piątek, 20 marca 2015

Rozdział 29 Żegnaj

Drogi Panie Boże!
Umarłem. Wewnętrznie. Moje życie straciło sens. Zabrano mi najważniejszą osobę w moim życiu. 
Choć nie ma go już na tym świece 2 dni, ja czuję się jakby to były dwa lata.
Miałem chyba z 10 razy atak duszności, ale za każdym razem był ktoś przy mnie i wpychał we mnie ten pierdolony inhalator. Czy oni nie rozumieją, że nie chce już żyć?!
Powód dla którego żyję popełnił samobójstwo.
To ja powinien być w tej łazience.
To przeze mnie się zabił. Jestem taki pojebany, że nie wytrzymał psychicznie ze mną i się zabił.
Odkąd znaleźli Bradzia w tej cholerniej łazience nie zmrużyłem oka.
W nocy... W nocy znalazłem pudełeczko w którym Loczek trzymał żyletki. Wyjąłem jedną i.. I na pewno sam się domyśliłeś co było dalej.
Wiesz co? Wyobraź sobie, że koś zabrał Ci osobę którą kochasz całym sercem, jest dla Ciebie całym światem. Co czujesz? Podpowiem Ci. Ból i nienawiść. Czujesz bój, bo brakuje Ci tej osoby. Czujesz nienawiść do siebie, bo nie powstrzymałeś tej osoby przed zabiciem się.
Ból.
Bezsilność.
Złość.
Nienawiść do samego siebie.
Teraz tylko to czuję. Nie czuję już, że jestem szczęśliwy, bo niby jak mam być szczęśliwy jak nie ma przy mnie mojego promyczka?
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
To wszystko przypomina mi Bradzia.
Jedzenie.
Sen.
Gitara.
Nie potrafię.. Nie potrafię już jeść, spać, grać.
Umrzeć.
To jedyne co teraz pragnę.
To moje marzenie...
Nie mam po co żyć.
Jestem taki beznadziejny.
Przepraszam...
Przepraszam, że jestem taki jaki jestem.
Nie powinienem się urodzić...
To MOJA wina, że on się zabił.
Wszyscy się o mnie 'martwią', ale ja i tak wiem, że tylko udają, bo po co martwić się o takiego śmiecia jak ja?! 
Eh.. Nie wiem po co pisałem ten list.. Myślałem, że będzie mi lepiej na sercu, ale to nie pomogło. Z resztą... Przestałem w Ciebie wierzyć w tej samej chwili co znaleźli zimny cały mój świat.
                                                                                                                             Connor

Usłyszałem skrzypnięcie drzwi.
- Con, chodźmy.. już czas. - Stanęła w progu Amanda. Była ubrana w czarną sukienkę.
- Nie chcę tam iść. - Powiedziałem zgniatając kartkę papieru i chowając ją do kieszeni od spodni.
- Ja wiem, ze to dla Ciebie trudne.. ale uwierz mi. Bóg tak chciał.. może.. - Urwała.
- Bóg? Jaki bóg? Jego nie ma. Gdyby on istniał, nie zabrał by Bradzia.
- Chodźmy już.. zaraz się zacznie pogrzeb.
Wstałem z łóżka. Amanda poprawiła mi włosy i uśmiechnęła się słabo. Wyszliśmy bez słowa z pokoju.
- Connor, już jesteś. Chodźcie szybciej bo się spóźnimy. - Powiedział Jack.
- Pan też idzie?
- Oczywiście. Nie myśl sobie, że tylko ty się z nim zżyłeś.
Pierwszy raz widziałem McCurdiego w czarnym kolorze. Wiecznie chodził cały na biało..
Zeszliśmy na dół po schodach.
- Zaczekajcie na mnie! - Słyszeliśmy krzyki.
- James? - Zdziwiła się Am
- Nie tylko wy byliście jego przyjaciółmi. Idę z wami. - Wyszliśmy na dwór.
Pomimo tego słońca, było ciemno. Pomimo tego, że nie było wiatru, było mi zimno. Gdzie się podziały kolory? No tak, wszystko stało się szare, bezbarwne. Nie powinno mnie to dziwić..
Ruszyliśmy w stronę cmentarza. Nikt się nie odzywał. Powoli mnie to denerwowało. Wyjąłem telefon. Podłączyłem słuchawki i puściłem ulubioną playlistę.
Po niecałych 20 minutach James klepnął mnie w ramię.
- Co? - Wyjąłem jedną słuchawkę z ucha.
- Ball, ja wiem, że ty masz już nas wszystkich gdzieś, ale okaż trochę szacunku i nie olewaj wszystkich!
- O co wam chodzi? Irytuje mnie cisza, więc słucham muzyki.
- Wyłącz telefon, bo zbliżamy się do cmentarza.  - Wszyscy popatrzyli się na mnie wrogo.
Kolejny raz robię coś nie tak.. Mam dosyć
Przez cmentarz weszliśmy do kościoła bez słowa. Zauważyłem z dala trumnę. Obróciłem się błyskawicznie na pięcie i wybiegłem.
- Stój! - Zatrzymał mnie gwałtownie doktor.
Po moich policzkach spłynęły łzy.
- Ja wiem, że jest Ci ciężko, że jesteś zraniony, obrażony na cały świat, ale czasu nie cofniesz. Stało się.
- To moja wina.. - Wycedziłem przez zęby.
- Nikt nie jest winny, a zwłaszcza ty. Więc uspokój się i wejdź do środka. Chyba chcesz się z nim ostatni raz zobaczyć?
Wszedłem ponownie do budynku i usiadłem w ławce.
Wszyscy zaczynali odmawiać modlitwę. Tylko ja siedziałem i nie miałem zamiaru tego robić. Bo niby do kogo?
Później wszyscy po kolei podchodzili do mojego Aniołka. Ustawiłem się w kolejce. Byłem ostatni. Czekałem cierpliwie na swoją kolej. W końcu doczekałem się tego momentu.
Podszedłem bliżej.
- Dlaczego ty? Dlaczego akurat to ty musiałeś odejść? - Pogładziłem jego loczki i zimny policzek opuszkami swoich palców.
Słone łzy spływały mi jedna po drugiej. Nie mogłem ich powstrzymać. Schyliłem się nad martwym ciałem i przytuliłem się. Później musnąłem delikatnie lodowate usta.
- Con.. - Chciał podejść do mnie Jack, ale Amanda z Jamesem go powstrzymali.
Odszedłem od trumny z chusteczką przy nosie. Spojrzałem na znajomą trójkę i wyszedłem stamtąd jak najszybciej. Nie mogłem się ogarnąć. Bez mojego Bradzia to nie to samo.. Bez niego, nic nie jest jak kiedyś.. Miałem zamazany obraz przez nabierającej się cieczy w moich oczach. Szedłem po ścieżce, która prowadziła do rzeki. Przykucnąłem przy krawędzi. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli wody. Nabrałem piasku w garść i rzuciłem w wodę. Wyciągnąłem wcześniej schowaną kartkę. Zacząłem ją zginać, składać.
Złożyłem list w łódkę. Spojrzałem w bezchmurne niebo.
- Jeżeli mnie słyszysz, to słuchaj uważnie. Jeżeli mnie widzisz, to patrz na mnie. Tak więc, masz się nim opiekować! Rozumiesz? Ma się tam u Ciebie czuć jak najlepiej! Masz go dbać. - Położyłem łódkę na wodzie i popłynęła równo z prądem.
Wstałem i szedłem kolejną ścieżką.
Wyciągnąłem telefon i wszedłem w galerię. Oglądałem nasze głupie zdjęcia, na których Brad był szczęśliwy, uśmiechnięty. Ponownie się rozryczałem jak małe dziecko.
Nie widziałem już nawet na jakim zdjęciu się zatrzymałem. Nagle rozbrzmiał się hałas klaksonu. Otarłem swoje oczy i ujrzałem rażące światła.
To było ostatnie co widziałem..
Lecz nie..
Coś widzę
Ciemność.
Ale coś jeszcze..
- Connor. - Ktoś mnie wołał.
- Kto to? Halo? Kto tu jest?
- To ja skarbie. - Z ciemności wyszedł Brad.
- Bradziu? To na prawdę ty?
- Ta, wiesz.. Ten Bóg do którego się darłeś nad rzeką, chyba Cię usłyszał i powiedział, że jest miejsce dla takiego Aniołka jak ty. Czy.. teraz jesteś gotowy? - Wyciągnął do mnie dłoń.
- To już się w takich okolicznościach spotkaliśmy?
- Tak, wtedy co zemdlałeś.. ale nie chwyciłeś za moją dłoń..
- Tym razem złapię.
- Jesteś tego pewny?
- Chcę być z Tobą. Nie ważne gdzie, ważne, że z Tobą. - Chwyciłem za jego dłoń i ruszyliśmy w głęboką ciemność.
Wszystko ma swój początek i koniec. Czasami po prostu koniec jest w nieodpowiednim momencie,ale musimy się z tym pogodzić.

poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 28 List

Otworzyłem zaspane oczy.. Posmutniałem, ponieważ nie było obok mnie mojego Bradzia.
Z pozycji leżącej, powoli zmieniałem na siedzącą. Bez celu, rozglądałem się po pokoju.
Sięgnąłem pod poduszkę i chwyciłem za kwadratowy przedmiot. Wyjąłem telefon i sprawdziłem, która jest godzina.
- 12:34.. - Upuściłem telefon na poduszkę i wyciągnąłem się.
Podrapałem sie po brzuchu i wstałem z łóżka. Otworzyłem szafę i długo szukałem ubrań, które by pasowały do siebie.
W końcu znalazłem i ubrałem się. Wyszedłem z pokoju. Na korytarzu panowała taka cisza, taki spokój..
Z Bradem to było wiecznie głośno.. wiecznie on był najgłośniejszy ze wszystkich..
Szedłem w kierunku stołówki. Wszedłem do pomieszczenia i usiadłem przy stoliku z talerzem jedzenia.
Samotnie zjadłem 1/4 tego, co było na talerzu i oddałem naczynie.
- Hej, ty myślisz, że mamy komu oddawać resztki? Nic praktycznie nie zjadłeś! - Oburzyła się kucharka.
- Przepraszam, ale nic praktycznie mi nie przechodzi przez gardło. - Powiedziałem spokojnie i wyszedłem stamtąd.
Rozglądałem się po całym korytarzu.. Dokładnie tak samo, jak przyszedłem tu poraz pierwszy.
Wszedłem do pokoju i rzuciłem się na łóżko. Moje myśli krążyły wokół wszystkiego. Całego tu pobytu tutaj. Jak ciężko mi było na samym początku.. Pierwsze słowa z Bradem, pierwszy uścisk, pierwszy pocałunek.
Do głowy przyszedł mi pewien pomysł.
Zerwałem się i wyciągnąłem zeszyt z tekstami piosenek i zacząłem tworzyć kolejną piosenkę.
W pewnym momencie zacząłem płakać. Lecz nie przerywałem śpiewania.

I always needed time on my own
I never thought I'd need you there when I cry
And the days feel like years when I'm alone
And the bed where you lay is made up on your side

[ref.]
When you walk away I count the steps that you take
Do you see how much I need you right now?
When you're gone 
The pieces of my heart are missing you
When you're gone
The face I came to know is missing too
When you're gone
All the words I need to hear 
To always get me throught the day
And make it okay
I MISS YOU

I've never left this way before
Everything that I do reminds me of you
And the clothes you left, they lie on my floor
And they smell just like you, I love the things that you do

[ref.]

We were made for each other 
Out here forever
I know we were 
yeah, yeah

And all I ever wanted was for you to know
Everything I do I give my heart and soul
I can hardly breathe, I need to feel here with me.

[ref.]

Poczułem ukłócie w sercu. - To z tęsknoty, to z cierpienia, jakie przeżywam wewnątrz.
Odłożyłem gitarę i schowałem zeszyt. Otarłem swoje łzy.
Bradzio kazałby mi przestać płakać. Muszę się ogarnąć. - Po tych słowach spoliczkowałem się.
Zmieniło mi to trochę nastawienie.
Nagle na korytarzu rozbrzmiały się wrzaski. Nie wiedziałem co się dzieje.
Wstałem ociężale z łóżka i wolnym krokiem podszedłem do drzwi. Nasłuchiwałem chwilę.
- Doktorze, lepiej nic nie mówć!
- Chłopak musi wiedzieć. - Nagle otworzyły się drzwi.
W nich stał doktor McCurdy.
- Witaj Connor.
- Cześć.. Coś się stało?
- Tak. stało się.
- Znaleźliście loczka?
- Znaleźliśmy. - Przytaknął.
Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Ucieszyłem się niezmiernie.
- Gdzie mój misio jest?
- Chodź ze mną. - Ruszyłem za Jackiem.
Tak bardzo się cieszyłem. W końcu mogę go wyściskać, mogę go wycałować, poczuć jego zapach.
Chciałem skakać z tej radości.
Weszliśmy do toalety.
- To jakiś żart? Czy po prostu twój pęcherz nie wytrzymuje? - Zaśmiałem się.
Jack otworzył mi jedną z trzech kabin.
Uśmiech zniknął mi z twarzy. Do moich oczu nabrały się łzy.
- Nie.. to nie on. Nie wierzę wam.
- Przykro mi Connor.
- TO NIE JEST MÓJ BRADZIO! - Wydarłem się. Łzy same zaczęły mi spływać po policzkach.
Widziałem zakrwawionego bruneta, sinego..
Wtuliłem się w niego.
- Jesteś taki zimny.. Zawsze byłeś ciepły. Nie, to nie prawda. Powiedz, że żartujesz. - Potrząsałem chłopakiem.
Niestety nic mi nie odpowiadał.
- Brad nie rób mi tego prosze! - Nie mogłem się opanować. Zacząłem ryczeć.
- Byłeś moim wszystkim.. wszystkim co mam. Ty jeden uważałeś mnie za kogoś pożytecznego. Nie możesz tak po prostu odejść.. Nie.. - Wtuliłem się jeszcze bardziej, przy czym dławiłem się swoimi łzami.
- Connor! Nie dotykaj zwłok! - Odciągał mnie doktor, który dopiero teraz zauważył co robię.
- NIE! JA CHCĘ DO BRADZIA! ZOSTAW MNIE! - Wyrywałem się.
- Przestań!
- Nie zdążyłem się nawet z nim pożegnać.. - Zacząłem płakać na ramieniu McCurdiego.
- Rozumiem Cię.. Spokojnie, już jest dobrze.
- Nie! Nie rozumiesz mnie! Nikt mnie tu nie rozumie! Każdy mnie uważał za nieudacznika! Tylko Brad widział we mnie dobro! Tylko on mnie doceniał!! Nie jest dobrze! Nikdy już nie będzie dobrze! - Odepchnąłem go.
Zacząłem się dusić.
- Ball, gdzie twój inhalator?
- Nie chce żadnego inhalatora! Chcę do mojego aniołka! Chcę umrzeć!
- Nie pozwolę na to! Nie możesz umrzeć.
- On nie zasługiwał na to.. - Na siłę wcisnął mi ten przeklęty inhalator.
Zaciągnąłem się jeden długi raz. Odkaszlnąłem.
- Bradziu, skarbie.. - czołgałem się do bruneta.
Gdy ostatni raz tuliłem się do mojego loczka, kiedy ostatni raz miałem cały mój świat w swych ramionach, ujrzałem kartkę, którą trzymał w prawej ręce. Była trochę zakrwawiona, ale sięgnąłem po nią.
- Co wy robicie? Zostawcie go! - Zabierali chłopaka gdzieś.
- ON JEST MÓJ! - Krzyknąłem najgłośniej jak potrafiłem.
W tej chwili poczułem jak moje serce pękło na miliony kawałki. Teraz jestem sam.. Sam jak palec.
Z kim będę się śmiał? Z kim będę się przytulał? Dla kogo będę żył?
- Tak bardzo Ci współczuję.. - Położył na moim ramieniu swoją dłoń.
Strzepnąłem ją gwałtownie i uciekłem do pokoju.
Wbiegłem do pomieszczenia, w którym cały czas byłem z Bradem. Upadłem. Zacząłem wyć. Nie płakać, wyć.
- BOŻE! TY NIE MASZ UCZUĆ! JESTEŚ OKRUTNY! DLACZEGO JEGO? DLACZEGO JEGO WZIĄŁEŚ? A nie mnie? - Waliłem pięściami w podłogę. - CO ON CI TAKIEGO ZROBIŁ?!
- Jeżeli ty w ogóle istniejesz, daj mi jakiś znak.. Odezwij się. Proszę.
Usłyszałem pukanie. Weszli do pokoju James i Amanda.
- Czego chcecie?
- Connor, wiesz.. jakby co, masz zawsze też nas..
- Wyjdźcie stąd.
- Proszę Cię.. To dla nas też jest szok.
- ZOSTAWCIE NAS SAMYCH! - Wstałem i wyrzuciłem ich za drzwi.
Powoli zbliżyłem się do łóżka i usiadłem na nim. Wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę od Brada.

Kochany Connorku.
Jeżeli to czytasz, to znaczy, że Jack znalazł mnie w tej kabinie. Martwego. W tym liście chciałbym Cię przeprosić, za wszystko. Nie mogłem dłużej tego wytrzymać. Każdy mną pomiatał. Każdy uwarzał mnie za śmiecia. Jednak potem zjawiłeś się Ty, w moim życiu. To Ty nadałeś kolory mojemu bezsensownemu życiu. Nie ukrywam, byłeś najważniejszą osobą i jedyną osobą, którą miałem i mnie kochała całym swoim sercem. Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.. Miałem szczególnie to, że to przeze mnie płakałeś, byłeś smutny.. Serce mnie strasznie bolało i postanowiłem, że nie będę dłużej Cię doprowadzać do smutku.. Wiem, teraz możesz mówić, że to nic takiego, lecz dla mnie to miało wielkie znaczenie. Pierwszy raz czułem się przez kogoś kochany. Nie byłem wyśmiewany. Czułem się bezpiecznie. Lecz kiedy ta rodzina Cię zabrała, coś się zmieniło.. Nie wiem czy to zauważyłeś.. Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz? Nie wiem czy to był przypadek, czy także los tak chciał, ale dziękuję za to, że trafiłeś tutaj.. Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił.. Przepraszam, nie chciałem takiego zakończenia.. Przepraszam. Jednak pamiętaj skarbie, zawsze jestem przy Tobie. Jestem od teraz Twoim aniołkiem stróżem.. Spotkamy się na drugim świecie.. Mam taką nadzieję.. Proszę, tylko nie płacz.. Będę się czuł podle mając jeszcze teraz Twoje łzy na sumieniu.. Przepraszam, że tak wyszło.. Kocham Cię na zawsze. 
Tylko Twój Bradzio xx

niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 27 Gdzie Loczek?

Brad wczoraj był jakiś taki.. dziwnie przesłodki i nie mieliśmy żadnej sprzeczki.. nawet najmniejszej. Zaczynam coś podejrzewać, no ale powiedzmy, że jest dobrze.
Czułem w sobie, że już pora wstawać. Wyciągnąłem się i macałem ręką każdy milimetr pościeli, szukając loczka. Otworzyłem powoli oczy, lecz w łóżku byłem sam jeden. Usiadłem na łóżku przecierając oczy.
- Bradzio? - Powiedziałem cicho przy czym rozglądałem się po pokoju.
Cisza.
Zdjąłem z siebie kołdrę i wstałem ociężale z łóżka. Skierowałem się ku wyjścia.
Otworzyłem powoli drzwi, wyjrzałem za nie i wyszedłem. Usłyszałem jak ktoś mnie woła.
- Connor! Chodź ze mną ale to migiem! - Ciągnął mnie McCurdy.
Wepchnął mnie do pokoju.
- Co jest?
- Nie wolno Ci chodzić w samej bieliźnie! Dopóki się nie ubierzesz, masz nie wychodzić z pokoju.
- Ale nie ma Brada..
- Gdzie jest?
- No nie wiem właśnie i chciałem go szukać.
- Poszukasz, jak się ubierzesz. - Stanął w drzwiach. - I żebym drugi raz nie musiał Cię upominać.
Wyszedł.
Jezu, chyba dzisiaj wstał lewą nogą.. Chciałem tylko poszukać loczka..
Podszedłem do szafy, wyjąłem z niej czyste ubranie i ubrałem się. Ponownie wyszedłem z pokoju.
Dzisiaj na korytarzu było jakoś mało osób. Rozglądałem się po wszystkich stronach.
- Braaad! - Wołałem.
Nigdzie go nie widziałem. Wszedłem do łazienki.
- Bradziu.. - Słuchałem czy ktoś się nie odezwie, lecz z kabiny wyszedł James.
- O, Con. Cześć. - Uśmiechnął się.
- Cześć James.. - Nie miałem sił, żeby podnieść swoje kąciki ust do góry.
- Coś się stało?
- Nie widziałeś może nigdzie Brada?
- Niestety nie.. Ale znajdzie się za niedługo - Poklepał mnie po ramieniu i odszedł.
Gdzie on jest? Wie bardzo dobrze, że nie cierpię kiedy znika i ja nie wiem gdzie jest.. Martwię się o niego.
Rozczarowany wyszedłem z łazienki i stanąłem na środku korytarza, patrząc to w jedną, to w drugą jego stronę.
Zapukałem do jednych drzwi i otworzyłem. W nim byli jacyś chłopcy.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie widzieliście nigdzie Brada?
- A kto to? - Wytrzeszczył oczy jeden z nich.
- Taki wyższy brunet, loczki ma.
- Wczoraj go widzieliśmy, ale z Tobą.
- Czyli nic nie wiecie.. Okej to nie przeszkadzam dłużej. - Zamknąłem drzwi.
Ponownie było z pięcioma następnymi..
Słyszałem to samo. Nikt nic nie wie.. Każdy widział go tylko wczoraj..
- Brad, gdzie ty do cholery jesteś? - Powiedziałem otwierając kolejne drzwi.
- Con, coś się stało? - Zapytała Amanda w środku swojego pokoju.
- Nie ma Brada..
- Jak to nie ma? - Zdziwiła się.
- No nie ma..
- A może jednak? - Powiedziała cicho.
- Słyszałem, o co chodzi?
- Musimy porozmawiać na osobności. - Spojrzała na dwie milczące blondynki, które patrzyły uważnie na nas.
- No dobra.. Chodź do mnie. - Otworzyłem drzwi obok i weszliśmy do środka.
- Nie słyszałeś jeszcze?
- O czym? Dlaczego tutaj są praktycznie zawsze same tajemnice?
- No spokojnie, już Ci mówię.
- Spiesz się, bo się martwię o niego.
- To ty nie słyszałeś? - Usiadła na łóżku.
- O.. ?
- Krążą plotki, że Brada zabrano do izolatki..
- Co?! - Zerwałem się na równe nogi. - Ale jak to?
- Nie wiem.. ponoć wkurzył Jacka..
- W sumie to serio był jakiś dzisiaj nie w sosie.. - Przytaknąłem.
- Widziałeś się z nim?
- Tak.. Ale jak mówiłem mu, że Brada nie ma, to nie zareagował tak jakby się przejmował..
- No widzisz..
- Muszę się dostać do izolatek.. Muszę mieć pewność, że nic mu nie jest..
- Co ty chcesz niby zrobić? Odbiło Ci?
- Tak. Gdzie są? Albo pójdziesz tam ze mną, albo sam znajdę.
- Connor, nie rób tego. Na prawdę.. Tam jest strasznie..
- Chcę tylko go zobaczyć. Pójdziesz ze mną, czy nie? - Popatrzyłem jej prosto w oczy.
Chyba się mnie bała.. To dobrze. Długo czekałem na jej odpowiedź..
- No dobra. - Przełamała się.
- Świetnie! - Uradowałem się. - Zatem chodźmy! - Pociągnąłem ją za rękę.
- Hej, postradałeś wszystkie zmysły czy co?
- Przecież powiedziałaś..
- Tak, ale nie teraz.. W nocy.
- W nocy? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
- Tak, no bo patrz. - Otworzyła drzwi. - Widzisz te wszystkie pielęgniarki?
- No, widzę.
- Nie przedostaniesz się do izolatek od, tak. Nie pozwolą.
- To w nocy pozwolą?
- Oj głuptasie.. Późno w nocy, każdy śpi. Nikt nie dyżuruje.
Dopiero po ok. dziesięciu minutach ogarnąłem, co do mnie powiedziała. 
Wyszła z pokoju. Ja natomiast usiadłem na łóżku i myślałem.. Wbiłem swój wzrok w drewnianą podłogę.
Myślałem o niczym.. Dopiero później spojrzałem na puste łóżko.. Było nie pościelone.. nie było w nim loczka.. Poczułem mocne ukłucie w sercu.
Przycisnąłem dłoń do klatki piersiowej i wyszedłem na korytarz. Czułem jak powoli brakuje powietrza.. Było mi gorąco.. Kiedy szedłem, obraz, który widziałem, rozmazywał się.. Chwilę później straciłem przytomność.
Ktoś mną potrząsał.. Klepał, lecz moje powieki były tak ciężkie, że nie byłem w stanie ich otworzyć..
Ani nabrać powietrza do ust.. Ktoś położył mnie na czymś zimnym i twardym..
- Connor, nie rób nam tego! Błagam! - Słyszałem krzyki.
Chyba śniłem.. Tak, to było jak sen.. ale w jakichś ciemnościach. Nagle słyszałem płacz i zaciąganie nosem.
zaraz potem słyszałem szepty.
- Przepraszam.. Con wybacz mi. To przeze mnie.
O co chodzi? Kto to był? Co się stało?
Nic do mnie nie docierało.. Sam nie wiem czemu..  Nie mogłem niczego zrozumieć..
W pewnej chwili, w tych ciemnościach ujrzałem Brada. Był czerwony od płaczu.
- Chodź ze mną. - Wyciągnął do mnie rękę.
Chciałem chwycić, ale Obraz ponownie mi się rozmazał..
Otworzyłem bez problemu oczy.
- Gdzie ja jestem? - Rozejrzałem się po dziwnym pokoju.. pełno było urządzeń medycznych i śmierdziało różnymi lekarstwami.
- Doktorze! Przebudził się! - Podskoczyła pielęgniarka i wybiegła krzycząc.
Świetnie.. zostałem teraz sam..
Nagle przybiegł lekarz z tą pielęgniarką. Podszedł uradowany do mnie.
- Co mi się stało?
- Zemdlałeś.. Wystraszyłeś nas nieziemsko. Myśleliśmy już, że..
- Że nie żyję?
- Tak.. To właśnie chciałem powiedzieć. Ale cóż, witaj ponownie Ball.
Spojrzałem na siebie, na dłonie, na klatkę piersiową.. Byłem podłączony do respiratora.
- Jak się czujesz?
- Znaleźliście Bradzia?
- Chłopie, ja się pytam jak się czujesz.
- A JA SIĘ PYTAM CZY GO ZNALEŹLIŚCIE! - Zdenerwowałem się.
- Uspokój się. Nie, jeszcze go nie znaleźliśmy. Zajmowaliśmy się Tobą.
Wyszedł z pomieszczenia.
Rozejrzałem się czy nie ma nigdzie kamer.
Nie było.
Odpiąłem wszystkie linki, które były do mnie przyczepione i wstałem. Zakręciło mi się w głowie. Złapałem się za nią i zamknąłem oczy.
Po krótkiej chwili było już dobrze. Po prostu zbyt gwałtownie wstałem.
Szybkim krokiem wyszedłem stamtąd. Spojrzałem na zegar, który wisiał na ścianie.
- 14:06.. Pora obiadu. - Powiedziałem sam do siebie i skierowałem się ku stołówki.
Stołówka była pełna ludzi. Każdy rozmawiał ze swoim przyjacielem/przyjaciółmi.
Nikt nie siedział sam. Jednak natrafiła się taka osoba, która usiadła sama przy dwuosobowym stoliku. Tą osobą jestem ja. Miałem przed sobą talerz pełen jedzenia.. Zamiast jeść, to tylko siedziałem nad tym i dziabałem widelcem bez celu.
Ktoś się do mnie dosiadł. Podniosłem głowę. To był James, a obok niego złączyły stolik Amanda i Klara.
- Connor nie wyglądasz najlepiej.. - Rzekł James.
- Co się dzieje? - Dotknęła mojej lewej dłoni Klara.
Nie odpowiadając na żadne z tych pytań, wstałem i wyszedłem w milczeniu.
Zapiąłem swoją bluzę i nałożyłem kaptur. Było mi zimno, ponieważ nie było mojego loczka, do którego mogłem się przytulić.
Szedłem samotnie po korytarzu.. Co chwile, gdy przechodziła obok mnie jakaś osoba, patrzyłem na nią uważnie, z nadzieją, że to mój Bradzio..
Ja rozumiem, że on jest w izolatce, ale mam tą głupią nadzieję, że jest ze mną na tym piętrze.
Wszedłem do pokoju i w ubraniu wskoczyłem na łóżko.
Mocno się wtuliłem w poduszkę, na której spał Brad.. Czułem ten jego zapach.. Nie wiem kiedy, ale zasnąłem.
***
Poczułem jak ktoś mną szturcha. Otworzyłem swoje oczy i ujrzałem nad sobą Jamesa.
- Co jest?
- Chodź na kolację.
- Nie mam ochoty nic jeść. - Wtuliłem się bardziej w poduszkę bruneta.
- Con, nic nie jadłeś.
- No i co mnie to obchodzi.
- Co się dzieje?
- Nic, daj mi spać. - Zamknąłem oczy.
- Connor...
- Wyjdź z tego pokoju! - Usiadłem na łóżku.
Widziałem w jego oczach strach. Powoli się ode mnie oddalił i wybiegł z pokoju.
Ponownie się położyłem, lecz tym razem się przykryłem kołdrą.. Jakoś tak zimno było. Po krótkim czasie zasnąłem.

***
- Nie budź go, jeszcze zrobi Ci krzywdę..
- Spadaj James. Wiem jakie to dla niego ważne.
- Narażacie się na niebezpieczeństwo..
- James wynoś się. - Usłyszałem zamknięcie drzwi.
- Connor, wstawaj. Szybko, wstań. - Obudziła mnie Amanda.
- Co się stało?
- Idziemy?
- Gdzie?
- No jak to gdzie? Do Brada.
Na same imię wiedziałem już o co chodzi. 
Zerwałem się na równe nogi i wybiegliśmy z pokoju.
- Poczekaj! - Szepnęła. - Musimy być ostrożni. Musimy iść tak, żeby nikt nas nie słyszał.
- Prowadź..
Po cichu biegliśmy do końca korytarza. Skręciliśmy w prawo i zbiegliśmy po schodach.
Było strasznie ciemno.. jedyne światło, jakie było to te, od księżyca, które padało przez okna.
- Stój.. - Stanąłem, wyciągnąłem z kieszeni inhalator i zaciągnąłem się kilka razy.
- Dobra, to już nie biegniemy. Zwolnijmy trochę.
Schodziliśmy tak z dwadzieścia minut. Myślałem, że te schody nie mają końca. A jednak.
Zeszliśmy tak nisko.. Normalnie to by tutaj chyba była piwnica? Nie rozumiem. Nic nie rozumiem.
- Tutaj nikt nie dyżuruje.. - Powiedziała śmiało.
- Wiesz.. tutaj jest strasznie..
- Mówiłam Ci.
Nie było żadnego światła.. Am włączyła latarkę, którą wcześniej wzięła ze sobą. Było chorobliwie zimno i było czuć wilgoć. Wszędzie były pająki.. a nawet były szczury. To nie są odpowiednie warunki do życia..
Mam nadzieję, że znajdę Brada i go stąd szybko wyciągnę.
Podszedłem niepewnie do jednych z drzwi.
- Bradziu? - Zawołałem.
Lecz odpowiedziała mi tylko ta irytująca cisza i ciemność.
Sprawdzaliśmy wszystkie drzwi od izolatek. Nigdzie nie było Brada.
- Wracajmy stąd Am..
- Z przyjemnością. - Miała gęsią skórkę.
Wybiegliśmy z tego miejsca. Amanda szybko wyłączyła latarkę by nikt nie zauważył nas.
Z wchodzeniem po schodach było trudniej niż schodzenie z nich. Zmęczyłem się ogromnie.
Ostrożnie weszliśmy na drugie piętro i uciekliśmy do swoich pokoi.
Kręciłem się w kółko myśląc o tych izolatkach.. o tych warunkach jakie tam panują..
Najbardziej niepokojący jest fakt, że nie było tam mojego Aniołka..
Potknąłem się i upadłem na łóżko.
Nie miałem siły wstać. Zasnąłem jak dziecko.

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 26 Leniuchowanie

Zastanawiam się czasem czy to nie dzieje się wszystko przeze mnie.. Odnoszę takie wrażenie, że praktycznie czego nie zrobię, to będzie źle. Miewam takie przeczucie, że "pomagam" Bradu w samookaleczeniu się. Nie pokazywałem, ani nie mówiłem, jak bardzo mi na nim zależy. Nie mówiłem jak bardzo się z nim zżyłem.. Nie pokazałem mu tego. Czasami już nie wytrzymuję.. mam ochotę stąd odejść, ale jeszcze nie teraz..
Otworzyłem powoli zaspane oczy. Czułem ten piękny zapach, przy którym wszystkie złe myśli odchodziły gdzieś daleko - Jego perfumy.
Oderwałem policzek z jego nagiej klatki piersiowej i powoli usiadłem na łóżku. Spojrzałem na śpiącego loczka.
Słodko wygląda kiedy śpi. Jest wtedy taki spokojny, bezbronny. Gdyby ktoś go pierwszy raz zobaczył, nie uwierzyłby, że się tnie... No po prostu Aniołek.
Gdy przyglądałem się uważnie Bradu, zauważyłem, że oślinił poduszkę. Zacząłem się głośno śmiać. Chwilę potem, natychmiastowo zatkałem buzię zdając sobie sprawę z tego, że mogłem go obudzić.
Szatyn przetarł swoje oczy jedną ręką i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Nie chciałem Cię obudzić.. - Wbiłem wzrok w białą pościel.
- Nic nie szkodzi. - Usiadł i pociągnął mnie za sobą. - Pójdziemy spać jeszcze raz. - Ziewnął.
- Nigdy tak długo nie spałeś..
- No widzisz, wyśpię się za wszystkie czasy. - Zamknął oczy i usnął wtulony we mnie.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Po krótkim czasie zacząłem się nudzić, ponieważ nie mogłem usnąć.
Zacząłem bawić się jego loczkami.
- Nie możesz zasnąć? - Spojrzał mi w oczy.
- Wiesz, jest już dzień. Nie jetem jakoś zmęczony.
Wspiął się na mnie i przytulił mocno. Odwzajemniłem uścisk i pocałowałem go w czuprynę.
Trzymam w swoich ramionach, cały mój świat. Czy jetem szczęśliwy? Aktualnie to, tak. Praktycznie zawsze gdy jestem z moim szczęściem.
Ktoś wszedł do pokoju. Zostawił otwarte drzwi i każdy mógł zobaczyć co się u nas dzieje.
- Chłopaki! Myślałem, że terapia pomogła! - Odciągnął loczka ode mnie.
- Najwyraźniej, nie. - Usiadłem wkurzony.
- Spaliście ze sobą? - Popatrzył się na mnie i na chłopaka, którego trzymał McCurdy.
- Codziennie ze sobą śpimy. - Powiedział chłodno Brad.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - Puścił go. Szatyn wlazł na łóżko. - Pytam się was o coś.
Milczeliśmy. Nie mieliśmy ochotę z nim rozmawiać.
- Nie.. To na marne.. - Pomasował się po czole. - Dlaczego to mi robicie?
- O co panu chodzi?
- Chciałem po dobroci, abyście z tego zrezygnowali. Lecz teraz będzie na przymus.
Spojrzeliśmy z loczkiem sobie głęboko w oczy. Widziałem w jego oczach nabrane łzy. Pokiwałem tylko głową i pocałowałem delikatnie w usta.
- Uśmiechnij się dla mnie. - Powiedziałem. - Chociaż dla mnie. - Otarłem jego łzę, przed jej spłynięciem.
- Chłopaki.. - Usiadł ociężale na nasze łóżko.
Przyciągnąłem do siebie Bradzia i wtuliłem go w siebie.
- Bardzo was lubię.. Nie chcę żebyście się pozabijali gdybym was rozdzielił.
- Nie może pan. - Przeraziłem się.
- Musimy współpracować..
- Nie! Nie będziemy! Nie chcę się rozstawać z moim Connorkiem! - Wzmocnił swój uścisk.
- A tak z innej beczki, to nie po to tutaj przyszedłem.
- Więc po co?
- Chciałem Ci podziękować Con.
- Za co? - Zdziwiłem się.
- Dzięki Tobie Jane wychodziła ze swojego pokoju. Coś masz w sobie takiego.. że zmieniasz ludzi.
- Niektórych niestety nie.. - Mój głos ucichł i spojrzałem na Brada.
- Uważasz, że nie zmieniłeś Brada? - Zerwał się na równe nogi. - Człowieku! On chodził jak jakaś zmora po tym szpitalu! W każdym kącie już siedział! A potem zostałeś przydzielony do jego pokoju. Zmieniłeś go nie do poznania!
- Być może pan ma racje..
- Tak, ale mniejsza z tym. Chciałem was poinformować, że Jane nie żyje.
- Co? Ale jak to?
- Wcześniej było dobrze.. Dawaliśmy jej leki i było już całkiem dobrze. Przed wczoraj mieliśmy ją wypuszczać z izolatki, ale..
- Ale?
- To coś powróciło tak nagle i tym razem żadne leki nie pomagały.. Nie chciała nic jeść, w niektórych chwilach wołała o jedzenie i łykała w całości posiłki. Potrafiła na raz wypić trzy litry wody..
- To dziwne, zwłaszcza, że zawsze jadła mało.. - Szatyn słuchał uważnie rozmowy.
- Właśnie, albo wtedy, kiedy mówiła bezpłciowym głosem.. Była sina, tworzyły się jej nowe blizny. Wszędzie. Wczoraj wezwaliśmy księdza i powiedział, że trzeba przeprowadzić egzorcyzm.
- To straszne - Szepnął Bradzio.
- Po dwóch godzinach ksiądz wyszedł z pomieszczenia i powiedział, że demon odszedł, ale dziewczyna nie przeżyła. Nie miała już siły, żeby przetrwać to.
- Nie mogę w to uwierzyć.. Nie zasługiwała na to.
- Nikt na to nie zasługuje i nikomu tego nie życzę.To wszystko co chciałem wam powiedzieć. - Podszedł do progu drzwi.
Zaczęliśmy z Bradem się całować.
- A i jeszcze jedno.. Ubierzcie się i przestańcie to na moich oczach, proszę. - Usłyszeliśmy zamknięcie drzwi.
Szatyn oderwał się od moich warg.
- Twoje usta są takie mięciutkie.
- Wiem. - Uśmiechnąłem się.
- Zdajesz sobie sprawę, że Jane opętało przez te książki?
- Jeju, no wiem. Musisz mi przypominać? - Zniknął mi banan z twarzy.
- Mówiłem Ci, żebyś tego nie czytał. - Pogładził mnie po ramieniu.
- Gdybym wiedział jakie będą tego skutki, to bym ich nawet nie tknął.
- No cóż, stało się. Niestety. Trzeba z tym nauczyć się żyć. Zapamiętajmy ją z tej dobrej strony. - Przytulił mnie mocno od tyłu.
Poczułem jego mokre wargi na moim karku, dostałem gęsiej skórki. Położył się i pociągnął mnie za sobą.
- Bradzio.. - Mruknąłem.
- Mój koteczku. - Pocałował mnie w czubek nosa.
- Nie chce mi się nic dzisiaj.
- Może cały dzień spędzimy w łóżku? - Uśmiechnął się szeroko i poruszył powoli brwiami.
- Zboczeniec. - Zaśmiałem się.
Dręczyło mnie sumienie, że to wszystko przeze mnie. Że to moja wina, że Jane już z nami nie ma. Gdyby to się stało mojemu Bradziowi, to nie wybaczyłbym sobie tego nigdy i sam bym popełnił samobójstwo.
- Ale w sumie, to czemu nie. Fajnie tak spędzić cały dzień na leniuchowaniu.
- Decyzja należy do Ciebie skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- No możemy.. - Pocałowałem go w policzek.
- Mój kochany leniuszek. - Objął mnie mocno.
- Twój. - Szepnąłem mu do ucha.
Do pokoju weszła Amanda. Podeszła do nas.
- Kobieto, czy Ty nie możesz wybierać innych momentów? - powiedział loczek
- Nie i przestań.
- O co Ci chodzi?
- O co mi chodzi? Jesteś dla mnie i innych nie miły! Odkąd Connor powrócił, masz nas gdzieś i na dodatek unikasz nas.
- Nie unikam, po prostu mam ważniejsze sprawy.
- Ważniejsze sprawy? Co takiego ważnego robisz ZAWSZE z Conem?
- PRZESTAŃCIE! - Zerwałem się. - Łeb mnie trzaska, a wy się kłócicie z wrzaskami.
- Kaca masz?
- Tak, kaca. Ty weź czasem pomyśl. - stuknął się w czoło Brad.
- Uspokójcie się. Błagam.
- To czemu Cie głowa boli?
- Am, nie pamiętasz już że wczoraj wyłem?
- Moje biedactwo.. Cały dzień płakałeś?
- Twoje? On jest mój! Tylko mój! - Wtulił się we mnie.
- Uhm, rozumiem. Czemu jesteście jeszcze w łóżku? Już jest po dwunastej.
- Mamy zamiar być leniami i nie wychodzić z łóżka.
- A kiedy to wy nie jesteście nimi.. - Zaśmiała się i wyszła z pokoju.
Popatrzyliśmy się po sobie. Zaczęliśmy się śmiać.
- Po co ona w ogóle tutaj przyszła?
- Nie wiem.. - Skończyłem się śmiać i sięgnąłem po inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy.
- Mój misio, dlaczego ty musisz mieć te chore serduszko i te płuca?
- No widzisz.. widocznie, należało mi się. Taka kara.
- Nie prawda. Jesteś aniołkiem, nie możesz mieć żadnej kary..
- Twoje zdanie.
- Powoli mi się nudzi.. - Marudził
- To był twój pomysł. Chociaż w sumie..
- Co żeś wymyślił?
- Czekaj. - Wstałem, chwyciłem za moją gitarę i wróciłem na łóżko.
Z szuflady wyciągnąłem swój zeszyt i przewróciłem kilka kartek.
Po chwili zacząłem grać, a potem zaśpiewałem.
Merrily we fall out of line, out of line.
I'd fall anywhere with you,
I'm by your side.
Swinging in the rain
Humming melodies.
We're not going anywhere until we freeze.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.

Carefully we'll place for our destiny.
You came and you took this heart
And set it free.
Every word you write and sing is so warm to me
So warm to me.
I'm torn, I'm torn.
To be right where you are.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.
I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.

You so know me.
Pinch me gently.
I can hardly breath.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.

I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.
- Jejku Con, nie słyszałem jej nigdy
- Bo wcześniej nie była kończona.. Zacząłem ją pisać, kiedy zaprzyjaźniliśmy się..
- Mój kochany. - Przytulił mnie mocno i wycałował. - Wiesz co mnie teraz denerwuje?
- Hm?
- Że nie masz na sobie koszulki, a poszarpałbym.
Zacząłem się śmiać.
- Chłopcy, obiad! - Weszła i wyszła pielęgniarka.
- Trzeba coś na siebie ubrać.
- Po co? - Zaśmiałem się.
- Bo będę cholernie o Ciebie zazdrosny, jak każdy będzie Cię widział w samych bokserkach.
- Przestań zagryzać tą wargę!
- Przepraszam. - Podszedłem do szafy i wyciągnąłem spodnie i jakąś koszulkę.
Wyszliśmy na obiad. Szliśmy jak zwykle za rękę. By pokazać, że jesteśmy tylko swoi. Nikogo więcej, tylko swoi.
- Wchodź pierwszy. - Otworzył przede mną drzwi.
- Ej! - Klepnął mnie w tyłek. - Bradziu!
Szatyn zaśmiał się i wszedł do środka. Wzięliśmy talerze i usiedliśmy do dwuosobowego stolika.
- Już nie pamiętam kiedy ostatnio smakowało mi tutejsze jedzenie. - Zarzucił.
Wiedziałem, że jeszcze nie skończył swojej wypowiedzi, więc uśmiechnąłem się dla kontynuacji jej.
- Zapewne wiesz co chcę powiedzieć.
- Chyba tak. - Przełknąłem posiłek
- Co mnie to obchodzi, że się powtarzam z tym, jak bardzo Cię kocham, ale będę Ci to mówił cały czas.
- Czemu?
- Bo chcę żebyś wiedział, że nigdy nie przestanę. - Złapał mnie za lewą rękę i pogładził swoimi opuszkami.
- Kochany jesteś. - Uśmiechnąłem się.
- Specjalnie dla Ciebie. Muszę podziękować Bogu, że przysłał mi takiego anioła stróża.
- Bradziu.. To był istny przypadek, że tutaj trafiłem..
- Nic nie dzieje się przypadkiem. - Wstał, pocałował mnie w policzek i zaniósł swój talerz.
Dzisiaj jest jakiś taki delikatny i bardzo uroczy.. Niby jest okej, ale mam jednak przeczucie, że coś go trapi, ponieważ nie codziennie się tak zachowuje.. Martwię się o niego.
Wstałem i zaniosłem talerz jak Brad. Razem opuściliśmy stołówkę.
- Bradzio. - Przytuliłem go.
- Co jest Connorku? - Pogładził mi plecy.
- Jest wszystko dobrze?
- Oczywiście, czemu miałoby być inaczej?
- No nie wiem.. jesteś taki bardziej miły, uroczy i delikatny.
- Kiedyś trzeba się zmienić. - Powiedział ciepło i pocałował mnie w czoło.
- Na pewno nic się nie dzieje?
- Co to za głupie pytanie?
- Kocham Cię całym swoim serduszkiem.. i..
- I? - Złapał mnie za ramiona, odczepił mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.
- I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil i choćby cały świat Ci się rozpadł w pył, możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt..
- Co chcesz mi przez to powiedzieć?
- Że masz mi mówić zawsze co się dzieje, kiedy jest Ci źle i możesz mi zaufać. Nigdy nie wygadam żadnych sekretów. Wszystko może zostać między nami..
- Wszystko?
- Tak misiu. - Poleciały mu łzy. - Ej.. nie płakusiaj. Jestem przy Tobie.
Otarłem jego łzy i wtuliłem się w szatynka.
- Tak bardzo Cię kocham, wiesz?
- Ja Ciebie mocniej. O wiele razy mocniej i boli mnie bardziej gdy widzę, że cierpisz.
- Ball! Simpson! - Odwróciliśmy się. - Na salę!
Spojrzeliśmy po sobie i zaśmialiśmy się.
- Idziemy tam?
- Wiesz co? Niech sobie daruje o tej parze idealnej z kobiety i mężczyzny. Mam Ciebie i nikogo więcej.
- Masz rację. Nie idźmy tam. Chodźmy do pokoju.
Ruszyliśmy do naszego pokoju. Nie mojego, nie Brada, tylko naszego.
Zastanawiam się, co by to było gdybym jednak nie wylądował w tym szpitalu.. Zapewne mój loczek nadal by chodził jak zmora, a ja nadal bym był wyśmiewany i odtrącany od swoich rówieśników.
- Nie żeby coś, ale nudno.. - Marudził jak zwykle.
- Wiesz co zazwyczaj robie jak jest mi nudno?
- Hm?
- Robię sobie zdjęcia. - Zacząłem się śmiać.
Chłopak ucieszył się, że będziemy coś robić i zaczęliśmy robić głupie miny, dzióbki, a nawet nagrywaliśmy filmiki, gdzie nic nie było innego słychać prócz naszych śmiechów. Można było powiedzieć, że serio nam odbiło, lecz bawiliśmy się przy tym jak małe dzieci.
- O Boże, jak ja tu wyszedłem! Nikomu tego nie pokazuj! Błagam! - Ledwo mówił przez śmiech.
Nigdy, ale to przenigdy nie widziałem Brada, kiedy tak się świetnie bawił i przy tym był cały czerwony od śmiechu. Gdy widziałem go w takim stanie, serce mi się cieszyło. Nie usunę tych zdjęć, ani tych filmików. Zostaną na zawsze na mojej karcie pamięci i w mojej głowie.

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 25 Napad Connora

Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Po chwili ktoś potrząsał mną.
- Con, wstań. - Usłyszałem szept.
- Misiu, jeszcze pięć minutek. - Mruknąłem i przewróciłem się na drugi bok.
- Connor! - Dostałem poduszką w głowę.
- Bradziu, nie masz innego czasu na zabawy? - Przetarłem oczy i obróciłem się.
Ku mojemu zdziwieniu, to nie był mój Bradzio. Na łóżku siedziała Amanda.
- Am? Gdzie Bradzio?
- Miałam właśnie się Ciebie o to samo spytać. Ty ostatni go widziałeś.
- Ale ja spałem. - Ziewnąłem.
- To nie są żarty, Con gdzie on jest? Szukam go od ponad trzech godzin! NIKT NIC NIE WIE!
Wystraszyłem się.
Jak to go nie ma? Przecież czułbym gdyby wstawał. Chyba, że zostaje jedna opcja.. Ale to nie może być prawda. 
Schyliłem się patrząc pod łóżko.
- Nie no, wiesz na pewno schowałby się pod łóżkiem. - Rzuciła Amanda.
- Cicho. - To nie mogła być ta zmora, ponieważ łańcuchy jak były, tak nadal są związane.
- Nie wiesz, gdzie mógłby być?
- Może jest w łazience?
- Trzy godziny? - Spojrzała na mnie. - Nie gadaj głupot dobrze?
- Może jest gdzieś z doktorem McCurdym?
- Nie.. nie wydaje mi się. Jack by Ci przecież powiedział.
- To skoro nic nie wie, to nie martwmy go. - Powiedziałem i wstałem z łóżka.
- Con...
- Tak? - Odwróciłem głowę.
- Ubierz coś na siebie, proszę. - Odwróciła wzrok.
Byłem w samych bokserkach.. Jak to się stało? Przecież poszedłem spać w pidżamie.
Wziąłem z szafy jeansy i jakąś koszulkę na krótki rękawek.
- Tak lepiej. - Uśmiechnęła się i wstała. - A teraz na poważnie, gdzie on może być?
- Nie mam pojęcia.. Nie znam tego szpitala tak dobrze, jak on czy ty.
- Brad jest do wszystkiego zdolny..
- Nawet tak nie mów. Idę go szukać. - Wybiegłem z pokoju.
- Chłopie! Nie biegamy po korytarzu! - Zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Przepraszam, ale śpieszę się.
- To i tak nie jest wytłumaczenie, żebyś nie biegał! - Pokiwała palcem.
Na korytarzu roiło się od pacjentów. W tej chwili to ja nawet przedrzeć się nie mogłem przez ten tłum.
- Przepraszam, nie widziałeś może Bradleya Simpsona? - Zapytałem się jednego chłopaka.
- Jeabdp - Jęknął.
- Ugh, widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny.
Pytałem się dosłownie wszystkich. Nikt nic nie wiedział. Był straszny tłum, każdy się przekrzykiwał. Jak na jakim targu.
Nagle poczułem jak ktoś mnie złapał za pośladek. To było tak nagle, że aż podskoczyłem ze strachu. Odwróciłem się natychmiastowo.
Za mną stał o głowę wyższy szatyn, miał zadziorną minę.
- Bradzio! - Rzuciłem mu się na szyję i wycałowałem go.
- No, spokojnie już. Jak się spało?
- Dobrze... Czemu pytasz?
Na odpowiedź otrzymałem jego szeroki uśmiech.
Byłem zdezorientowany tym pytaniem. Tak jak i jego zachowaniem. Nigdy nie łapał mnie gdzie indziej niż za ręce albo bluzkę.
Zaprowadziłem go do naszego pokoju, ledwo przedzierając się przez pacjentów.
- Gdzie ty się podziewałeś? Zacząłem się martwić! - Loczek popchnął mnie mocno i wylądowałem na łóżku.
- Nie ważne skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- Brad! Ja się martwiłem! Amanda mnie obudziła i mówiła, że Cię szukała od trzech godzin!
- Eh, czego ona ode mnie chciała?
- Nie wiem.. Czekaj, co ty robisz? - Szatyn usiadł na mnie.
Położył dłoń na moim policzku i zaczął łapczywie składać pocałunki na moich ustach.
- Connor! Musimy.. - Do pokoju weszła Amanda.
Oderwał się od moich warg.
- Co się dzieje takiego ważnego? - Brad odwrócił się i spojrzał na nią.
- Connor, możemy porozmawiać?
Spojrzał na mnie. Wzruszyłem ramionami. Loczek zszedł ze mnie. Wstałem z łóżka, poprawiłem koszulkę i wyszedłem z pokoju. Zaciągnęła mnie do siebie.
- Cześć Con. - Powiedziały dwie blondynki w tym samym czasie.
- Cześć. Am, co chciałaś? - Usiadłem na jej łóżku.
- Chodzi o Brada.
- Mojego Bradzia? - Spojrzałem na nią z dołu.
- Bradzia? - Blondynki spojrzały po sobie ze skwaszoną miną.
- Coś nie tak? - Nie odezwały się już.
- Nie zauważyłeś, że od pewnego czasu stał się jakiś taki...
- Jaki?
- szorstki?
- Szorstki? - Zamyśliłem się.
- No tak, wobec Ciebie to jet łagodny jak baranek..
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo tylko Ciebie się słucha. Dzisiaj szukałam go bo chciałam z nim o tym porozmawiać. Ale nie mogłam go znaleźć i zaczęłam się bać, że coś mogło się stać.
- Nic złego się nie stanie..
- Con, martwię się o niego, że któregoś dnia wykrwawi się.
- Nie mów tak! - Wstałem wkurzony. - Obiecał mi, że tego już nie będzie robić!
- Con, czekaj.. - Wyszedłem z jej pokoju.
Co ona sobie myśli? Przecież ufam Bradu i zapewniał mnie, że już nie będzie się okaleczać!
Wszedłem do pokoju.
No nie wierze własnym oczom no!
Ujrzałem Brada bez spodni, siedzącego na łóżku, obracającego palcami żyletkę nad udem.
- Co ty robisz?! Obiecałeś!
- Con, przepraszam..
- Co mi z Twoich przeprosin?! Wiesz jak ja się czuję? Wiesz jak twoje nogi wyglądają?
- Tylko uda są takie..
- Spójrz na nie! Nie widzisz w jakim są stanie?!
- Widzę! - Rozpłakał się. - Przecież mówiłem Ci, że tak wyglądają!
- Ale człowieku! Nie wiedziałem, że jest ich aż tyle! - Wychodząc z pokoju, trzasnąłem drzwiami.
Na korytarzu nie było już tyle ludzi i usiadłem na ławce załamany. Po moich policzkach spływały gorzkie łzy.
Ktoś usiadł obok mnie.
- Connor, nie chciałem, żebyś to widział.
- Jak ja mam Ci ufać? Obiecałeś mi, że więcej tego nie zrobisz.
- Przepraszam, ale jestem cholernie o Ciebie zazdrosny.
- To nie musisz się z tego powodu ciąć. Zrozumiałbym, gdybyś mnie nie puścił do Am.
- Ale to twoja decyzja czy pójdziesz do niej, czy zostaniesz. Nie będę Cię zatrzymywał.. Ale zabolało mnie to, że zostawiłeś mnie.
- Wiesz, że wróciłbym. Nie było mnie zaledwie pięć minut. - Wstałem.
- Chłopcy! Idziemy na salę! - Krzyknął w naszym kierunku doktor.
Udałem się za lekarzem. Weszliśmy na salę. Później wszedł Brad.
- Simpson, nie słyszałeś mnie jak was wołałem?
- Zamyślałem się. - Usiadł na krześle.
Wziąłem swoje krzesło i poszedłem pod drugą ścianę.
- Czyżby, od wczoraj terapia już zadziałała? - Zapytał.
Odpowiedziała mu cisza.
- Chłopaki, co się stało? - Nalegał na różne odpowiedzi.
Rzuciłem do szatyna chłodne spojrzenie.
- Mam dzisiaj wstrzymać terapię, żebyście się odezwali?
- Nie, niech pan prowadzi, może będzie coś nowego. Z chęcią posłucham. - Powiedziałem.
- Czyli dzisiaj będzie spokój? Nie będziecie gadać?
- Nie. - Powiedziałem obojętnie.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- Cały czas będzie się pan powtarzał?
- Żeby wam to wpoić do waszych głów. Kontynuujmy.
Przewróciłem oczami.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
Strasznie się nudziłem. Nie miałem co robić, a słuchać go nie miałem zamiaru.. Patrzyłem to na sufit, to na lampę, to na stolik, to na krzesła..
Mój wzrok utknął na loczku. Serce mnie bolało, kiedy myślałem, o tym co zrobił..
Szatyn chyba poczuł, że jest obserwowany przez dłuższą chwilę i spojrzał na mnie smutno. Podwinął jeden rękaw. Jego ręka była cała w bliznach, a świeże blizny tworzyły niewyraźny napis "Przepraszam".
Do moich oczu napłynęły łzy. Wybiegłem stamtąd.
Uciekłem do pokoju. Rzuciłem się na łóżko i zacząłem wyć i krzyczeć do poduszki. Dławiłem się własnymi łzami. Zacząłem walić pięściami o łóżko.
- Con, co się stało? - Podbiegła Amanda.
- Zostaw mnie. - Powiedziałem przez poduszkę.
- Connorku, co się dzieje?
- NIE MÓW TAK DO MNIE! - Usiadłem na łóżku i odepchnąłem ją.
- Co się z Tobą dzieje? - Była przerażona i cofała się.
- Zostaw mnie w spokoju! - Wrzeszczałem do poduszki.
- Amanda, wyjdź. - Usłyszałem poważny głos.
- Brad, co się dzieje Connorowi?
- Wyjdź, jeżeli nie chcesz, żeby Ci coś zrobił! On ma napad. - Usłyszałem zamknięcie drzwi.
- Dlaczego Ty mi to robisz?! - Ryczałem.
- Ile będę musiał Cię przepraszać? - Podszedł powoli.
- NIE DOTYKAJ MNIE! - Walnąłem go w rękę.
- Connor, uspokój się bo jak personel Cie usłyszy, to wsadzą Cię do izolatki.
- Niech mnie stąd zabiorą! Ja tu dłużej nie wytrzymam!
- Przestań! - Obrócił mnie błyskawicznie i unieruchomił.
Byłem cały czerwony od płaczu i ciężko mi się oddychało. Włożył mi inhalator do ust i zaciągnąłem się.
- Wiesz, że przez to możesz się udusić? Nie krzycz w poduszkę nigdy więcej.
- Powiedziałeś, TY, który sie sam okalecza.
- Auć, to zabolało. Ale ja bynajmniej tu jestem, a ty gdybyś jeszcze tak robił przez.. - Spojrzał na zegarek, który miał na ręce. - dokładnie dziesięć minut, to byś już nie zaczerpnął powietrza.
- Może miałem taki plan?
- Nie sądzę.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Nie jesteś typem samobójcy. Nie potrafiłbyś tego zrobić podświadomie. Ja nie mogę. Wiem, że jestem żałosny, ale nie chcę Cię stracić.. - Puścił mnie
- Ale ranisz mnie i nawet nie wiesz, jak bardzo to mnie boli - Usiadłem
- Jak umrę, to nie wiem gdzie pójdę.. Do nieba mnie nie wezmą..
- Przestań już.
- Ostatnią rzeczą, jaką chcę zobaczyć przed śmiercią, to Ciebie. Szczęśliwego.
- Brad! Przestań! Nie umrzesz! Nie ma nawet takiej opcji! - Wtuliłem się w szatynka. Ten, natomiast pogłaskał mnie po głowie.
- Tak cholernie Cię kocham, że nawet nie wyobrażasz sobie jak mocno. - Zaciągnął nosem.
- Nie płacz. Jestem przy Tobie Aniołku.

czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział 24 Pierwszy Dzień Terapii

- Brakowało nam Ciebie i to nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. - Stanęliśmy na środku korytarza.
Loczek złapał mnie za dłonie.
- Bradziu, wszyscy patrzą. - Zarumieniłem się.
- Niech patrzą. Niech wszyscy wiedzą, że jesteś tylko mój. - Musnął delikatnie moje usta.
- O to mi chodziło proszę pana! - Usłyszałem krzyk Daniela. Błyskawicznie oderwałem się od Brada i spojrzałem na doktora Jacka.
- Proszę pana, nie możemy ich rozdzielić, ponieważ wszędzie są zajęte miejsca. A nie chcemy, żeby pacjent się zabił. Mało co by brakowało, żeby nie umarł z pragnienia odkąd zabraliście Connora.
- Proszę mi zrobić tak, żeby nie był już gejem! - Wkurzył się.
Doktor pokiwał tylko przecząco głową. Daniel podszedł do nas. Loczek przytulił mnie mocno.
- Nie wrócisz do domu, dopóki nie przejdą Ci te bzdury! - Zagroził mi.
- Nie ma pan prawa krzyczeć na niego! - Stanął w mojej obronie szatynek.
- Czy ja z Tobą rozmawiam? Nie. Więc nie wtryniaj się w nie swoje sprawy.
- Pan myśli, że kim ja jestem? Debilem? To, że tutaj trafiłem, nie znaczy, że może pan się do mnie odnosić jak chce!
- Wiesz co znaczy, że tutaj trafiłeś? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę jak bardzo chory jesteś umysłowo?!
- Przestań! - Odepchnąłem mężczyznę. - Nie wolno Ci tak mówić!
- Nie jesteście dla siebie stworzeni! Przejrzyj na oczy! Ty jesteś normalny, ja też. On nie. - Wskazał palcem na Bradzia.
- Co z tego, że nie jest normalny? Jest sobą! Za to go kocham. Ciebie nigdy bym nie pokochał.
- Ah tak?
- Tak. Może i trafił tutaj, ale to nie świadczy o tym, że nie zasługuje na miłość. Każdy zasługuje na nią. Rób co chcesz, ale nie wrócę do was jeżeli nie zaakceptujecie ten związek.
- Connor.. przemyśl swoje słowa, czy ty sam siebie słyszysz?
- Bradzio, to mój Aniołek. - Przytuliłem go i pocałowałem w skroń. - Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko. Tylko, żeby był szczęśliwy. Bo jego szczęście, to moje szczęście. Zabranialiście mi się z nim spotykać, a gdyby nie jego przyjaciółki, nie byłoby go już tutaj. Nie wybaczyłbym wam nigdy tego, gdybym już nigdy go nie zobaczył. On.. Ten loczek, ten tutaj dla Ciebie świr, dla mnie cały mój świat. Gdyby nie on, dawno bym zwariował i wylądował w izolatce. Lecz ty i tak powiesz, że mi odbiło. Masz rację, odbiło mi.. na jego punkcie i wiesz co? Mam gdzieś twój dom, twoje pieniądze. Kiedy nie ma go przy mnie, czuję się jakbym nie miał nic. Nie pozwolę, żebyś go obrażał. Jeżeli go jeszcze raz obrazisz, moje wszystkie nerwy wyleją się na Ciebie. A teraz jestem głodny i idziemy na kolację. Na razie.
Co on sobie wyobraża? Myśli, że jak zacznie wyzywać mojego Aniołka, to pójdę z powrotem do jego domu i wiecznie będę niańczył JEGO dziecko?
- Con.. jesteś taki kochany.. - Rozpłakał się.
- Misiu, nie płacz. - Wtulił się we mnie.
- Nikt tak do mnie nigdy nie mówił, dziękuję raz jeszcze za wszyściutko co dla mnie zrobiłeś.
Zaburczało mi w brzuchu.
- Uhm, pójdziemy w końcu na tą kolację? Na prawdę jestem głodny.
- A będę mógł Cię nakarmić? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bradziu, wiesz, że sam potrafię.
- No wiem.. - rzekł smutnym głosem. - Ale tak słodko wyglądasz kiedy masz pełną buzię.
- Taa, a potem nie mogę tego wszystkiego połknąć. - Zaśmiałem się.
Weszliśmy do stołówki.
- Miło Cię znów widzieć Con - Uśmiechnął się James.
- Mi Ciebie też. - Odwzajemniłem gest.
Wziąłem talerz ze swoją porcją. Była jakaś sałatka z sałatą, kapustą, pomidorem, ogórkiem, kukurydzą i jakimś sosem.
Usiedliśmy przy pustym stoliku.
- Brad, ty nie jesz? - Spojrzałem na szatyna.
- Kiedy Cię widzę, odechciewa mi się jeść. - Oparł się dwoma rękoma i patrzył na mnie z uśmiechem.
- No dobra, możesz mnie nakarmić. - Zlitowałem się.
- Jej. - Ucieszył się i zaczął mnie karmić. - Otwórz szeroko buzię. Ups.
Z widelca spadł kawałek sałaty i poplamiła się bluzka od sosu.
- Bradzio. - Zaśmiałem się i zlizałem sos. - Moja bluzka.
- Oj wypierze się. Otwórz buzię skarbie.
- Brad, też to czujesz?
- Pociąg do Ciebie? Owszem - Uśmiechnął się
- Chodziło mi o wzrok wszystkich, którzy są tutaj, a zwłaszcza Klary i Amandy.
- No no no, ja wiedziałam, że naszemu Bradleyowi na Tobie zależy, ale żeby aż karmić? - Przyszła Klara.
- Naszemu? On jest mój. Tylko mój. - Skończyłem jeść.
- Jeszcze tak długo nie siedziałem tutaj. - Rzekł Brad.
- No widzisz, zmieniam Cię.
- Strasznie. - Powiedział to takim tonem, jakby był jakimś zwierzęciem, a ja jego ofiarą.. Zacząłem się bać.
Odłożyłem talerz i wyszedłem na korytarz. Z loczkiem poszliśmy do pokoju trzymając się za ręce.
Chwilę potem dotarliśmy do naszego pokoju.
- Oo a kogo tu przywiało. - Odezwało się.
- Nie miałaś racji. Connor nigdy mnie nie zostawi. Connor mnie kocha. - Przytulił mnie.
- Co ty mu nagadałaś wstrętna żmijo?
- Mówiłam prawdę jaki jesteś. Po co przyjechałeś?
- Bo miałem... drobne komplikacje, a z resztą. Kto Ci pozwolił krzywdzić mojego Bradzia?
- Jasne. Bo sobie zasłużył.
- Nigdy, ale to przenigdy nie pozwolę, abyś mu zrobiła krzywdę! - Wziąłem do ręki gitarę i zamachnąłem się z całej siły. Jak w golfie.
Usłyszeliśmy wielki huk jak spadła ze schodów. Cisza.
- Zabiłeś ją? - Szepnął.
Po chwili usłyszeliśmy wielki ryk, aż zatkaliśmy sobie uszy. Cisza.
- Connor.. Zabiłeś ją? - Powtórzył nieco głośniej.
- Już nigdy mi Ciebie nie skrzywdzi. A teraz musimy iść się wykąpać.
- Racja. - Wyjąłem z walizki pidżamę, żel i szampon.
Niby nienawidziłem tego miejsca, w którym przebywam, ale gdy jest przy mnie Brad, to wszystko wygląda inaczej.
Po dokładnym odświeżeniu wróciliśmy do pokoju. Była niespokojna cisza.
- Brakowało mi tego.
- Czego?
- Tej ciszy i Ciebie. - Przytulił się do mnie i upadliśmy na jego łóżko.
- Bradziu, mam pomysł.
- Co mój Connorek ciekawego wymyślił? - Leżał na mnie.
- Zróbmy tu mały remont.
- Jak chcesz to zrobić?
- Jako tako, że ledwo się mieścimy na jednym łóżku...
- Ty zboczeńcu - Zaśmiał się.
- No co? Nie chcę spadać jak to zwykle mój tyłek, był prawie na podłodze.
- No niech Ci będzie. - Wstał. - To gdzie, co chcesz.
- A ty nie masz zdania?
- Mi dobrze jest nawet spać na podłodze, byleby z Tobą. - Wzruszył ramionami.
- No dobra, to przesuniemy twoje łóżko do mojego, a tą komodę przestawimy na drugą stronę mojego łóżka.
- Dobrze. Zróbmy tak. - Zaczęliśmy przesuwać.
Zajęło to nam około pół godziny. Zmęczyliśmy się i rzuciliśmy się na łóżko.
- O tak, tak jest mi dobrze. - Powiedziałem okrywając się kołdrą, a jednocześnie tuląc się do loczka.
- Mi też. - Objął mnie i pocałował w czoło.
- Kocham gdy całujesz mnie tak. W ogóle kocham gdy całujesz mnie, przytulasz. A nawet jak się ze mną droczysz.
- Ja? Droczyć się? Kiedy. - Zaśmialiśmy się.
- Wiesz co mam ochotę Ci zrobić?
- Jesteś nieobliczalny. Nie wiem.
- To. - Wpiłem się w jego szyję i zrobiłem mu wielką malinkę.
- To łaskocze. - Zaśmiał się.
- Jesteś naznaczony. Jesteś tylko mój.
- A ty mój. - Pocałował mnie namiętnie w usta.
***
Obudził mnie delikatne muśnięcie mych ust.
- Jeszcze chwilkę.. - Mruknąłem przez sen.
- Mój kochany śpioszek. - Przytulił mnie mocno.
Otworzyłem powoli jedno zaspane oko. Po chwili otworzyłem drugie.
- Dzień dobry - Ziewnąłem i uśmiechnąłem się szeroko.
- Mój kotek się obudził. - Pokazał swoje białe zęby.
Usiadłem na łóżku Podrapałem się po głowie.
Czego można chcieć więcej? Budzi Cię twoja miłość i wiesz, że już nic wam nie stanie na drodze do szczęścia.
- Mówiłem Ci już jak działasz na mnie rozczochrany? - Przegryzł wargę.
- Tak, pamiętam. - Schyliłem się i pocałowałem go delikatnie w usta.
- Ubierzmy się podobnie. - Uśmiechnął się i zaczął szperać w mojej walizce.
Wyjął biały T-shirt, Czarne spodnie i koszulę w kratę.
- Masz koszulę w kratkę? - Zapytałem zaspanym głosem.
- Nie, ale zamiast takiej, ubiorę zwykłą czarną. Poza tym mam też takie same spodnie i białą koszulkę.
- Mm Dobra, zgadzam się.. bokserki też mi wybrałeś?
- Tak. - Pocałował mnie w policzek. - Czerwone.
- Niech Ci będzie. - Zaśmiałem się i poszedłem z ubraniami się przebrać.
Kiedy wracałem z pidżamą do pokoju, napotkałem się na McCurdiego.
- Ball, bądź pod moim gabinetem za dziesięć minut z Simpsonem.
- Tak jest.
- Bradziu.. Jack kazał... - Upuściłem z wrażenia swoją pidżamę.
- Ugh, dawno tych spodni nie nosiłem.. trochę mi się wżynają w tyłek..
Spojrzałem na niego raz jeszcze. No ideał. A te spodnie? No, tylko dodawały mu uroku.
- Con, pidżama Ci upadła. - Schylił się i podał mi ubranie.
Objąłem go w pasie i pocałowałem
- Wyglądasz idealnie. - Szepnąłem mu do ucha.
- Connor, mam ciarki. - Zaśmiał się.
- Chodźmy.
- Gdzie?
- Jack kazał nam pójść pod jego gabinet.
- Po co?
- Sam nie wiem, ale chce, żebyśmy przyszli. - Wyszliśmy z pomieszczenia i udaliśmy się w umówione miejsce.
- Cześć chłopcy. - Założył okulary.
- To ty nosisz okulary? - Zdziwiłem się, ponieważ nigdy nie widziałem go w nich.
- Tak.. od pewnego czasu, pogorszył mi się wzrok, cóż przejdziemy teraz do sali, Brad wiesz po co, wytłumacz chłopakowi.
- Do jakiej sali? - Spojrzałem na szatyna.
- No wiesz, dzisiaj twój pierwszy dzień terapii i zobaczysz.
- Terapii?
- Tak, bo widzisz Pan Stelle chce, żebyśmy Cię - zrobił w powietrzu cudzysłów - Wyleczyli.
- A co jeśli nie uda się?
- Jeżeli będziesz uważnie słuchał, to uda się.
Weszliśmy do tej dziwnej sali. Na ścianie z naprzeciwka wyświetlił się ekran.
- No, siadajcie, a ja wam wszystko opowiem. - Podał nam dwa krzesła.
Brad zabrał mi krzesło, więc usiadłem mu na kolanach. Objął mnie.
- Nie, nie, nie! Chłopaki. Możecie siedzieć obok siebie, ale nie na sobie. - Powiedział głośno.
Loczek oddał mi krzesło, ja wstałem i usiadłem obok.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- O jezu, a to co ma być? Lekcja historii? - Spojrzałem na Brada.
- Pomyśl, że codziennie będzie nam to powtarzać.
- Serio? Tylko nie to.. - Załamałem się.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
- Jest. My nią jesteśmy. - Szepnął Bradzio.
- Ty go w ogóle słuchasz?
- Oczywiście, że nie. - Zachichotał cicho. - On tak przynudza, że poczułem się jakbym był w szkole.
- Ja też, na lekcji z wdż, albo historii, albo biologii.
- On myśli, że go słuchamy. Więc udawaj i patrz na niego i kiwaj głową, że niby rozumiem.
- Ale ja to wszystko rozumiem, tylko nie potrafię się odkochać.
- Ja też nie. Nie zmienię orientacji. Poza tym to przyszło nagle. Kiedy Cię zobaczyłem, nie byłem sobą.
- Connor, macie dużo czasu do gadania! Chociaż uważaj, bo przeszkadzasz Bradu. POWINNIŚCIE SŁUCHAĆ CO DO WAS MÓWIĘ.
- Powinniśmy się go bać? - Szepnąłem.
- Raczej nie. On tylko podnosi głos, żeby zwrócić na siebie uwagę, a tak to nie ma się czego bać.
- To olejmy go.
- Nie, lepiej nie. Udawajmy, że go słuchamy, żeby gadał dalej. Im mniej będzie nas upominał, tym szybciej skończy i będziemy mogli stąd wyjść i zająć się sobą.

Rozdział 23 Samotny Miesiąc

                                                             *Brad*
Wyszedł. Zostałem sam. Przyszedł lekarz i zabrał mnie do pokoju. Powoli snułem się po korytarzu. Nie miałem po co tam wracać. Nikt na mnie tam nie czekał. Wszedłem do pomieszczenia. Pustego pomieszczenia. Usiadłem na łóżku. Na łóżku Cona. Czułem ból. Ból psychiczny. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i trzyma je pod kluczem. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Wstałem i podszedłem do szafy. Wyjąłem z niej małe pudełeczko. Wróciłem na łóżko. Otworzyłem pudełeczko. Wyjąłem jego zawartość. Zdjąłem bransoletki. Przyłożyłem przedmiot do nadgarstka i szybkim ruchem przeciąłem skórę. Krew powoli sączyła się z rany. Przełożyłem ostrzę trochę niżej i znów naciąłem skórę. Powtórzyłem tą czynność jeszcze kilka razy. Krew poplamiła pościel. Szybko przekręciłem pościel i wytarłem krew z ręki chusteczką która znajdowała się w pudełeczku. Schowałem wszystko do pudełeczka i odniosłem je na miejsce. Przekręciłem pościel tak aby nie było widać plam krwi. Założyłem bransoletki i położyłem się. Poduszka pachniała Conem. Zasnąłem wtulony w poduszkę.
                                                                  ***
Poczułem, że ktoś szturcha mnie w ramię.
-Connorek jeszcze 5 minut.
-Brad wstawaj! To ja Amanda. - przetarłem oczy.
-Gdzie Connor? Śniło mi się, że go tu już nie ma.
-Brad... To nie był sen... Wczoraj państwo Stelle go stąd zabrali. - usiadłem na łóżku. - Chodź na kolację.
Pociągnęła mnie za rękę. Syknąłem. Pytająco spojrzała na mnie.
-Za mocno złapałaś i bransoletka mi się wbiła.
-Mhm. Mam pytanie...
-Hm?
-Czemu nosisz tak dużo bransoletek?
-Bo je lubię. Wiesz co? Idź sama nie mam ochoty na jedzenie.
-Jak chcesz to mogę ci tutaj przynieść.
-Kochana jesteś Am, ale na prawdę nie jestem głodny.
Stwierdziłem, że rano się umyję, więc przebrałem się i położyłem się na łóżku Connora. Zasnąłem.
                                                               ***
Przez kolejne kilka dni nie wychodziłem z pokoju, nie jadłem, nie piłem. Prawie trafiłem do izolatki, ale Amanda i Klara ubłagały lekarzy, że będą się mną zajmować. I tak było. Codziennie przychodziły do mnie z posiłkiem, siedziały ze mną przez prawie cały dzień. Kiedy one już szły spać ja zaczynałem płakać i zabawiać się z żyletką. Po jakiś 5 dniach nie miałem miejsca na lewej ręce, więc przeniosłem się na prawą. Niestety po jakimś czasie tam też nie było miejsca. Rany przeniosły się na uda. Za każdym razem gdy chowałem  żyletkę przypominało mi się, co obiecałem Connorowi.
-Obiecałeś mu, że przestaniesz. Żałosny jesteś. Już dawno nie powinno cię tu być.
-Zamknij się kreaturo!
-Następnym razem podetnij żyłę i będzie święty spokój.
-Nie mogę!
-Dlaczego?
-Obiecałem Connorowi...
-Tego idioty tu nie ma. - przerwała mi.
-Nie masz prawa go tak nazywać!
 Wyszedłem z pokoju. Długi czas błąkałem się po piętrze. Podszedłem do drzwi pokoju Amandy. Zapukałem.
-Hej Am, dzwonił...
-Nie, przecież wiesz, że jakby zadzwonił to bym ci go dała. - przerwała mi.
-Dzięki. - zamknąłem drzwi i wróciłem do pokoju.
-Zapomniał o tobie.
-Zamknij się. - syknąłem.
-Prawda boli, co?
-Jaka prawda?
-Con tu nie wróci pogódź się z tym.
-Możesz się w końcu zamknąć?! Mam Cię dość!
-On miał Cię dość i Cię zostawił. Już nie wróci. Będziesz zawsze sam. - zacząłem płakać w poduszkę. - Płacz sobie, płacz i tak nikt nie przybiegnie cię pocieszyć.
Zerwałem się z łóżka i odsunąłem łóżko należące kiedyś do Connora. Zacząłem skakać po drzwiach.
-Zam-knij się w ko-ńcu!
-To tak się bawimy... - kreatura kopnęła w drzwi i wylądowałem aż pod szafą.
Przyłożyłem dłoń do skroni. Poczułem coś lepkiego. Krew.
-Mówiłam wam aby ze mną nie zadzierać. To na razie jeszcze nic! - wstałem i przestawiłem z powrotem łóżko.
Nagle do pokoju weszła Amanda.
-Brad! Con dzwoni! Co Ci... - przyłożyłem palec do ust i wziąłem od niej telefon.
-Connor?
-Bradziu!
-Czemu nie dzwoniłeś wcześniej?
-Przepraszam Cię, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce, w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
-No dobrze, już okay.
-Wiesz, - Amanda zostawiła mnie samego. - Nawalam w to dziadostwo wszystkim czym się da, ale ono nie przestaje gadać.
-Deprecha wróciła! Wróciła deprecha. - zmora zaczęła rechotać.
-Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz? - spytał.
-Wiesz, że kiedy słyszę Twój głos od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
-Wyciągnę Cię jakoś stamtąd, Zobaczysz.
-Jak chcesz to zrobić?
-Wszystko w swoim czasie,
-Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
-Bradley, nie teraz, bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
-Z kim jesteś?
-Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie, wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
-Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
-Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
-Serio?
-Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
-Ja Ciebie też, tak mocno. - rozłączył się.
Ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - do środka weszła Amanda.
W ręku trzymała wodę utlenioną, waciki i bandaż.
-Siadaj.
Posłusznie zrobiłem to co mi kazała. Usiadła obok mnie. Polała wodą wacik i zaczęła przemywać mi ranę. Syknąłem. Strasznie piekło.
-Człowieku ja Ty to zrobiłeś?
-Potknąłem się i nie wiem jaki sposobem uderzyłem w szafę. - wzruszyłem ramionami.
-Niezdara z Ciebie.
-Bywa. - owinęła mi bandażem głowę.
-Gotowe.
-Um dziękuje. Idziesz na obiad?
-Bradley Will Simpson sam chce iść na obiad!
-Może coś mi się poprzestawiało jak uderzyłem głową.
-U Ciebie wszystko możliwe.
-Nie no dzięki Am... - wstałem. - Idziesz?
-No idę, idę.
Wyszliśmy na korytarz i udaliśmy się do stołówki. Usiedliśmy przy naszym stoliku.Szybko zjadłem swoją porcję i wyszedłem na korytarz.
-BRADZIO! - ktoś krzyknął.
Odwróciłem się. Ujrzałem Connora.
-O MÓJ BOŻE CONNOR! - podbiegłem do niego. - Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
-Spokojnie EJ, bo wywalisz nas. - zaśmiałem się.
-Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
-Kocham Cię. - wtulił się we mnie.
-Ja Ciebie bardziej. Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
-Nie przesadzaj..
-Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - rozpłakałem się,
-Krwawisz.
-Nie... To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęście moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
                                                                ***
-Dobra koniec tych opowieści Con. Chodź na kolację.
-Mój biedny Bradzio. - przytulił mnie.
-No już dobrze, już wszystko jest dobrze, na prawdę.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś, że ta kreatura Cię zaatakowała?
-Nie chciałem Cię martwić, a teraz chodź na kolację. - złapałem go za rękę i wyszliśmy na korytarz.

środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 22 Szokująca Prawda

Małżeństwo Stelle nigdy praktycznie nie byli w domu. Brali nadgodziny, a ja siedziałem w domu i zajmowałem się Maxem. Widywałem ich tylko na śniadaniu. Tak mijały dni i noce, a nawet tygodnie. Chyba już minął miesiąc. Strasznie tęsknię za moim Bradziem. Nie pozwalano mi jechać odwiedzać go, bo gdzie z trzylatkiem. Mają dobre serca, ale zdaje mi się, że większą część w swoim sercu mają swoją pracę niż nas.
Obudziłem się cały zalany potem. Śniło mi się, że coś złego Mia zrobiła Bradziowi, a ja nic nie mogłem zrobić.
Wstałem i się rozciągnąłem, podwinąłem do góry rolety. Jak każdego ranka, Sarah czytała książkę w swoim pokoju. Zauważyła, że wstałem. Pomachała mi, uśmiechnąłem się do niej i odmachałem.
Z przyzwyczajenia, pierwsze gdzie szedłem, to do pokoju Maxa. Chłopak już nie spał.
- Dzień dobry, głodny? - Uśmiechnąłem się, a blondynek wstał uradowany.
Podszedłem do niego i wyciągnąłem z kojca. Loczek przez miesiąc nauczył się chodzić.. to jest niesamowite, jak szybko się uczy. Jeszcze ma problemy ze schodami, ale jakoś sobie radzimy. Zeszliśmy na dół.
- Dzień dobry śpioszki. - Przywitała nas mama Maxa.
Spojrzałem na zegarek. 10:30
- A wy nie w pracy? - Zdziwiłem się.
- Nie, dzisiaj mamy wolne i zaprosiliśmy również państwo Melben na grillowy obiadek. Przyjdzie także Sarah.
- Miło wiedzieć. - Odpowiedziałem i wsadziłem chłopca na krzesełko do karmienia.
- Słyszeliśmy, że spędzacie ze sobą dużo czasu. - Uśmiechnął się Daniel.
- To tylko przyjaciółka.
- Mhm ponoć pomogła Ci napisać piosenkę.
- Do czego zmierzacie?
- Podoba Ci się?
- Przestańcie. - Zmarszczyłem brwi.
- No dobra, nie męczmy chłopaka.
- Dzisiaj powiem wam coś ważnego przy obiedzie.
- A czemu nie teraz? Skoro to takie ważne.
- Ponieważ wtedy będzie też Sarah ze swoimi rodzicami. - Uśmiechnąłem się i nakarmiłem malca.
Daniel zrobił znaczący ruch brwiami w kierunku swojej małżonki.
Wyjąłem chłopaka
- Max, pokaż im co umiesz. - Powiedziałem zachęcająco.
- Tato, Mamo patscie na mnie. - Powiedział i ruszył do nich zgrabnie z podskokami.
Rodzice byli zachwyceni, bo nigdy nie widzieli, że chodzi, kiedy wracali jak on spał.
Ja w tym momencie poszedłem się ubrać i umyć zęby. Zszedłem na dół.
- Idę na dwór. - oznajmiłem
- Bez brata?
- Chodź, idziemy sie ubrać. - To było już trochę męczące, ale dawało się znieść.
Kilka minut później wyszliśmy na dwór. Skierowałem się na plac zabaw.
Niedawno odnalazłem w swojej kurtce swój telefon z liścikiem od Brada, że zwinął go doktorowi i że mam do niego dzwonić pod zapisany przez niego numer telefonu.
W drodze do zaplanowanego miejsca, wybrałem ten numer z kartki.
- Halo? - Odebrała jakaś dziewczyna.
- Yhm, przepraszam, mogłabyś mi powiedzieć do kogo się dodzwoniłem?
- Do Amandy Sparckle.
- Amanda? Z drugiego piętra?
- Tak.. a kto mówi?
- Connor! - Ucieszyłem się.
- O mój boże! Jak ja dawno Cię nie widziałam! Zaraz zawołam Bradleya.
- Proszę, uczyń to. - Poczekałem chwilkę.
Jeszcze kilka minut i prawie byliśmy na placu.
- Connor?
- Bradziu! - Słysząc jego głos byłem szczęśliwy.
- Czemu wcześniej nie dzwoniłeś? - Miał smutny głos.
- Przepraszam Cie, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
- No dobrze, już jest okej.
- Jak sobie radzicie beze mnie?
- Wiesz, - Było słychać zamknięcie drzwi - Nawalam to dziwactwo wszystkim czym się da, ale ono nadal nie przestaje gadać.
- Deprecha wróciła! Wróciła Deprecha! - Zaczęło się rechotać.
- Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz?
Weszliśmy na plac. Nie było nikogo. Mogłem bez problemu przyglądać się maluchowi i jednocześnie rozmawiać przez telefon, nie martwiąc się, że mi się zgubi.
- Wiesz, że kiedy słyszę twój głos to od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
- Wyciągnę Cię jakoś stamtąd. Zobaczysz.
- Jak chcesz to zrobić?
- Wszystko w swoim czasie.
- Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
- Bradley, nie teraz bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
- Z kim jesteś?
- Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
- Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
- Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
- Serio?
- Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też, tak mocno. - Rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni.
Poszedłem do piaskownicy, gdzie Max przebywał. Wziąłem go z zaskoczenia i zacząłem go łaskotać.
Chłopak zaczął się głośno śmiać. Nagle ktoś mnie przytulił od tyłu. Odwróciłem się.
- Oh, Sarah.. Cześć. - Uśmiechnęła się.
- Plac zabaw? Myślałam, że chłopcy w twoim wieku chodzą po stadionach, imprezach
- Cóż, jestem tu z kimś. - Wskazałem na Maxa
- To słodkie.
- Co? - Otrzepałem spodnie z piasku.
- To jak traktujesz swojego młodszego brata. I ogólnie jakie relacje macie. Mnie mój starszy brat na przykład częściej dokuczał, ale i tak się kochaliśmy, bo więź.
- Rozumiem Cię, lecz nie widziałem nigdy Twojego brata.
- Bo on już z nami nie mieszka. Wyjechał do Australii i ma tam jakieś swoje biuro. Rzadko kiedy nas odwiedza.
- Skądś to znam..
- Jesteś strasznie podobny do Petera.
- Kogo?
- Starszego brata Maxa. - Spojrzałem na chłopca, który robił babki z piasku.
- Możesz mi o nim więcej opowiedzieć na osobności?
Poszliśmy na ławkę niedaleko, żebym obserwował Maxymiliana.
- No więc, państwo Stelle mieli jeszcze jednego syna.
- Mieli? To znaczy..
- Tak właśnie. On nie żyje. Zginął przez obrażenia na ciele.. - Powoli zacząłem rozumieć całe ich to zachowanie.
- Uhm, przykro mi, o to pytać, ale dlaczego mnie wybrali? Może wiesz?
- Nie wiem.. Ale chyba się domyślam. Jesteś bardzo dobry dla innych i kochany, słodki..
- Nie słodź już proszę, bo tak głupio trochę mi.
- Dlaczego? - Pogładziła mnie po plecach.
- Bo to ja powinienem Ci prawić komplementy, a nie na odwrót. - Zarumieniła się.
Mój wzrok powrócił natychmiastowo w stronę małego artysty.  Nagle poczułem delikatne i miękkie usta na moim policzku. Spojrzałem na nią.
- Do zobaczenia na grillu. - Uciekła.
Zaczynam miewać wrażenie, że się jej podobam. 
Spojrzałem na zegarek.
O kurczę, już po 14, a o 15 obiad.
Podbiegłem do chłopaka.
- Max, zbieramy się. Zaraz obiad będzie.
- Pac. - wskazał na rysunek na piasku.
- Co to jest?
- To jetes ty, to ja, to mama, a to tata.
- A to? Kto? - Wskazałem na osobę, która była obok mnie.
- Twój Bladzio. Slyszałem, ze rozmawiales z nim. - Spojrzał mi w oczy z dołu.
Po policzku spłynęła jedna łza. Łza tęsknoty i miłości.
- Kocham Cię młody. - Przytuliłem go i pocałowałem w głowe.
Otrzepałem go lekko z piachu
- Masz piasek w butach?
- Nie.
- To dobrze, chodź musimy się spieszyć.
- Na balana! - Popatrzył błagalnie tymi swoimi oczami.
- No dobra. Niech Ci będzie. - Podniosłem go wysoko do góry i posadziłem go na swoich barkach. - Trzymasz się?
- Tak. - Ruszyłem szybkim krokiem do domu.
***
- No w końcu jesteście! Zaczynałam się martwić.. Na dodatek telefonu nie odbierałeś.
- Przepraszam.. zagadałem się przez telefon i tak jakoś wyszło.
- No już, przebierzcie się umyjcie ręce i chodźcie na taras.
Poszedłem jak kazała. Najpierw przebrałem Maxa.
Po drodze zdjąłem już koszulkę i wszedłem do pokoju.
- O, nie wiedziałem, że jesteś tutaj.. że w moim pokoju.. To znaczy Petera..
- Nic nie szkodzi.. - Podeszła do mnie.
- Coś nie tak?
- Nie.. Po prostu jesteś idealnie zbudowany. Ładna sylwetka.
- Uhm, dzięki. - Podszedłem do szafy, Ubrałem koszulę w kratkę i przebrałem szorty.
Wyjrzałem zza drzwiczek.
- Nadal tu jesteś? - Zdziwiłem się.
- Tak, czekam na Ciebie. - Uśmiechnęła się. Z półki spadło mi na głowę kilka rzeczy.
Nie miałem czasu ich układać, więc wepchnąłem wszystko i zamknąłem szafę.
- Gotowy? - Z jej twarzy nigdy nie znikał uśmiech. Szkoda, że Bradzio tak nie miał...
Poprawiłem jeszcze grzywkę i zeszliśmy na dół, na taras.
- No, przyszli w końcu. Siadajcie. - Zasunąłem krzesło, na które usiadła blondynka. Sam zaś usiadłem obok.
Daniel patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał.
- No więc, chodzicie ze sobą? - Zapytał się ojciec dziewczyny.
- Misiek! Nie pytaj ich teraz, bo zaraz wyskoczy, że będą mieli dziecko. - Zaśmiała się jego małżonka.
- Nie będziemy mieli dzieci. - Uśmiechnąłem się.
- To był żart Connor. - Popatrzyła się na mnie Isa.
- Muszę wam powiedzieć, że wasza córka jest piękna i inteligentna. Pewnie chłopcy ustawiają się do niej w kolejce by dostać całusa. - Zarumieniła się.
- To takie..
- Cii nie skończyłem jeszcze. Chciałbym powiedzieć, że niestety, ale nie mógłbym być z pańską córką.
- Dlaczego? Przecież sam powiedziałeś, że praktycznie niczego jej nie brakuje.
- Owszem, nie brakuje, ale..
- Connoj ma Bladzia! - Krzyknął Max i podbiegł do mnie.
- Co? - Zdziwili się rodzice malca.
- Tak, młody. Masz rację. - Podniosłem go na ręce. - Jestem gejem.
Daniel zaczął się krztusić kawałkiem ugryzionego hot-doga.
Sąsiedzi popatrzyli się po sobie.
- Hahahaha jakie to śmieszne! - Zaczęła się śmiać Isa. - Connor, ty jak powiesz żart, to nie wiadomo czy to na poważnie, czy nie.
- Ale to nie jest żart. - Zapewniłem.
Wszystkich zatkało. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Nagle wstał Daniel z poważną miną i zmarszczonym czołem.
- Skarbie, zabierz od niego Maxa.
- Ale dlaczego?
- Już! - Kobieta posłuchała się i zabrała ode mnie brzdąca. - Traktowałem Cię jak syna, pozwoliłem, żebyś z nami zamieszkał, a ty mi się tak odpłacasz?
- Bycie gejem to coś złego?
- Pakuj się. NATYCHMIAST! - Usiadł z powrotem na krzesło.
Miałem łzy w oczach. Chciałem jak najlepiej.. A on po prostu nie potrafi mnie zrozumieć. Nawet nie chce mnie zrozumieć.
Szybko spakowałem swoje rzeczy wraz z gitarą. Wyszedłem z pokoju. Słyszałem kłótnię.
- Nie możesz go tak po prostu wyrzucić! - Zszedłem na dół.
- Nie wtrącaj się kobieto! Pomyślałaś co to będzie, jak nasz syn podrośnie i jego zgwałci?!
- Nie jestem pedofilem. - Powiedziałem z poważną miną.
W zamian otrzymałem tylko jego zimne spojrzenie.
- Daj mi to. - Wyrwał mi z ręki walizkę - Masz być zaraz w samochodzie! - Wyszedł
- Nie chciałem źle.. Lecz nie mogę kogoś pokochać na przymus.
- Rozumiem Cię.
- Hej, młody. Nie płacz. Bądź silny. Bądź tak silny i wysportowany jak Peter.
- Skąd Ty wiesz? - Poleciały jej łzy.
- Poświęcajcie trochę więcej czasu Maxowi.. Na prawdę. On tego potrzebuje. On potrzebuje rodziców. Nie niańki.
Kiwnęła głową. Przytuliłem ich ostatni raz.
Wyszedłem z domu. Podszedłem do auta. Wsiadłem do niego i zapiąłem pasy.
- Wywieziesz mnie na jakieś odludzie, żebym się wykończył psychicznie?
- W pewnym sensie. - Powiedział obojętnie.
Przełknąłem ślinę. Nie wiem do czego może być zdolny ten człowiek..
Zerknąłem przez szybę na jego żonę, która trzymała malucha. Pomachałem im. Odwzajemnili.
Jechaliśmy w milczeniu. Nawet radio nie chciało się włączyć.
Napisałem do mojej prawdziwej matki sms'a o treści "Nienawidzę was z całego swojego serca".
Chwilę potem odpisała "Przepraszam". Po moich policzkach spłynęły dwie łzy.
- Nie będzie tam aż tak źle. Nie musisz ryczeć.
- Nie z tego powodu.. - Odpowiedziałem smutno.
- To czemu?
- Jak pan by się czuł, gdyby twoi rodzice się ciebie wyrzekli?
- Nie znałem swoich rodziców. - Odpowiedział obojętnie.
- Przepraszam.
- Wiesz co, bardzo Cię lubię. Na prawdę myślałem, że dasz radę być moim synem. Zrobiłem to wszystko dla mojej żony i dziecka.
- Ale ja mam chłopaka. Czemu nie możesz tego zaakceptować?
- Dam Ci ostatnią szansę. - Skręcił w jedną z ulic.
- Serio?
- Tak. Ale jak Ci przejdzie. To wtedy będziesz mógł już wrócić.
- Przejdzie co? - Zatrzymaliśmy się na parkingu.
- Miłość do chłopców.
- Nie da się tak.
- Tutaj są specjaliści. - Wepchnął mnie do środka. - Idziemy do góry.
- Czy ja już nie mogę mieć swojego zdania?
- Nie. Ruchy. - Pospieszał mnie.
- Tutaj?
- Nie, jeszcze jedno piętro. - Powiedział ledwo. - Nienawidzę schodów
- Ja też.
- Idź na góre!
- To chociaż daj mi moją walizkę, będzie Ci lepiej. - Wziąłem swój bagaż i wszedłem na górę po schodach.
Kojarzę skądś to miejsce.. to nie może być....
Otworzyłem drzwi i wszedłem na korytarz.
Ujrzałem Bradzia.
Mojego Bradzia! Jeju płakać mi się chcę. Tak dawno go nie widziałem. Tak dawno go nie przytulałem. Tak dawno nie czułem jego zapachu, dotyku.. jego ust.
- BRADZIO!! - Krzyknąłem na całe gardło, aż mnie zabolało.
Loczek odwrócił się i zaczął coś tam krzyczeć. Po chwili przybiegł do mnie i mocno się przytuliliśmy.
- Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
- Spokojnie EJ bo wywalisz nas. - Zaśmiałem się.
- Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
- Kocham Cię.- Wtuliłem się w loczka.
- Ja Ciebie bardziej, Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
- Nie przesadzaj..
- Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - Rozpłakał się.
- Krwawisz.
- Nie.. To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęścia moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.

Rozdział 21 Nowy "Dom"

Wsiadłem do samochodu, zapiąłem pasy. Pomachałem loczkowi, ale nie odmachał mi, ponieważ wzięli go lekarze. Pojazd ruszył.
Przecież tego chciałem.. Chciałem stąd uciec od początku. Dlaczego mnie to nie cieszy? HALO! Wyszedłem stąd!
- Wiemy o tobie prawie wszystko od lekarza. Może opowiesz nam coś o sobie? - Zapytała kobieta.
- A może państwo pierw mi powiedzą, kim państwo są? Wy o mnie coś wiecie, ja o was nic.
- Ma chłopak rację. - Przytaknął mężczyzna prowadzący auto.
- No dobrze, nazywam się Isabella Stelle, a to mój mąż Daniel. Mieszkamy niedaleko.
- Mam pytanie. - Przerwałem niegrzecznie.
- Tak?
- Dlaczego akurat wzięliście mnie stamtąd, a nie z Domu Dziecka? Dlaczego nie mogłem wziąć ze sobą Brada? Nie stwarzałby problemów.
- Connor, spokojnie. Nie mogliśmy. Ja rozumiem, że jesteście przyjaciółmi..
- Już jesteśmy na miejscu! - Powiedział uradowany Daniel i zatrzymał auto na podwórku.
Odpiąłem pasy, otworzyłem drzwi i wyszedłem z pojazdu. Zaczerpnąłem tego świeżego powietrza.
- No, witaj w domu, słonko. - Pogładziła mnie po ramieniu Isabella.
Myślałem, że śnię.
Ten dom, a raczej willa była jak z innego świata. Widać, że mają pieniądze. Jestem ciekaw, czy za mnie zapłacili.. 
Rozejrzałem się dokładnie. Spojrzałem na uśmiechniętą parę za mną.
- No śmiało, wejdź do środka. - Powiedziała kobieta.
Po ścieżce zrobionej z płaskich kamieni podszedłem pod drzwi. Ciemno brązowe, a klamka złota. Prawdziwego złota. Powoli otworzyłem drzwi. Wszedłem do wnętrza pałacu. Był ogromny!
Nagle usłyszałem wycie dziecka. Wszedłem na górę po rozłożystych białych schodach. Otworzyłem jeden z pięciu pokoi wszedłem do środka.
To był pokój dziecięcy. Cały był w misiach, pluszowych misiach. Ogólnie to cały pokój był taki słodki i bezpieczny dla maluszka. Dziecko ucichło. Przyglądało mi się uważnie. Spojrzałem na małego loczkowatego blondynka w kojcu. Miał szafirowe oczka i czerwone policzki od płaczu.
Przypominał mi mojego Bradzia.. przez czuprynkę. Kucnąłem przed kojcem.
- Cześć. Chcesz wyjść? - Powiedziałem ściszonym głosem.
Chłopczyk odpowiedział powolnym kiwnięciem główką. Na oko miał 3 latka.
- To chodź. - Wstałem, chłopiec wyciągnął do mnie swoje małe rączki, a ja chwyciłem go pod pachami.
Przytulił mnie mocno. Pogładziłem go leciutko po plecach.
- Glodny jestem. - Powiedział szeptem w moje lewe ucho.
Na tę wiadomość wyszedłem z nim z pokoju i udałem się na dół.
- Dobrze, powiedz mi gdzie jest kuchnia? - Trzymałem go mocno.
Odkleił się ode mnie i wskazał mi drogę. Pokierował nas do salonu. Tam siedziała pani tego domu.
- Przepraszam, ale malec mówi, że jest głodny.
- Maxuś! - Odwróciła się nagle. - Ojej wziąłeś go na ręce? To takie kochane. Dziękuję.
Podeszła i zabrała malca.
A więc tak ma na imię.. hm ładnie. Pasuje mu.
- Chodź, pokażę Ci gdzie będziesz miał pokój. - Powiedział Daniel tachając moją walizkę.
- Niech pan mi ją da. - Wziąłem i weszliśmy na górę.
- Obok pokoju Maxa będziesz mieć.
- Obojętnie mi to, na prawdę. - Wszedłem pierwszy.
Zatkało mnie. Miałem normalnie udekorowany pokój. No, raczej nie tak bardzo normalny.. Był udekorowany na sportowo. Były różne trofea. Wziąłem jeden delikatnie i przeczytałem.
XI Mistrzostwa w American Football 
Zajęte miejsce: II
Na drugim natomiast było napisane
Dla Najlepszego przewodnika naszej drużyny footballu
Odłożyłem je z powrotem na miejsce i spojrzałem na mężczyznę stojącego w progu drzwi.
To nie jest pokój dla mnie.. To był wcześniej jego pokój. Nie mogę tutaj tak po prostu przebywać swobodnie, gdzie on zdobywał trofea.
- Ja wiem, że może teraz jest Ci niezręcznie, ale nie mamy innego wolnego pokoju..
- To był pański pokój prawda?
- Nie. - Przełknął gorzko ślinę, odszedł i zamknął za sobą drzwi.
To było dziwne? Jeżeli nie jego, to czyj? Przecież na pewno nie Maxa. Może to jednak jego pokój, tylko, że tak powiedział bo nie chce wracać do tego? Może zdobył jakąś straszną kontuzję po tym i nie chce wspominać porażki?
Zacząłem się rozpakowywać. Szafa była pełna ubrań. Dlaczego?
Wyjąłem jedną bluzkę. Ładna była. Akurat ma mój rozmiar.
Nie powinienem tego robić, no ale..
Założyłem bluzkę. Przejrzałem się w lustrze, które było na wewnętrznej stronie drzwiczek szafy.
Zauważyłem, że nie jestem w pokoju sam. Wystraszyłem się. W drzwiach stała Isa. 
- Przepraszam, nie powinienem... - Ściągnąłem delikatnie bluzkę.
- Nie.. śmiało możesz nosić. Pasuje do Ciebie. - Uśmiechnęła się słabo ze szklanymi oczami. - Obiad jest.
Wyszła i zamknęła drzwi. 
Nie mogę patrzeć jak są smutni.. Niby to obcy ludzie, ale są dobrzy, a dobrzy ludzie nie powinni być smutni. Muszę się wszystkiego dowiedzieć.
Spojrzałem jeszcze na tą bluzkę i zdecydowałem, że ubiorę ją ponownie i zejdę na obiad.
***
Wszedłem do salonu. Daniel wytrzeszczył oczy. Jego żona pogłaskała go po ramieniu i uśmiechnęła się do niego. Nic się nie odezwał.
- Proszę Con, twoja porcja. - Podała mi talerz z pieczonymi ziemniaczkami, jakąś surówką i pulpetami gotowanymi.
- Dziękuję. - Usiadłem przy stole i zacząłem jeść powoli.
- Nie smakuje Ci? - Zapytał
- Bardzo smakuje. - Uśmiechnąłem się.
- Nie widać tego po tobie.. Jeżeli nie smakuje, to może zrobić kanapki?
- Z przyzwyczajenia jem powoli. Na prawdę. Jest bardzo dobre. - małżeństwo skończyło swój posiłek i odstali od stołu.
Dokończyłem jeść sam. Wstałem i umyłem po sobie talerz.
Wyszedłem na podwórko. Zauważyłem jak grają w golfa. Podszedłem się przyjrzeć.
- Hej, zagrasz z nami? - Zaproponował.
- Nie umiem w to grać... - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Spokojnie, nauczę Cię. - Podszedł do mnie i podał mi kij golfowy.
Nie umiałem dobrze odbić piłeczki, żeby poleciała prosto do dołka. Raz za mocno, raz za słabo.
- Kiedyś Ci się uda. - Powiedziała ze współczuciem.
- Ja się tego nigdy nie nauczę. To jest nudne. - Odłożyłem delikatnie kij.
- No dobra, więc co Ty lubisz?
- Poczekajcie chwilkę. - Pobiegłem do domu.
Na szafie widziałem piłkę od nogi. Uwielbiam tą grę. Mógłbym grać w nią od rana do wieczora.
Ściągnąłem piłkę z szafy, przy okazji przebrałem się w krótsze spodnie i wybiegłem z powrotem na podwórko. Było gorąco. 
Akurat się złożyło, że na ich podwórku była dziura niedaleko drugiej. Wbiłem w te miejsca jakieś patyki, żeby to posłużyło jako bramka. Podbiegłem do nich.
- W co będziemy grać? - Zapytała.
- W coś co lubię. - Uśmiechnąłem się szeroko.
Rzuciłem piłkę na ziemię. Będzie świetnie.
- Widzicie, to dwa grube patyki wbite w ziemię? - Wskazałem.
- mhm 
- To tam jest bramka i ten kto strzeli gola to punkt dla niego.
- Ale to chyba trzeba grać na drużyny..
- Będziecie razem, przeciwko mnie. Nie możecie pozwolić abym strzelił do waszej bramki. Musicie ją bronić.
Kopnąłem piłkę. Zacząłem z nią biec.
- Biegnę do bramki! Ty go zatrzymaj jakoś! - Krzyknął Daniel. Był szybszy ode mnie.
- Już go prawie mam! - Krzyknęła kobieta i zaczęła mnie nagle łaskotać.
Zacząłem się śmiać. Przewróciłem się, a kobieta razem ze mną.
- Tak nie można! To nie fair - Powiedziałem ledwo przez śmiech.
Zza żywopłotu przyglądała się nam uśmiechnięta  dziewczyna o blond włosach.
Wstałem, podałem rękę pani Isabelli żeby mogła wstać. Zerknąłem jeszcze raz za żywopłot, nie było już jej.
- To była Sarah. Ładna dziewczyna. - Podszedł do mnie Pan Stelle.
- Też pan ją widział?
- A miałem jej nie widzieć?
- Nie.. po prostu nie wiem czy serio ten psychiatryk mi nie zniszczył wzroku.
- Rozumiem. Wygląda jak anioł, prawda?
- Być może.
- Dzień dobry! Rodzice oddają zapożyczony grill. - Usłyszałem łagodny głosik. Odwróciłem się momentalnie. To była ona, w białej sukience.
- Dziękujemy, słonko. - Rzekła kobieta.
Odwróciłem się i poszedłem wyciągnąć patyki z dołków przeznaczonych do golfa.
- Cześć. - Wystraszyłem się.
- Cześć - Odpowiedziałem badając ją wzrokiem.
- Jestem Sarah. Twoja sąsiadka. - Wyciągnęła do mnie dłoń.
- Connor. - Uścisnąłem i wyciągnąłem drugi badyl. 
- Nigdy nie widziałam, żeby cała rodzina się tutaj śmiała.. mało kiedy grają w coś innego niż golf.
- Serio? To jest nudne. - Uśmiechnęła się pokazując śnieżno- białe zęby.
- Też tak uważam. Do jutra. - Zachichotała i odeszła.
Czy ja się z nią umawiałem? Czemu powiedziała "do jutra"? Może mam ważniejsze sprawy.
Odłożyłem patyki gdzieś pod krzaki. Wziąłem piłkę i poszedłem do domu.
- Skarbie, nie mam siły go myć. 
- On nie chce, żebym ja go kąpała. Poza tym to jest chłopiec. - Kłócili się.
- Nie. Rozumiesz kobieto, że nie mam siły?
- Przepraszam, że się wtrącam, ale rozumiem, że chodzi o Maxymiliana to ja go mogę wykąpać. Z resztą sam potrzebuję kąpieli. - Spojrzeli po sobie.
- Niech Ci będzie - machnęła ręką 
Poszedłem na górę i odłożyłem piłkę na miejsce. Ruszyłem do pokoju malca.
- No młody, trzeba się iść wykąpać. - Wyciągnąłem go z kojca. - Widzę, że masz jeszcze pieluchy, pokaż gdzie pidżama i pieluchy.
Max wskazał na pierwszą szufladę. Otworzyłem ją. Miał cztery różne ubranka do spania. Rozłożyłem je na komodzie.
- Którą wybierasz? - Wskazał na żółtą z dinozaurami. Wziąłem ją a resztę złożyłem i schowałem, przy okazji zabrałem jedną pieluchę i zasunąłem szufladę.
- Idziemy do łazienki. - Powiedziałem i wyszliśmy z jego pokoju.
- Widzę, że znalazłeś. - Rzekła.
- Bez problemu. 
- Nalałam już wody do wanny. Musisz mu włosy też umyć.
- Dobrze. - Wszedłem do łazienki.
Rozebrałem malucha i włożyłem powoli go do ciepłej wody.
- Bąbelki. - Wskazał na żel do mycia.
Nalałem trochę do wody i wymieszałem. Powstała piana. Chłopiec smarował mnie nią po twarzy śmiejąc się.
- Trzeba Ci główkę umyć, wiesz?
- Ale scypie.. - Posmutniał.
- Nie będzie szczypać. Obiecuję. - Wziąłem trochę szamponu dziecięcego do ręki i roztarłem na dłoniach. Potem wtarłem w jego mokre włoski.
- Zamknij teraz oczka. Trzeba spłukać. - Wziąłem dzbanuszek, nabrałem wody z wanny i oblałem głowę chłopca. Kaszlnął
- Hej, nie masz tego pić. - Zaśmiałem się. Powtórzyłem drugi raz tę samą czynność i odgarnąłem mokre włosy z jego twarzy. - Otwórz oczka.
Zrobił jak nakazałem.
- I co? Szczypało?
- Nie. - Uśmiechnął się i oblał mnie wodą.
- Ejejej bo rozlewasz. - Zaczęliśmy się śmiać. - No, już. koniec tego dobrego. Trza wyjść z wanny.
- Cemu?
- Bo Connor też musi się wykąpać.- Wyciągnąłem go z wanny, wziąłem mięciutki, ciepły ręcznik z kaloryfera i wytarłem nim malucha.
- Dobra.. teraz jak się zakłada pieluchy? - Ten maluch był mądrzejszy ode mnie. Wytłumaczył mi o co chodzi.. 
Ubrałem go, nawet na dobrą stronę wszystko. 
- Dawaj głowe tera. - Wytarłem porządnie jego włosy, żeby nie ciekła z nich woda.
Ziewnął głośno. 
- Widzę, że ktoś tu chce spać. - Wziąłem go na ręce i ruszyłem do jego pokoju. 
Nad uchem słyszałem ciche chrapnięcie. 
- Młody, ty chrapiesz? - Włożyłem wykąpanego, pachnącego chłopaka do kojca i zakryłem kołderką.
- Śpij dobrze. - Szepnąłem, zgasiłem światło i wyszedłem.
Teraz czas na mnie.. Eh czuję, że po tej piłce będę miał zakwasy. Dawno nie grałem.
Wlazłem do wanny i dokładnie się umyłem. Potem spuściłem wodę, okryłem się ręcznikiem.
Cholera jasna.. nie wziąłem pidżamy. 
Otworzyłem powoli drzwi. Rozejrzałem się.
Super, nikogo nie ma. Mogę iść do pokoju.
Ubrałem tylko dolną część. Było mi za gorąco, żeby ubrać komplet. Wróciłem się do łazienki, by rozłożyć ręcznik na kaloryferze. 
Rozglądałem się po pokoju szukając mojej gitary. Uchyliłem okno, bo na prawdę było gorąco.
Znalazłem swoją gitarę i zacząłem grać, tworzyłem kolejną piosenkę, którą zapisywałem w zeszycie.
Zatrzymałem się przy jednej zwrotce. Nie miałem pomysłu, żeby co do niej dodać.
Wstałem i odłożyłem delikatnie gitarę. Zerknąłem przez okno. Sąsiadka miała pokój naprzeciwko mojego..
Zaklaskała mi i pokazała kartkę z drukowanymi literami "Pięknie tworzysz"
Zarumieniłem się lekko i szukałem kartki i długopisu. Poszperałem w biurku. Pokazałem jej kartkę z podziękowaniami. W zamian otrzymałem od niej szeroki uśmiech.
Zasłoniłem okno roletą. Zgasiłem światło i poszedłem spać.