciągnąłem telefon i wszedłem w galerię. Oglądałem nasze głupie zdjęcia, na których Brad był szczęśliwy, uśmiechnięty. Ponownie się rozryczałem jak małe dziecko.
Nie widziałem już nawet na jakim zdjęciu się zatrzymałem. Nagle rozbrzmiał się hałas klaksonu. Otarłem swoje oczy i ujrzałem rażące światła.
To było ostatnie co widziałem..
Lecz nie..
Coś widzę
Ciemność.
Ale coś jeszcze..
- Connor. - Ktoś mnie wołał.
- Kto to? Halo? Kto tu jest?
- To ja skarbie. - Z ciemności wyszedł Brad.
- Bradziu? To na prawdę ty?
- Ta, wiesz.. Ten Bóg do którego się darłeś nad rzeką, chyba Cię usłyszał i powiedział, że jest miejsce dla takiego Aniołka jak ty. Czy.. teraz jesteś gotowy? - Wyciągnął do mnie dłoń.
- To już się w takich okolicznościach spotkaliśmy?
- Tak, wtedy co zemdlałeś.. ale nie chwyciłeś za moją dłoń..
- Tym razem złapię.
- Jesteś tego pewny?
- Chcę być z Tobą. Nie ważne gdzie, ważne, że z Tobą. - Chwyciłem za jego dłoń i ruszyliśmy w głęboką ciemność.
Wszystko ma swój początek i koniec. Czasami po prostu koniec jest w nieodpowiednim momencie,ale musimy się z tym pogodzić.


