wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 9 Gdzie byłeś?

Obudziło mnie światło wpadające przez niezasłonięte okno.
Jak to? Jest już dzień?
Spojrzałem na łóżko Brada. Było puste. Zaczął ogarniać mnie niepokój. W mojej głowie układał się przerażający scenariusz.
Con spokojnie nie dramatyzuj tak, może jest w łazience, a ty wyobrażasz sobie Bóg wie co.
Odchyliłem poduszkę aby wziąć mój telefon. Zmarszczyłem brwi. Moja komórka gdzieś zniknęła.
Ah no tak przecież mi ją zabrali. Ugh... Ja nie jestem uzależniony.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafy. Wziąłem czyste ubrania i udałem się pod prysznic. Na korytarzu były tylko 2 pielęgniarki. Jeszcze nie widziałem pustego korytarza. Zerknąłem za zegar wiszący przy pokoju pielęgniarek. Wskazywał 6.45. Lekko się zdziwiłem. Nigdy nie wstawałem tak wcześnie.
O godzinie 7.14 przekroczyłem próg mojego pokoju.
Czy tak na prawdę jest mój? Jak mogę go nazywać moim pokojem skoro praktycznie nie ma tam moich rzeczy. To, że w nim śpię i przebywam w nim sporą część dnia nie oznacza, że to jest mój pokój.
-Cześć.- z zamyślenia wyrwał mnie głoś mojego współlokatora.
-Brad! Martwiłem się!- rzuciłem mu się na szyję. Mocno się zdziwił, ale odwzajemnił uścisk.
-Jak tam twoja noga?
-Lepiej. Gdzie byłeś?- puściłem go i udałem się w stronę okna.
-Przynieść ci śniadanie?- zapytał kierując się w stronę drzwi.
-Umm... Okay.
Uchyliłem okno. Do pokoju wdarł się przyjemny powiew wiatru. Usiadłem na łóżku i zacząłem masować moją obolałą kostkę.
-Connor co ty robisz?- zawołał Brad podbiegając do okna.- Nigdy nie otwieraj tego okna rozumiesz!?
-Ale dlaczego?
-Nie otwieraj i już.
Loczek położył się na łóżku i znów zaczął czytać książkę. Zacząłem jeść śniadanie.
-A ty nie jesz?- spojrzałem w jego stronę.
-Nie, jedz.- uśmiechnął się.
Szybko zjadłem posiłek i położyłem się. Pogrążyłem się w rozmyśleniach...
Na prawdę nie wiem co zrobiłem nie tak. Czemu oni się mnie wyrzekli? Nie mam już nikogo. Mój przyjaciel pewnie też nie chce mnie znać. Co to za przyjaciel który mnie zostawił? Jestem na tym świecie sam jak palec. 
Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
-Ej Connor co się dzieje?- usiadłem na łóżku. Brad usiadł obok mnie. Zaczął głaskać mnie po głowie.-Cii... Już dobrze nie płacz.
Wtuliłem się w niego jeszcze bardziej. Nie wiem jak długo tak trwaliśmy. Może sekundy, może minuty...
-Już lepiej?- spytał odsuwając się ode mnie.
-Tak, dzięki.
Wstałem z łóżka i udałem się w stronę drzwi.
-Gdzie idziesz?
-Sprawdzić która godzina,bo ci idioci uważają, że jestem uzależniony od telefonu i mi go zabrali.
Loczek wyciągnął rękę i wskazał na coś pomiędzy bransoletkami.
-Ja mam zegarek. Jest 11.26. Jeszcze dużo czasu do obiadu.
Udałem się z powrotem na moje łóżko. Brad rzucił się na swoje i znów zaczął czytać. Położyłem głowę na poduszce i odwróciłem ją w stronę czytającego chłopaka.
-Brad?- spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem. -Jak skończysz czytać tą książkę to pożyczysz mi ją?
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo to nie jest odpowiednia książka dla ciebie.
-A o czym jest?
-Nie ważna, na prawdę nie ważne.
-Brad?
-Co?- dało się wyczuć, że jest lekko wkurzony.
-Gdzie byłeś?
Cisza.
-Brad gdzie byłeś, martwiłem się...
-Nie musiałeś.
-Bałem się, że coś sobie zrobiłeś.- poprawił się na łóżku.- Gdzie byłeś?
Znowu cisza.
-Gdzie byłeś? Może byś mi odpowiedział, bo wychodzę na jakiegoś świra gadającego do siebie.- uśmiechnął się.- To cię bawi? Ciekawe czy będziesz się z tego śmiał.
Wyciągnąłem z pod głowy poduszkę i rzuciłem w niego.
-Ogarnij się. Jeszcze ktoś przyjdzie i będzie przypał.- odrzucił mi poduszkę.
Co go ugryzło? Pewnie wkurzyła go moja "dociekliwość". Ugh.. Gdyby mi za pierwszym razem odpowiedział gdzie był nie byłbym taki nachalny.. On chyba na nie rozumie, że jest dla mnie naprawdę ważny i nie wybaczyłbym sobie jakby coś mu się stało...
Brad to skryty chłopak. Mam nadzieję, że w końcu mi dostatecznie zaufa i otworzy się przede mną. Może staniemy się przyjaciółmi... 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 8 Poznawanie Przyczyn

Nam się zdaje, że to tak łatwo się wszystko zaczyna, tak pięknie gładko, ale jednak coś po drodze idzie nie tak. Wystarczy chwila nieuwagi i można się przewrócić. Nie wszystko idzie jak po maśle.
Lecz przychodzi pewien czas, kiedy musimy powiedzieć sobie głośne, srogie "dosyć".
Od pewnego czasu, zauważyłem u Brada, coraz więcej bransoletek. Nawet fajnie to wygląda. Mam parę swoich. Może nie będzie zły, jeżeli skopiuję jedną rzecz od jego stylu.
Kiedy zakładałem woje bransoletki, wszedł Bradley z moim obiadem. Ze strachu podskoczyłem na swoim łóżku i uśmiechnąłem się słabo do przyjaciela.
- Connor? Co ty robisz?
- Ten no, wiesz.. - Speszyłem się.
Postawił jedzenie na stoliku.
- Ściągaj je migiem. - Spojrzał na mnie wrogo.
- Czemu? - Usiadł obok mnie.
- Ściągnij na chwile. 
Zrobiłem jak kazał. Obejrzał ręce.
- I co ?
- Po co Ci one?
- No bo wiesz.. Nie bądź zły, chciałem tylko je mieć tak jak ty, bo fajnie to nawet wygląda.
- Mhm.. to możesz je założyć. - Uśmiechnął się. - Ale teraz zjedz.
Wstał i skierował się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?
- Do łazienki. - Uśmiechnął się szeroko i wyszedł.
Wstałem z łóżka i szedłem po inhalator, który leżał na zaścielonym łóżku mojego współlokatora. Chwyciłem za moją rzecz i powróciłem na swoje łóżko.
Nagle coś mnie złapało za kostkę. Wypuściłem inhalator i upadłem na podłogę. Z tego szoku, nie mogłem nic z siebie wykrztusić. To coś mnie wciągnęło. Było ciemno.  Nic nie widziałem.. Słyszałem tylko krzyki. A raczej wołanie. Poczułem jak ktoś mnie ciągnie za kostkę.
- Coś ty mu zrobiła?! - Usłyszałem wycie Brada.
- Zamknij się lepiej i go dobij.
- Ty nie jesteś normalna! Jesteś szatanem! Nienawidzę Cie! - Poczułem jak na koszulkę spadały pojedyncze krople.
- Na nic się nigdy nie przydajesz.. Jesteś nikim rozumiesz? Odsuń się, sama go dobiję.
- Nie! - Poczułem znów twardość podłogi. - Jeżeli jeszcze raz przyjdziesz do tego pokoju, w złych zamiarach, to źle się skończy. NIKT, ale to NIKT mi go nie skrzywdzi rozumiesz?! Pytam się czy rozumiesz?
- No rozumiem rozumiem, ale puść mnie już! Bo się poskarżę!
- TY? Ty się poskarżysz? To ja na Ciebie doniosę. Za wszystko co zrobiłaś! Mnie, Conowi i wszystkim tutaj! To ty sprawiłaś, że wszyscy tutaj zostaną dłużej!
- Nie chciałam być sama.. - Głos się przełamał i zaczął się szloch. 
- On przez Ciebie teraz nie kontaktuje normalnie!! Ma otwarte oczy, nie rozumie to co do niego mówie! Nie chce Cie widzieć więcej na oczy!
- Pożałujesz tego.
- Nie! To ty pożałujesz, jeżeli zaraz się stąd nie wyniesiesz!
Po chwili usłyszałem głośny trzask i zaciąganie nosem. Zaraz potem odzyskiwałem wzrok. Przetarłem oczy.
Ujrzałem skulonego bruneta. Płakał cicho i kołysał się w przód i w tył.
Powoli przysunąłem się do Bradleya i go przytuliłem.
- Con? Jesteś cały?! Jezu nie wierze! - Odwrócił się i mocno mnie uściskał.
- Spokojnie, bo mi płuca nie wytrzymają.. - Powiedziałem szeptem z chrypą.
- Poczekaj chwilkę. - Wstał i szybko podniósł z podłogi mój inhalator, po czym podał mi go.
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się do niego i zaciągnąłem się dwa razy.
Już 18? Jak? Kiedy to minęło? Dość szybko zleciał dzisiejszy dzień... 
- To co, dokończysz obiad czy wolisz ciepłą kolację?
- A o dzisiaj na kolacje?
- Tosty - Uśmiechnął się.
- Serio? Od kiedy takie delikatesy są! - Zaśmialiśmy się.
Wstałem szybko i ruszyłem w stronę drzwi.
- Już Cię noga nie boli? - Zdziwił się
- Nie.. Uhm, daj mi to. - Wziąłem od niego talerz z zimnym obiadem i wyszliśmy z pokoju.
Po drodze natknęliśmy się na McCurdiego.
- Widzę, że twoja noga miewa się dobrze, tak jak i ty.. taki radosny, że to aż niepokojące. - Uśmiechnął się.
- Trzeba cieszyć się życiem.
- I dlatego Cię lubię. Lećcie na stołówkę, bo za chwilę znikną tosty! - Zaśmiał się.
Cudem zdążyliśmy na ostatnie cztery tosty. Usiedliśmy przy stoliku, gdzie znajdowali się : Klara, Amanda, Mark i James.
- Cześć wszystkim.
- Widzę, że humor Ci sprzyja Connor. - Powiedział Mark.
- Tak.
- Ale za to komuś już nie.. - Rzekła Amanda i spojrzała na Brada.
- Coś się stało? - Zapytał James.
- Brad. - Szturchnąłem go lekko.
- Co? Ja? Nic, tylko.. zamyśliłem się tylko.. - Wziął gryza zapiekanego chleba.
- Mhm, jasne. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy widzimy Cię w takim stanie.
- Jest dobrze. - Spojrzał wszystkim po kolei prosto w oczy.
- Kłamiesz. - Powiedziała Klara.
- Dajcie mi święty spokój! - Wstał i wyszedł z sali.
Dokończyliśmy jeść w milczeniu. Wstałem i zaniosłem swój talerz do okienka, na brudne naczynia.
Ktoś mnie klepnął w ramie. Odwróciłem się.
- Tak?
- Zanieś to Bradu i rozchmurz go trochę.
- Jasne, dzięki Amanda. - Uśmiechnęła się do mnie.
Wyszedłem ze stołówki i poszedłem korytarzem do mojego pokoju.
Wszedłem po cichu. Lokowaty leżał w swoim łóżku. Podszedłem i usiadłem na brzegu.
- Hej, przyniosłem Ci nie zjedzoną kolację.
- Nie jestem głodny.
- E, co się stało? Brad.. - Pogłaskałem go po ramieniu.
- Proszę Cię, nie rób mi tak.
- Dlaczego?
- Bo.. no bo.. Nie ważne. Nie rób mi tak.
- To powiedz mi co się stało?
- Nic. Zajmij się sobą. Proszę.
- No dobra, jak chcesz.
Dlaczego nie pozwala mi się dotykać? Co się stało? Jeszcze godzinę temu się przytulaliśmy, a teraz nie chce nawet dotknięcia po ramieniu? Co tu nie gra..
Poszedłem wziąć prysznic. Gdy wróciłem, wskoczyłem na swoje łóżko. Spojrzałem jeszcze raz w stronę Bradleya.
Dobrze, że chociaż zjadł kolację. Jutro musimy porozmawiać.
Zakryłem się kołdrą i zgasiłem światło.
- Dobranoc Brad..
Nie odzyskałem odpowiedzi i usnąłem.
Usłyszałem jak coś padło na podłogę. Otworzyłem szybko zaspane oczy.
- Brad?
- Ta, dzień dobry.
- Co tam chowasz?
- Nic ważnego..
- Brad martwię się o Ciebie i nie tylko ja. Pokaż mi to. - Wstałem z łóżka.
- To zwykła szkatułka. - Pokazał i szybko schował.
- Pokaż mi to! - Chwyciłem za pudełko.
- Nie, Connor zostaw proszę! - Zaczęliśmy szarpać drewnianą szkatułkę.
- No pokaż mi! Co Ci szkodzi!
- Dużo szkodzi!
- Martwimy się!! - Wyrwałem mu z rąk i otworzyło się pudełko. Przy okazji wywaliłem się na podłogę.
- No nie. - Zaczął po kolei zbierać małe przedmioty.
- Brad... - Obejrzałem się wokół siebie, na podłodze.
- Taki jest efekt, jak się nikt mnie nie słucha.
- Ale Brad! Tu są wszędzie żyletki! Co to ma znaczyć?
- Pomóż mi to zbierać, a nie.
- Bradley.. nie mów, że..
- Nic na ten temat nie będę Ci mówił. Daj mi to pudełko. - Wsypał część żyletek.
- No dobra, ale po co Ci ich aż tyle??
- To już moja sprawa. Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz..  - Wsypałem kilka żyletek.
- To już wszystkie? Nie ma nigdzie?
Wstaliśmy i szukaliśmy wzrokiem po podłodze.
- Nie, nie ma już.
- To dobrze. - Zamknął szkatułkę, wyciągnął ze spodni małą kłódkę i zapiął ją na drewnianym pudełku.
- Ani słowa jasne?
- No nie wiem..
- A z resztą. Mów. Pójdę do izolatki bynajmniej.
- Ej nie.. Dobra, nie powiem.
- Mam nadzieję. - Wyszedł z pokoju.
No i znowu spaprałem sprawę. Mogłem go zostawić w spokoju.. Nie chcę stracić też i jego.. Co ja zrobiłem? 
Przebrałem się szybko w normalne ubranie. Rozczesałem włosy i wyszedłem z pokoju.
Usłyszałem śmiechy z pokoju obok. Drzwi są otwarte i zajrzałem do środka. Była tam Amanda ze swoimi koleżankami. Zapukałem.
- Proszę! - Krzyknęła jedna z dziewczyn.
- Cześć dziewczyny..
- O mój boże! - Dwie z nich zaczęły piszczeć, szeptały i śmiały się do siebie.
Podrapałem się z tyłu głowy
- Coś się stało Connor? - Zapytała Amanda.
- A nic.. tak przyszedłem. Chciałem z kimś pogadać.
- O jezu, chciał z nami pogadać! - Krzyknęła dziewczyna z tyłu.
- Jak macie na imię?
- Rose.. - Zarumieniła się.
- Alice.
- A ty? - Usiadłem obok smutnej szatynki.
- Ja? - Powoli podniosła głowę.
- Tak, ty
- Jane..
- Miło mi was wszystkie poznać - Uśmiechnąłem się.
- Connor chodź ze mną. - Pociągnęła mnie za rękę Amanda.
- To, do zobaczenia - Wyszliśmy z pokoju.
- Co się dzieje z Bradem?
- Nie wiem..
- Nie pytałeś się? O, idzie. Brad! Braad!! - Pobiegła za nim.
Może z nią normalnie porozmawia, ja zatem wrócę do dziewczyn.. może powiedzą mi coś o sobie. Muszę z kimś normalnie i na spokojnie porozmawiać.
Wróciłem do pokoju.
- Conor! Ej bo wiesz...
- Tak Alice?
- Rose ma Ci coś do powiedzenia!! - Zaśmiała się.
- Nie prawda!
- Prawda!
- O co chodzi?
- Jane sie w tobie zakochała! - Krzyknęła Rose.
- A nie ty? - Popatrzyła na nią Alice.
- Nie! Jane. - Zaśmiała się. - A ty, Alice chodź ze mną.. Muszę Ci przywalić.
Zdziwiłem się..
- Ale za co?
- Za to, że prawie się skapnął idiotko. - Wyprowadziła ją za drzwi.
Podszedłem do Jane.
- Wiesz.. Nie tak wyobrażałem sobie rozmowy..
- To się przyzwyczaj, bo one takie są. A tak a pro po wierzysz im?
- Nie za bardzo.
- Tak trzymaj.
- Jak tutaj trafiłaś? - Milczała. Lecz po chwili się przełamała.
- Na pewno chcesz wiedzieć?
- Tak. Muszę z kimś porozmawiać.. Bo chcę tutaj wszystkich poznać.
- Nie poznasz tutaj wszystkich.
- Dlaczego ? - Usiadłem obok niej.
- Ten budynek ma kilka pięter i na wszystkich piętrach są ludzie a w dodatku są także izolatki.
- No dobrze, no to z tego piętra chciałbym poznać.
- Co chcesz konkretnie o mnie wiedzieć?
- Z jakich przyczyn się tutaj dostałaś?
Podwinęła rękawy. Na jej rękach widniały blizny. Nie dało się ich wszystkich zliczyć. Jedna na drugiej.
- Raz na lekcji w-fu nauczyciel zauważył kilka kresek.. i mnie wysłał do psychologa. Później zaczęłam robić tego więcej i w końcu rodzice się dowiedzieli i wysłali mnie tutaj.
- Nie widziałem Cię wcześniej..
- Nie wychodzę praktycznie z pokoju..
- Rozumiem.. Nie boli Cię to? - Wskazałem na blizny.
- Nie... Już nie.. Za pierwszym razem, troszkę szczypało, ale też zależy jak mocno się ciąłeś.
- A jak mocno się cięłaś?
- Wystarczająco mocno, żeby mi lżyło.
- Dlaczego zaczęłaś to ?
- Nie wytrzymywałam już psychicznie.
- Coś się stało?
- To już moja prywatna sprawa...
- Szanuję to. Cóż, miło mi się z tobą rozmawiało.. Idziesz na obiad?
- Na obiad?
- Tak.. wiesz, jedzenie na stołówce i te sprawy.
- W sumie, pierwszy raz będę tam jadła z kimś.
- Chodź. - Uśmiechnąłem się i podałem jej rękę by wstała.
Wyszliśmy z pokoju i ruszyliśmy na stołówkę. Usiedliśmy razem przy stoliku i zaczęliśmy jeść i rozmawiać ze sobą.
- Nie przeszkadzam wam? - Powiedziała zdenerwowana.
- Klara? - Popatrzyłem to na nią, to na Jane. - Wiesz.. już kończymy jeść..
- Nie ma sprawy. A z Tobą sobie jeszcze porozmawiam. - Popatrzyła wrogo na szatynkę.
- Pokłóciłyście się?
- Jest zazdrosna..
- O co ? - Zaśmiałem się.
- O Ciebie.
- Co? - Odłożyłem jedzenie. - Jak to?
- No tak to. Nie widziałeś, jak wcześniej cały czas latała za Tobą? Mam z nią pokój. I zawsze gdy przychodziła, był wiecznie jeden i ten sam temat o Tobie, jaki to jesteś najlepszy i wgl.
- Ja? Najlepszy.. nie określiłbym tak siebie..
- No widzisz.. Wiesz co, nie mam ochoty na jedzenie.
- W sumie ja też już nie przełknę. Daj. - Wziąłem swój talerz
- Ej, nie jesteś służącym. Umiem zanieść talerz.
Zanieśliśmy talerze i wyszliśmy stamtąd.
- Cały czas byłeś za ścianą?
- Bywa.. - Zaśmiałem się i wszedłem do środka swojego pokoju.
- To do jutra.
- Cześć.. - Zamknąłem drzwi.
- Znalazłeś nowego przyjaciela widzę..
- Brad? Co ty gadasz?
- Jeżeli nie chcesz, byśmy się przyjaźnili, to powiedz.
- Nie prawda! Chcę! Ale ty..
- Co ja? Nie odpowiadam Ci?
- Stajesz się szorstki wobec mnie.. - Poszedłem usiąść na swoje łóżko.
Spojrzał na mnie. W tej chwili czułem pustkę. Czuję, że z każdą chwilą tracę wszystkich po kolei, na których bardzo mi zależy. Spojrzałem na niego. Kierował się ku drzwiom.
- Brad.. - Zatrzymał się.
- Nie chcę Cię stracić.. Ty jeden mnie rozumiesz.. - Po moich policzkach pociekły słone łzy.
- Nie płacz.
- Czemu?
- Bo krwawisz.
- Jak to? Przecież..
- Łza, to też krew, lecz z duszy nie ciała. - Wyszedł z pokoju.
Siedzę teraz tak sam, w ciemnościach i głuchej ciszy.. zastanawiam się nad wszystkimi czynami, które zrobiłem, nad wszystkimi błędami, które popełniłem.. Ile ludzi zraniłem, a ile mnie zraniło.. Gdyby inni wiedzieli, co się dzieje u mnie w środku, musieliby usiąść i się rozpłakać. 
Niektórzy ludzie potrafią doprowadzić Ciebie do płaczu prawda?
Cóż, ludzie bagatelizują często Twoje smutki i problemy, ponieważ Ty na pewno dasz sobie radę

często chciałbyś mieć kogoś kto Cię zrozumie, z kim będziesz mógł pogadać tak jak inni mogą z Tobą.
Jesteś silny, cholernie silny, ale czasem to powoduje, że czujesz się słabo.

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział 7 Gorszy Dzień

Zastanawiam się, co ja takiego zrobiłem.. Może jak byłem mały, coś złego zrobiłem i już wcześniej nie uznawali mnie za swoje dziecko? Nie wiem.. A może za to, że tutaj trafiłem ? Nie wiem .. Najbardziej zabolało mnie zachowanie matki.. Zawsze była pomocna, łagodna a przede wszystkim wyrozumiała wobec mnie..
Obudziłem się. Wstałem z łóżka. Szedłem w stronę drzwi, lecz w połowie drogi potknąłem się o coś i upadłem z wielkim hukiem.
- Connor ? Już nie śpisz? - Obudził się Brad.
- Nie.. - Syknąłem z bólu.
- Ej, wszystko dobrze ? - Wstał z łóżka.
- Nie.  Nic nie jest dobrze. Cholera jasna, kostka mi spuchła.
- Poczekaj tu. - Wstał i wybiegł z pokoju.
- Jasne.. zostaw mnie samego... Co mi tam. - Chwilę później przybiegł Brad z lekarzem.
- Connor, co się stało? - Zapytał McCurdy.
- No nic takiego..
- Brad powiedział, że to poważne, więc mów. - Kucnął przy mnie. - Wstawaj.
Chwyciłem za jego dłoń i próbowałem wstać, ale noga strasznie mnie zabolała.
- No, usiądź na łóżku i pokaż nogę. Widzę, że jest spuchnięta.. Masz stłuczoną kostkę.
- Może pan jaśniej ?
- No, nie musimy nakładać gipsu, tylko wystarczy żel i bandaż.
- Mhm, to jak nasmaruje to, ból minie ?
- Tak, ale oczywiście nie tak od razu.
- Rozumiem..
- Poczekaj tu na mnie. - Powiedział lekarz. Wstał i wyszedł z pokoju.
Dziesięć minut później przyszedł z tym żelem i bandażem, jak mówił.
Poczułem chłód, kiedy rozsmarował mi żel. Wyjął z woreczka bandaż i owinął nim moją kostkę. Po chwili z chłodnego miejsca, naszła fala przyjemnego ciepła.
- Miałeś już wcześniej naruszaną kostkę? - Zapytał Jack
Relaksowałem się ciepłem wydobywającym się spod opatrunku. Położyłem się na łóżku z zamkniętymi oczami i zasnąłem.
Powoli miałem już tego serdecznie dosyć. 
Czego ? Hm, wszystkiego. Moje życie składa się z tysiąca nieszczęść. Czasami dziwię się samemu sobie, ile już wytrzymałem i nic sobie nie zrobiłem.. Niektórzy mnie za to podziwiają. Ale jeszcze nie dzisiaj, jeszcze nie teraz.
Jestem pełen nadziei na lepszy czas, na lepsze jutro.
- Con, otwórz oczy. - Poklepano mnie po ramieniu.
Przetarłem oczy i poczekałem pięć sekund, aż będę widział normalnie. Usiadłem ociężale.
- Nie jesteś czasem głodny ? - Na moim łóżku siedział uśmiechnięty Brad.
- W sumie.. Czemu by nie. - Wziąłem od niego talerz z sałatką. Lubianą przeze mnie sałatką.
- Smacznego. - Poszedł na swoje łóżko.
- Dbają o naszą figurę, że jest sałatka na śniadanie?
- Twoje późne śniadanie. - Uśmiechnął się.
- Widzę, że humor Ci dopisuje. - Spojrzałem na niego.
Nagle jego promienny uśmiech gdzieś zniknął. Czyżbym coś złego powiedział? Przepraszam.. Nie chciałem. Kiedy on się uśmiecha, ja uśmiecham się od środka. Ale teraz, kiedy już nie widzę jego białych zębów, nastała szarość.
Zaczął kontynuować czytanie swojej książki, na wcześniej zaznaczonej stronie. Natomiast ja, już zjadłem swój posiłek.
- Irytuje mnie ta cisza. - Odłożyłem talerz na stolik.
- Myślałem, że się do niej przyzwyczaiłeś..
- Jeżeli nadal będziesz czytał swoją książkę, a ja patrzył na Ciebie, to zacznę gadać do ścian. - Wstałem z łóżka.
- Co robisz? - Spojrzał na mnie.
- A nie widać? Wychodzę. Nie mam zamiaru ogłupieć.
- A jest Ci tu źle?
- Tak! Bardzo źle! Ja tu nie wytrzymuję z tobą! A teraz daj mi wyjść w spokoju.
- Daleko nie zajdziesz z tą nogą. - Wskazał na zabandażowaną nogę.
- A może i zajdę! - Doskoczyłem na jednej nodze do drzwi i wyszedłem trzaskając.
Powoli mnie wkurza. Czy on nie ma potrzeby rozmawiania z kimś? Szału dostanę! Nie mogę wiecznie siedzieć w tym cholernym milczeniu! Albo niech mnie przeniosą do kogoś innego. Mógłbym spać nawet na podłodze, byle tylko z kimś, kto porozmawia trochę. Nikt nie chce ze mną rozmawiać.. 
Skakałem w stronę gabinetu mojego doktora. Po kilku takich dłuższych skokach, zmęczyłem się i zaczęła mnie pobolewać noga. Wróciłem się troszkę i usiadłem na krzesełku, akurat przed moim pokojem.
Wyjąłem z kieszeni telefon i zacząłem szperać w grach.
- O, kogo ja tu widzę. Nie powinieneś być w łóżku? Chyba rozmawiałem na ten temat z Bradem.
- Nie obchodzi mnie to, o czym pan rozmawiał z nim.
- Wiesz, od dłuższego czasu obserwuję Cię i mnie to niepokoi.
- Mnie też, skoro dowiaduję się co pan robi.
- Nie myślimy o tym samym Connor. - Zabrał telefon z moich rąk.
- Co pan.. ?
- W tym jest problem.. - Podniósł do góry moją cenną rzecz.
- Proszę mi oddać.
- Nie chłopcze..
- Proszę mi oddać telefon w tej chwili!
- Nie podnoś na mnie głosu. Nie, nie dostaniesz go, bo jesteś uzależniony od niego.
- Ja? Uzależniony?
- Tak, gdzie Cię nie zobaczę, grasz na telefonie.
- To nie prawda!
- Connor, nie kontaktujesz normalnie ze swoimi rówieśnikami.
- Ja? Ja nie kontaktuję?! A jak on czyta wiecznie swoją książkę i nie odzywa się do nikogo, to jest dobrze tak? - Wstałem wkurzony
- On, czyli kto?
- Mój współlokator. Tego oczywiście pan nie zauważył bo po co. Tylko wiecznie każdy widzi we mnie czyste zło. Wszyscy są normalni, tylko ja jestem przygłupem tak? Czy nie tak pan uważa?
- Connor posłuchaj.
- Nie, niech teraz ktoś mnie uważnie posłucha. Ja nie wiem za kogo jeszcze mnie uważacie w tym szpitalu, ale wiem jedno, ja albo popełnię tutaj samobójstwo, albo wypuścicie mnie stąd. Ja tu nie pasuję! To jest jedna wielka pomyłka!
- Connor! - Zerwał się na równe nogi. Wszyscy powychodzili ze swoich pokoi by zobaczyć co się stało, że lekarz wrzasnął.
- Co?
- Książka kształci. Telefon nie. Takie jest moje ostateczne zdanie na ten temat. - Odszedł do swojego gabinetu.
No świetnie. Nie mam telefonu. Bo co? Bo stwierdził, że jetem uzależniony.. Nie no super. Tylko tego brakowało. 
Z drugiej kieszeni wyciągnąłem swój inhalator i zaciągnąłem się nim dwa razy.
Spojrzałem na te plastikowe urządzenie. Zacisnąłem pięść na nim.
- Pieprzone płuca! - Rzuciłem z całej siły w ścianę. Roztrzaskał się na kawałki.
Usiadłem zrezygnowany ponownie na krzesełko. Z opuszczoną głową siedziałem i rozmyślałem.
Ktoś usiadł obok mnie. Podniosłem głowę do góry.
- Masz rację. - Szepnął.
- W końcu ktoś to zauważył. - Wbiłem swój wzrok ponownie w podłogę.
- Nikt ze mną nie wytrzymuje. Jestem gównem, który uprzykrza życie innym. - Załamał mu się głos.
Spojrzałem mu w oczy. On zaś odwrócił wzrok, wstał i odszedł.
No i znowu. Znowu wychodzi na to, że ja tu jestem wszystkiego winien! Znowu zostałem sam.. 
Siedziałem jeszcze tak z jakieś kilka minut.
- A co to za rozwalanie rzeczy chłopie? - Przyszła pielęgniarka.
- Szybki ma pani zapłon.. - Powiedziałem znudzony.
- Twoi rodzice za to zapłacili! Powinieneś to uszanować!
- Nie mam rodziców.
- Wiesz co, nie wiem co takiego nabroiłeś, ale pierwszy raz pan McCurdy tak krzyknął.
- Krzyknął? On wrzasnął. - Spojrzałem jak zbierała szczątki inhalatora.
- Ja idę z nim porozmawiać. Może coś da się zrobić z tym. - Pokazała kawalątki mojego urządzenia.
- Mhm, jasne. - Wstałem.
- Okaż jakąś chęć do tego życia!
- Przepraszam bardzo, do czego? Pani nazywa to siedzeniem w tym miejscu życiem? Nie wiem co pani bierze, ale nie myśli panie racjonalnie. - Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi do pokoju.
Wszedłem do jego wnętrza, ujrzałem leżącego bruneta. Nie czytał książki..
 Doskoczyłem do swojego łóżka. Usiadłem powoli na nim i westchnąłem ciężko.
- Co jest we mnie nie tak? - Zarzucił smutnym głosem lokowaty.
- Czemu tak uważasz, że jest coś z Tobą nie tak ?
- Mój poprzedni współlokator powiesił się przeze mnie.
- Co? - Zatkało mnie.
On chyba nie mówi poważnie.. Nie chcę nawet wiedzieć dlaczego to zrobił.. A jeżeli on też doprowadzi mnie do tego? Nie chcę tak skończyć..
- Ej.. - Wstałem ze swojego łóżka i poszedłem usiąść na jego. - Nie przyjmuj tego wszystkiego co mówię do siebie.. Czasem coś mi pójdzie o jedno słowo za dużo, ja tego nie kontroluje. Wiesz przecież..
- Ale wtedy wiem, co o mnie myślisz.
- Nie prawda.
- Prawda! - Usiadł gwałtownie.
Do pokoju weszła niespodziewanie pielęgniarka i podeszła do nas.
- Proszę. Mam nadzieję, że będziesz szanował. - Dała mi do ręki nowy inhalator i odeszła.
Stanęła w drzwiach.
- A tak a pro po to już obiad moi drodzy.
- Mhm zaraz. - Przemacałem dokładnie opuszkami palców każdy milimetr nowego sprzętu.
- "Mam nadzieję, że będziesz szanował" , co się stało z poprzednim?
- Nie ważne.. - Zaburczało mi w brzuchu.
- Poczekaj tu, ja zaraz przyjdę z obiadem.
- No ok. To weź ten talerz z sałatki. - wskazałem na talerz leżący na moim stoliku nocnym.
- Dobra. - Wziął naczynie i wyszedł z pokoju.
___________________________________
Przepraszam wszystkich za nieobecność
ale dużo się u mnie działo..
zbyt dużo.
Kto został ze mną ? = komentarz ;)

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 6 Pierwsze Badania

Nie przypuszczałem, że wczoraj mogło być tak przyjemnie, poznać nowe osoby.. W sumie, to nawet i dobrze, że kogoś poznałem. I to dzięki Bradowi.. Zastanawiam się ile przetrwamy razem.. Mam nadzieję, że wieczność.
Kiedy sobie smacznie spałem, usłyszałem w pewnym momencie płacz. Taki zwykły cichutki płacz..
Otworzyłem zaspane oczy i przetarłem je. Rozejrzałem się po pokoju.. Brad spał w swoim łóżku.
- Brad.. śpisz? Ktoś płacze na korytarzu.. - Szepnąłem.
Nie odpowiedział mi nic, tylko przewrócił się na drugi bok. Wstałem z łóżka,  w pokoju było ciemno. Praktycznie nic nie widziałem. Wyciągnąłem ręce do przodu, szedłem do przodu i szukałem rękoma klamki od drzwi. Trafiłem i nacisnąłem lekko. Powoli i po cichu otworzyłem drzwi. Wyjrzałem ostrożnie głowę zza drzwi. Rozejrzałem się po korytarzu.
Gdzie są dyżurujący lekarze? Ponoć mają wszystkich pilnować.. Nikogo tu nie widzę, ale jednak słychać wyraźniej, że ktoś płacze. Spojrzałem na zegar, który wisi na jednej ze ścian. Zatrzymał się na godzinie 3:00 
Hm, może ten zegar akurat nie chodzi?
Szedłem wzdłuż długiego korytarza.. Zaczęły migać światła.
Powinni wezwać elektryka...
Dochodziłem do zakrętu. Zawahałem się czy dalej iść, czy nie. Kogoś płacz, był już bardzo wyraźnie słychać. Po chichu stawiałem małe kroki. Za zakrętem, ujrzałem dziewczynę w blond włosach, skuloną, płaczącą, która siedziała na podłodze.
- Klara? - szepnąłem. Odwróciła głowę w moją stronę.
- Odejdź, proszę. - Powiedziała dławiąc się łzami.
- Dlaczego? Co się stało? - Podszedłem do niej bliżej i kucnąłem.
- Nie chcę, abyś widział mnie w takim stanie.
- Powiedz, co się stało.
- Co Ci mam mówić.. wystarczy, że na mnie spojrzysz. Jestem obrzydliwa.
- Nie prawda..
- Wiem, co mówię! Z obrzydzeniem patrzę na siebie w lustrze. Jestem gruba!
- Co ty opowiadasz? Przecież tobie widać kości!
- Uwierz mi, wiem co mówię. Nie rozumiesz mnie.. Nikt mnie tu nie rozumie.
- Dużo jest takich jak ty. Nie jesteś sama..
- Jestem sama.
- Eh, ciężko się z Tobą rozmawia.. Nie jesteś. Dużo pewnie osób Cię kocha za to, jaka jesteś.
- Nikt mnie nie kocha.
- Wiesz.. Cały świat nie musi Cię kochać. Wystarczy, że kocha Cię jedna osoba. Dla niej jesteś całym światem. Miej gdzieś co mówią inni na twój temat. Widzę, że masz problemy z zaakceptowaniem siebie..
- Nie prawda, po prostu mówię prawdę o sobie.
- Okłamujesz samą siebie Klaro.. Chcesz się pozbyć tego wszystkiego? Tych wszystkich kompleksów?
- Chcę.. ale nie potrafię.
- Próbowałaś?
- Tak..
- Spróbuj jeszcze raz.. Ale tym razem ja Ci pomogę. Okej?
- Jesteś kochany, dziękuję. - Przytuliła się do mnie i wylała resztę swoich łez na moją koszulkę.
- Gdzie jest twój pokój?
- Nie chcę tam iść.. Dziewczyny w nim, mnie dobijają. Krzyczą na mnie.. wyśmiewają..
- Mówiłaś to komuś?
- Tobie. - Spojrzała na mnie swoimi zapłakanymi oczami.
- Musisz komuś to powiedzieć. Inaczej ja to zrobię.
- Nie, proszę.. one nic złego nie robią.
- Mhm.. Chodźmy do pokoju. - Wstałem i podałem jej swoją dłoń.
Chwyciła za nią i pomogłem jej wstać. Objąłem ją jedną ręką.
- Będzie dobrze. Tylko nie płacz już. - Wyjąłem z kieszeni chusteczki i dałem jej jedną.
- Dziękuję. - Otarła łzy i wydmuchała nos.
Rozejrzałem się wszędzie i ruszyliśmy. Światło od jakiegoś czasu przestało mrugać i świeciło normalnie.
Kiedy dotarliśmy do mojego pokoju, spojrzałem na ten sam zegar na ścianie.
Hm, to dziwne.. Nadal jest na godzinie 3:00, może baterie się wyczerpały? Eh, nie ważne..
Weszliśmy do mojego pokoju.
- Connor, gdzieś ty był? Klara? Co ty tu.. - W pokoju siedział Brad na swoim łóżku przy włączonym świetle.
- Chciałem Cię obudzić..
- Nie Brad, to moja wina. To przeze mnie.. - Jej głos ucichł.
- Dobra, zadam wam pytanie.. Co wy robiliście razem? - Zrobił wielkie oczy.
Zaśmiałem się.
- Ty zboczeńcu. Na pewno nie to, o czym myślisz.
Klara usiadła na moim łóżku. Po chwili położyła się i walnęła ręką o moją gitarę.
- Co to? - Wyciągnęła instrument. - Grasz? - Zatrzepotała rzęsami
- No.. tak. Gram, ale nie mam aktualnie tekstów, ponieważ.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Kate tu była i podarła jego zeszyt. - Powiedział Brad.
- Nie! - Krzyknęła, wstała i wskoczyła na łóżko bruneta i przyłożyła mu dłoń na jego ustach. - Nie. Wymawiaj. Tego. Imienia. Nigdy.
- Dlaczego? Pokłóciłaś się z nią? - Obydwoje zrobili na mnie wielkie oczy. - No co?
Popatrzyli się na siebie. Powoli podeszła do mnie blondynka.
- Ona, jest nawiedzona. - szepnęła. Zacząłem się śmiać.
- Że co proszę? To są jakieś jaja?
- To nie jest śmieszne. - Spoważniała.
- No dobra.. Ale to jest tak na 100%?
- Nie wiadomo.. Lecz wszyscy tak gadają.
Dobra, to już nie są przelewki.. A tym bardziej, już nie jest śmieszne.. Powinni coś z nią zrobić.
- Ale jestem śpiąca.. - Ziewnęła i położyła się na moim łóżku.
- Hej, a ja gdzie będę spał?
- Chodź tu. - Powiedział lokowaty i przesunął się.
- No dobra..
To było dziwne uczucie, spać z chłopakiem w jednym łóżku.. Ale byłem zbyt śpiący, aby nie pójść.
Obudziło mnie czyjeś rozmowy. Otworzyłem oczy i ujrzałem lekarzy z siostrą.
- Coś się stało? - Powiedziałem zaspanym głosem.
- Ball wstał. - Szepnęła pielęgniarka do doktora McCurdy'ego. On odwrócił się i uśmiechnął.
- Dzień dobry Connor. Dzisiaj nie jemy śniadania.
- Hm, nie mam nawet ochoty na śniadanie.
- Właśnie widzę, że Cię nie ma na śniadaniach. No cóż wstajemy i idziemy się ubrać.
- No wiem. - Przetarłem oczy, Brad spał, a ja wziąłem ze swojej szafy swoje rzeczy i poszedłem do łazienki. Ubrałem się i umyłem zęby.
Rano, kiedy wstałem nie było już Klary.. Gdzie ona jest? albo i była? Może lekarze ją wygonili.. Ale by wtedy nas pobudziliby.
Wróciłem do pokoju.
- Gotowy? - Zapytał lekarz.
- A mogę wiedzieć na co? - Zaśmiał się.
- Widzisz Betty? Rozumny chłopak. Chyba jako jedyny jest tutaj o zdrowych zmysłach.
Zmarszczyłem brwi..
O co mu chodzi? I nie prawda, nie jestem jedyny..
- Idziemy Connor na twoje pierwsze tutaj badania. - Przeraziłem się i zaciągnąłem się raz inhalatorem.
- Ależ nie ma się co denerwować..
- Skąd pan.. - Przerwał mi.
- Ekhem. Jestem Jack. Mów mi Jack
- No dobrze. Więc Jack, skąd wiesz, że się denerwuję?
- Obserwowałem Cię już dosyć długo. I zawsze, kiedy się denerwujesz, albo boisz, wyciągasz inhalator.
- No, masz mnie.
- Dobra, chodźmy do mojego gabinetu. - Poklepał mnie po ramieniu i ruszyłem za nim.
Po kilku minutach, byliśmy już pod jego gabinetem.
- Proszę, wejdź pierwszy. - Otworzył mi drzwi.
- Jakie będę miał badania?
- One niczym się nie różnią, od normalnych. To jest po prostu początkowe takie zapoznanie mnie z twoim zdrowiem i ze wszystkim.
-Mhm.. - Pokiwałem głową.
- Dobra, to na pierwszy ogień, zbadamy co tam się dzieje w twoim gardle i sercu.
Pod lampę otworzyłem usta i wystawiłem język jak kazał. Później badał moją klatkę piersiową i plecy stetoskopem.
- Jest dobrze. Teraz chodźmy na wagę. Zdejmij buty. - Zrobiłem co kazał i wszedłem powoli na wagę.
Ustawiłem się tak jak powiedział.
- No, mamy 165 centymetrów wzrostu i ważymy.. 51 kilogramów. Zejdź już z wagi. - Wrócił na swoje krzesło przy biurku. - Waga w normie.
- Wiem. - Nałożyłem ponownie buty. - Mogę już iść?
- Gdzie Ci się tak spieszy?
- Podszedłem i usiadłem na krześle.
- Dziwnie się ostatnio czułeś? Bolało Cię coś?
- Wiesz, nie można się normalnie czuć w takim miejscu.. Ale nie, jest wszystko okej.
- Chciałem Ci pogratulować i podziękować.
- Czego? - Zdziwiłem się.
- Za wczorajszą noc. Że jako jedyny usłyszałeś Klarę i jej pomogłeś. A w pokoju, nic z nią nie zrobiliście.
- Nie jestem taki...
- Wiem i chciałem Ci podziękować, ponieważ w waszym pokoju poczuła się bezpiecznie. Widzę, że masz na wszystkich dobry wpływ.
- Tak?
- Tak, odkąd tu przyszedłeś, izolatka jest pusta, a normalnie to co chwilę kogoś braliśmy do izolatek.
- Nie wiedziałem.. - Spojrzał na zegarek na swojej ręce.
- Mhm, już jest obiad. Leć coś zjeść, będziesz pierwszy.
Po jego słowach wstałem i wyszedłem z gabinetu. Widziałem, jak Brad zmierza w moją stronę. Zatrzymałem się i poczekałem na niego. Weszliśmy razem do stołówki.
- I jak?
- Co jak?
- No badania.
- Aha, no jest wszystko okej. - Usiedliśmy i zaczęliśmy jeść posiłek.
Zjedliśmy i wyszliśmy stamtąd. Na siedzeniach na korytarzu ujrzałem dwie znajome mi postacie.
- Ja dłużej już nie wytrzymam. Ja wychodzę stąd. - Wstał jakiś facet
- Fred! Uspokój się!
- To był twój cholerny pomysł. Mówiłem od początku nie!
- Mamo? Tato? - Podbiegłem uśmiechnięty do nich.
Chciałem przytulić ojca, ale mnie odepchnął
- Fred! - Krzyknęła mama.
- Tak się cieszę, że przyjechaliście. Poczekajcie chwilę tylko spakuję torby. -Wbiegłem do pokoju, otworzyłem szafę i wyciągnąłem z niej torbę.
- Connor..
- Poczekaj mamo. Chwilę. - Zacząłem pakować rzeczy.
- Connor, skarbie.. - Zatrzymała moją rękę z ciuchami. - Nie przyjechaliśmy po Ciebie..
- Co? Ale... ale jak to?
- Nie wrócisz już do nas.. - Powiedziała ze łzami.
- Dlaczego? Mamo? Pozwolisz mi tu zostać? Tato?
- Nie jesteś już moim dzieckiem. - Powiedział niskim głosem ojciec.
- Mamo? - Wyszła z płaczem z mojego pokoju.
Podszedł do mnie Brad i zaczął mnie pocieszać.
- Ja.. ja nic nie rozumiem.. Mieli po mnie przyjechać, a teraz dowiaduję się, że wyrzekają się mnie.. Co ja złego zrobiłem?
- Nic złego nie zrobiłeś.. Nie wiedzą, co stracili. Jak można się Ciebie wyrzec..
- Sam słyszałeś i widziałeś.. - spuściłem głowę.
- No trudno.. Chodź pomogę Ci się rozpakować.
Od tamtego momentu byłem przygnębiony do końca dnia.. Nie tknąłem nawet kolacji.. A w głowie miałem setki pytań.. a między innymi: "Dlaczego? Dlaczego, to zrobili? i Czy od małego dziecka mnie nie traktowali jak swoje dziecko? A może jestem adoptowany?Dlaczego to powiedzieli?"
Nie miałem ochoty z nikim już rozmawiać. Bez słowa poszedłem spać. Tym razem nic nie słyszałem i mnie nic nie obudziło w środku nocy.

czwartek, 30 października 2014

Rozdział 5 Opowieść życia

Zawiesiłem się chwilę na jego pytaniu.
Chyba jeszcze nie jestem gotowy na czytanie takich rzeczy..
- Wiesz co, może innym razem. Nie mam teraz chęci na czytanie.
- Rozumiem. - pokiwał głową i rzucił książkę na stolik.
- O co Ci chodzi? - Spojrzałem mu w oczy.
- Kogo interesują samobójcy, zalegają tylko jak śmieci.
- Nie prawda. Wszyscy są potrzebni na tym świecie.
- Mhm.. jasne. Po twojej minie, inaczej to odbieram.
- Ale ja mówię prawdę.
- Tacy jak ja, tylko są ciężarem dla innych. - Obrócił się na drugi bok.
- Nie prawda. - Powiedziałem z nutą współczucia.
- Wiesz ty co? Skoro już normalnie ze mną rozmawiasz, opowiedz mi coś o sobie. - Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Connor, masz gościa. - Powiedział lekarz.
Że ja? Gościa? Jeju, może to moi rodzice! Muszę się z nimi koniecznie spotkać i pomówić. 
W mgnieniu oka, wstałem i pobiegłem za drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, nie byli to rodzice, lecz mój najlepszy przyjaciel - Jimmy.
No ale cóż lepszy on, niż nikt. kiedy mnie ujrzał, zrobił wielkie oczy. Za mną wyszedł Brad z.. telefonem? To on ma telefon? Podbiegłem do przyjaciela.
- Cześć Jimmy! - Uśmiechnąłem się.
- Oh, Connor.. zmieniłeś się.. To ten, no, masz gitarę. Ja muszę już lecieć nara! - wybiegł ze szpitala.
Zrobiło mi się smutno. Wziąłem swoją gitarę i poszedłem wolnym krokiem do swojego pokoju. Położyłem sprzęt na łóżku i usiadłem obok niego. Zacząłem "grać", tak, żeby była jakaś melodia..
- Hej, co ty taki przygnębiony? - Przyszedł Brad. Przestałem brzdękać i spojrzałem na niego ukratkiem.
Ten lokowaty jest strasznie ciekawski. Czy on wszystko musi wiedzieć?
- Jakoś tak.. - Powiedziałem obojętnie.
- Ej, przecież widzę, że coś się dzieje. Powiedz mi tylko co Cię gryzie. - Usiadł na moim łóżku.
- Mam powiedzieć co mnie gryzie?! DOBRA. To zacznę od samego, samiutkiego początku. - Usiadłem zdenerwowany i zaciągnąłem się inhalatorem.
Nazywam się Connor Ball i mam równe 17 lat. Już od małego dziecka chodziłem po lekarzach. Kiedy miałem niecałe 6 lat, lekarze wykryli w moim układzie oddechowym, coś niepokojącego. Jednak za późno zareagowali i zacząłem się po prostu dusić. Wyszło na to, że moje duszności wywołane są przez coś innego, niż przypuszczali. Długo szukali przyczyn i nie mogli ich znaleźć. Jakieś dwa lata później, wyliczyli mi już nawet datę mojej śmierci. 
Miałem dopiero wtedy osiem lat. Lecz pewien lekarz, dał mi drugą opcję. Dostałem potem swój pierwszy inhalator. Oczywiście nie mieliśmy pewności, czy to zadziała, na moje ataki. Cud się stał, że pomogło. Lecz to nie koniec. Cud, cudem, ale długo nie mogłem się cieszyć. Trzy lata później jechaliśmy z rodziną na wczasy. Te wakacje, skończyły się na wypadku samochodowym. Na szczęście moim rodzicom nic się nie stało, ale ja.. Ja oczywiście pechowiec i miałem najgorzej. Moje życie wisiało na włosku, takim maleńkim i cieniutkim. Chciałem się po prostu już poddać. Jakoś z tego wyszedłem. Było już wszystko okej, prócz tych duszności oczywiście. 
Kiedy miałem trzynaście lat, jechałem pół nocy, aby być w specjalnej przychodni, punktualnie na ósmą godzinę. Miałem tam różne badania, to na uczulenie, to na jakieś sprawności, ale potem przyszła kolej na badania serca i mózgu. Dość długo czekałem na wyniki, ale nie tak długo jak inni normalni pacjenci.
Wykryto, że mam jakąś chorobę serca, że czasami się duszę, ponieważ nie mogę się za bardzo przemęczać. Po wynikach z mózgu, także nie było dobrych wieści. Od tamtej pory, nie mogę ćwiczyć na w-fie, nie mogę się przemęczać i nie mogę się denerwować bo nie starczy mi tlenu, no chyba, że mam swój inhalator. Dopóki mam go przy sobie, jak na razie mogę żyć. Przechodziłem wtedy z podstawówki do gimnazjum. Zawsze miałem wzorowe w tym okresie zachowanie. Jednak kiedy poszedłem do technikum, przeszkadzało niektórym to, że nie ćwiczyłem w pierwszej klasie. Zaczęli ze mnie żartować i kpić. Nie ukrywam, bolało mnie to, ale zaciskałem to głęboko w sobie. Nie pokazywałem po sobie tego. 
Uratowała mnie przeprowadzka. Z moją przeprowadzką, wiązało się pójście do nowej szkoły. Na początku było dobrze, ale było. Ale gdy dowiedzieli się, że muszę zaciągać się praktycznie cały czas inhalatorem i nie ćwiczę. To, któregoś razu już po prostu nie wytrzymałem i pobiłem Carla. Pobiłem go tak mocno, że ciągnąłem się po pedagogach i u dyrektora. Wkurzyli się na mnie wszyscy i wyrzucili mnie ze szkoły. Takim oto sposobem jestem tutaj.
- Jak mogłeś tak długo to ukrywać w sobie?
- Najwyraźniej mogłem. - Burknąłem
- No, a ten koleś, ten twój gość?
- Mówisz, o Jimmy'm? To był mój najlepszy przyjaciel, ale tydzień przed moim przyjazdem tutaj, pokłóciliśmy się i urwaliśmy kontakt.
- Dlatego się tak ucieszyłeś, gdy go zobaczyłeś?
- Tak.. Miałem nadzieję, że porozmawiamy, ale pewnie nie chciał już się ze mną zadawać..
- Czemu niby? - Spoważniał.
- Nie wiem, może dlatego, że jestem dziwny, głupi, albo może nie zasługuję na przyjaciela..
- Ej, nie mów tak.. Jeżeli on Cię zostawił, to nie mógł się nazywać przyjacielem, a co dopiero najlepszym. Jak nie on, to może..
- Może? - Usiadłem.
- To może, ja mógłbym .. Oczywiście nie tak od razu.. i o ile byś chciał.. - Podrapał się po głowie i wstał. Złapałem go za rękę.
- Hej, jasne, że chcę. - Spojrzałem mu prosto w oczy.
- Serio? - Zdziwił się.
- No, skoro mamy być razem w pokoju, to wypadałoby. - Uśmiechnąłem się.
- Nie sądziłem, że będziesz chciał.. z tego, jak się zachowywałeś wobec mnie.
- Przepraszam, jeżeli jakoś Cię uraziłem wcześniej, czy coś w tym stylu.. Nie chciałem.
- Rozumiem, nic się nie stało. To co czuję, nie jest ważne.
- Teraz już jest.
- Chłopcy! - Weszła do pokoju pielęgniarka. - Obiad!
Popatrzyliśmy na siebie i w tym samym czasie wstaliśmy i ruszyliśmy bez słowa. Chyba zauważyła, że przeszkodziła nam w poważnych rozmowach. Weszliśmy do środka stołówki. Brad poszedł do stolika, gdzie byli jego znajomi.
Cóż, nie będę mu przeszkadzał.. Usiądę jak zwykle sam przy stoliku w kącie i będzie okej.
Zacząłem jeść. Kiedy brałem trzecią porcję do ust, parę osób dosiadło się do mojego stolika.
- Już nie będziesz sam siedział - Powiedziała blondynka.
- Tak, teraz już należysz do nas i będziesz z nami jadł. - Zarzucił Bradley.
Uśmiechnąłem się i połknąłem jedzenie.
- To miło z waszej strony.. - Powiedziałem nieśmiało
- Aj tam, nie przesadzaj. Jestem Klara. - Zaśmiała się blondi.
- James.
- Mark
- Amanda. - Uśmiechnęła się.
Wszyscy popatrzyli się na mnie.
- Connor. - Po przedstawieniu się, zaczęliśmy rozmawiać, na różne tematy.
Kiedy skończyliśmy jeść, wstaliśmy i wyszliśmy z sali. Rozeszliśmy się do swoich pokoi.
- A tak a pro po, to czemu wczoraj w nocy nikt z lekarzy nie przyszedł do naszego pokoju? Przecież jest kamera.
- Kamera? Coś ty! To coś nie działa w tym pokoju od jakiś dwóch lat! A lekarze do dzisiaj nie zauważyli, że jest zepsuta.
- To teraz wszystko wyjaśnia..
Pod wieczór zacząłem grać na gitarze i wymyślaliśmy sobie teksty piosenek. Był niezły ubaw. Bardzo polubiłem Brada. Po kolacji jak zawsze, kąpiel, mycie zębów i do spania.
_________________________________________________
Tak parę słów od siebie:
Bardzo dziękuję, za wasze opinie w tych wszystkich komentarzach, to bardzo mnie motywuje do dalszego pisania i mam nadzieję, że będziecie czytać do końca :)

niedziela, 26 października 2014

Rozdział 4 Niechęć Zostania

Kiedy dowiedziałem się, że nie będę sam w pokoju, myślałem, że się załamię. Jednak nie jest aż tak źle. Dzięki Bogu, ten Brad nie chrapie. Jest cisza i spokój, jakby go w ogóle tutaj nie było. Niestety wiedziałem! Wiedziałem, że coś mi przeszkodzi w moim śnie. Lecz tym razem nie było to pukanie. 
Usłyszałem huk, jakby coś spadło.Otworzyłem zaspane oczy. Chwilowo miałem rozmazany obraz, ale po krótkim czasie było już okej.
Ujrzałem małe, czarne źrenice na wielkich, okrągłych białkach, te oczy patrzyły się prosto w moje. Dzieliło nas dosłownie kilka centymetrów.
- BOŻE ŚWIĘTY!- Wydarłem się i spadłem z łóżka.
- Nie, pomogłeś mi... Ze mną, się nie zadziera... - Szeptała. - Doprowadzę do tego, abyś cierpiał jak ja i umarł tutaj w męczarniach!
Po tych słowach rzuciła mi się do gardła. Chciała mnie udusić..
- WYJDŹ STĄD! - Krzyknąłem ostatnim tchem.
- Kate! NIE! Nie rób mu tego! - Błyskawicznie, mój współlokator ją odciągnął.
Wziąłem głęboki wdech. Ciężko oddychałem. Szukałem ręką znajomego mi kształtu, ale tylko błądziłem.
- Może, szukasz tego?! - Trzymała mocno inhalator. Mój inhalator.
- Oddaj mi to. - Było mi słabo.
Ledwo widziałem na oczy. Brad ścisnął ją za nadgarstek i wypuściła cenną rzecz. Doczołgałem się do mojego inhalatora i zaciągnąłem się mocno dwa razy i odkaszlnąłem.
- Simpson zostaw mnie! Chcę mu dać nauczkę! - Wyrywała się.
Jej głos naprawdę mnie przeraża. Mam wrażenie, że nie mówi swoim głosem. Ma strasznie niski i zachrypnięty głos. Normalnie jak w horrorach. I w ogóle jej wygląd także mnie od niej odtrącał..
- USPOKÓJ SIĘ! - wrzasnął
- ANI MI SIĘ ŚNI!!
- Chcesz mieć znowu kaftan i miesiąc w izolatce? Ledwo Cię wypuścili! - Przestała się szarpać.
Słychać było jak wkurzona oddychała przez nos.
- A teraz, idź do swojego pokoju tak, aby żaden lekarz na dyżurze, Cię nie zobaczył. Migiem!
Wygonił ją za drzwi. Wstałem, spojrzałem na rozwaloną szafkę nocną, która była obok mojego łóżka.
NO NIE! Mój zeszyt! Cały podarty! Tyle trudu poszło na marne! Ja tu nie wytrzymam.. Jeszcze tylko brakuje, żeby on mnie tu pobił..
Zaciągnąłem się inhalatorem. Po chwili zacząłem układać rzeczy tak, jak były. Usiadłem na swoje łóżko skulony.
- Nie chcę tu zostać.. Chcę stąd uciec. - Kołysałem się lekko w przód i tył.
- Ja przepraszam za Kate.. Nie wiem co ją napadło.. przepraszam.
- Szatan. - burknąłem pod nosem
- W to nie wątpię.. - Usiadł obok mnie
- Od początku, kiedy tu przyszedłem, próbowała mnie zabić. To nie jest normalne.
- Uwierz lub nie, ale nikt tu nie jest normalny. Spokojnie. - pogładził mnie po plecach.
- ZOSTAW MNIE. - Odsunąłem się od niego.
- Dobra, jak chcesz. Chciałem Ci tylko pomóc. - Wstał i podszedł do swojego łóżka.
- Każdy tak mówi, a potem pogarsza tylko moją sytuację. - Okryłem się kołdrą i zamknąłem swoje powieki.
Zasnąłem.
W sumie, to obawiałem się najgorszego po nim. Jednak, on ma coś takiego w sobie, że mogę mu chyba zaufać. Nie jestem do końca pewny, ale mam takie przeczucie. Lecz, gdyby chciał mnie pobić, to raczej by nie obroniłby mnie przed tą dziwną istotą.
Zacząłem się wiercić na łóżku. Nie mogłem już dłużej spać i wyciągnąłem się. Ziewnąłem, przetarłem oczy i usiadłem na łóżku. Rozejrzałem się wokół siebie i przypomniała mi się noc. Ta okropna noc.
- O, widzę, że wstałeś. Jest już śniadanie. Idź. - Wyjrzał zza swojej książki.
Nie ma sensu przebierać się w nowe ciuchy, skoro idę tylko zjeść i z powrotem idę do pokoju.
Wstałem i poszedłem w stronę drzwi. Zatrzymałem się przed nimi i odwróciłem głowę do tyłu.
- Ty nie idziesz? - Powiedziałem cicho.
- Nie.. Ty idź.
Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z pokoju. Zawiesiłem się chwilkę i wróciłem się.
- Na pewno nie idziesz zjeść?
Zaśmiał się.
- Nie, jakbyś zauważył to nie jem śniadań. - Ponownie włożył swój nos do książki.
Zamknąłem ponownie drzwi i poszedłem na stołówkę.
No trudno, skoro nie je w ogóle śniadań, to jego strata.. 
Podbiegłem do jadłospisu na dzisiejszy dzień.
Okej, nie dziwię mu się, że nie je śniadań.. Jeżeli codziennie ma być to samo, to także by mi to zbrzydło. Nie.. Wracam do pokoju. Nic tu po mnie. Sory pani kucharko, ale nie jem już śniadań!
Wybiegłem stamtąd i wróciłem do pokoju.
- Już tak szybko zjadłeś? - Czytał książkę.
- Masz rację, że nie jesz śniadań. - Zamknąłem drzwi.
- Jeszcze wczoraj nie chciałeś ze mną rozmawiać, a dzisiaj.. - Odłożył książkę.
- Co czytasz? - wskazałem palcem.
- O samobójcach.
Mhm... Już się zapowiada ciekawie. On chce popełnić samobójstwo czy co? No, już to widzę. Budzę się pewnego dnia a tu nade mną wisielec. Z kim ja tu muszę być..
- Fajne to? - chrząknąłem
- Trzeba najpierw zrozumieć, zanim się oceni. Chcesz przeczytać?
Że ja? Nie, nie, nie.. Żebym jeszcze miał myśli samobójcze? Żebym wszystkich pozabijał? Powaliło go chyba.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 3 Nowy

Niechętnie wstałem z łóżka. Wziąłem naszykowane wczoraj ubrania i poszedłem się przebrać. W połowie drogi wróciłem się po szczoteczkę i ręcznik. Wszedłem do łazienki. Kiedy kończyłem myć zęby do łazienki wszedł jakiś chłopak. Nawet na mnie nie spojrzał.
Pewnie mnie nie zauważył.
Zabrałem swoje rzeczy i wróciłem do pokoju. Na łóżku siedział doktor McCurdy.
Czy ten człowiek nie może mnie zostawić w spokoju? Ciągle za mną łazi. Nie ma nic innego do roboty? Ugh. Wkurza mnie.
-To jak? Idziemy na śniadanie? -zapytał wstając z łóżka.
Wyszedł z sali, a ja podążałem za nim. Szliśmy długim korytarzem. Każdy kto obok nas przechodził dziwnie się na mnie patrzył. Zatrzymaliśmy się na przeciwko drzwi stołówki. Lekarz otworzył przede mną drzwi i machnęciem ręki zaprosił mnie do środka. Zająłem miejsce na końcu sali, a McCyrdy poszedł po posiłek. Od czasu kiedy wszedłem do pomieszczenia każdy się na mnie patrzył. Dziesiątki par oczu przeszywały mnie na wylot. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie bezczelnie się na mnie gapią, więc ani trochę mi to nie przeszkadzało.
-Proszę. Smacznego. -powiedział stawiając na przeciwko mnie pełną miskę płatków zbożowych.
Sięgnąłem po łyżkę. Kiedy wkładałem pierwszą porcję do ust, lekarz odszedł od stolika i udał się w kierunku drzwi. Szybko zjadłem i jako jeden z pierwszych pacjentów opuściłem stołówkę. Poszedłem do pokoju. Położyłem torbę na łóżko. Włożyłem do niej wczorajsze ubrania, ręcznik i kosmetyczkę. Wziąłem telefon spod poduszki i schowałem go do kieszeni. Usiadłem na łóżku. Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i wszedł McCurdy.
-Bierz torbę i idziemy to twojego nowego pokoju.
Zabrałem torbę i udałem się za doktorem. Idąc korytarzem mijały nas różne osoby. Jedna dziewczyna chyba była opętana przez jakiegoś demona. Obok nas przeszła spokojnie, ale kiedy obróciłem się ujrzałem jak rzuca się na jakiegoś innego pacjenta. Pielęgniarki ściągnęły ją z chłopaka, założyły jej kaftan i gdzieś ją zaprowadziły.
  Co za dziwne miejsce. Boję się tu zostać. Jak ja tu wytrzymam? Chce do domu. 
Nagle Jack zatrzymał się przed jakimiś drzwiami na których była liczba 678.
-Oto twój nowy pokój. Rozgość się. -powiedział otwierając drzwi.
Wszedłem do środka. W pomieszczeniu były dwa łóżka, dwie szafki nocne i dwie szafy. Nie było ani jednej ozdoby. Położyłem torbę na łóżku i zacząłem się rozpakowywać. Po jakimś czasie wszystko już było na "swoim" miejscu. Wyjąłem telefon. Chciałem zadzwonić do rodziców, ale w pokoju nie było zasięgu. Wyszedłem na korytarz. Po jakimś czasie, przy pokoju 647, znalazłem zasięg. Wybrałem numer mamy. Nie odbierała. Wybrałem numer taty. On też nie odbierał. Zadzwoniłem na nasz domowy numer. Odezwała się sekretarka. Postanowiłem, że nagram im wiadomość.
Mamo, tato ja chcę do domu. Zabierzcie mnie stąd. Jak będziecie tu jechać to weźcie moją gitarę. Kocham was. Connor.
Rozłączyłem się. Z kieszeni wyjąłem inhalator i zaciągnąłem się trzy razy. Podeszła do mnie pielęgniarka i powiedziała, że jest pora obiadowa i, że mam iść na stołówkę. Poszedłem w tamtą stronę. Wszedłem do sali. Podszedłem do okienka i wziąłem talerz. Rozejrzałem się za wolnym miejscem. Udałem się w stronę stolika przy oknie. W mgnieniu oka z mojego talerza znikł kotlet, kalafior i ziemniaki. Odniosłem talerz i wyszedłem. W drodze do pokoju spróbowałem jeszcze raz zadzwonić do rodziców. Nadal nie odbierali. Schowałem telefon do kieszeni i otworzyłem drzwi. Co jest do cholery?
Na jednym z łóżek siedział jakiś chłopak. Wyszedłem i spojrzałem na drzwi.
  678 to tutaj. Ale co to za chłopak? Myślałem, że nie będę z nikim dzielił pokoju. 
-Hej jestem Brad, a Ty? -powiedział chłopak.
Wzruszyłem tylko ramionami i usiadłem na łóżku. Wyjąłem z szafki zeszyt i długopis. miałem zamiar dokończyć piosenkę. Przydałaby się gitara. Po jakiejś godzinie kartka była pusta. Zrezygnowany odłożyłem zeszyt na miejsce. Położyłem się na łóżku. Moje powieki zaczęły robić się ciężkie aż w końcu opadły. Zasnąłem.
                                                         ***
-Hej! Obudź się. -poczułem, że ktoś mną potrząsa.- Ej nowy kolacja jest. Chodź jeść.
Otworzyłem oczy. Nade mną stał Brad. Przetarłem oczy i wstałem z łóżka. Idąc do drzwi potknąłem się o coś.
-CHOLERA JASNA. TAK CIĘŻKO PO SOBIE POSPRZĄTAĆ?
-Ej nowy spokojnie przecież nic Ci się nie stało. -położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-NIE DOTYKAJ MNIE -strzepnąłem dłoń z ramienia i wyjąłem inhalator. Zaciągnąłem się kilka razy i wyszedłem z pokoju. Szybkim krokiem poszedł na stołówkę. Wziąłem talerz i usiadłem przy wolnym stoliku. Pogrzebałem trochę widelcem. Po jakiś 15 minutach odniosłem pełen talerz. Wyszedłem z sali. Znów czułem spojrzenia innych.
Serio mi się nudzi.. Jestem aż tak ciekawy, że ciągle się na mnie patrzą? Idąc do pokoju wpadłem na pana McCyrdy'a.
-I jak? Zakolegowałeś się już ze swoim współlokatorem?
-Nie -odpowiedziałem.
Przyspieszyłem kroku. Chyba zauważył, że nie mam ochoty z nim rozmawiać. Ze spuszczonym wzrokiem szedłem do pokoju. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Był już tam Brad. Chyba coś czytał. Rzuciłem się na łóżko. Wyjąłem telefon i zacząłem na nim grać. Około 23 odłożyłem go na stolik i poszedłem się umyć. Po 35 minutach wróciłem do pokoju. Kidy tam wszedłem Brad wyszedł do łazienki. Położyłem się do łóżka. Po około 10 minutach wpadłem w objęcia Morfeusza.

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 2 Niespokojny Sen

- I jak? Jak Ci się podoba tutaj?
On myśli, że będę tu na zawsze, czy co? Nie wytrzymam tutaj nawet tygodnia! Dajcie mi kurde wszyscy święty spokój! Odczepcie się ode mnie. Chcę już stąd wyjść.
- Będę miał swój własny pokój?
- Tak, dzisiaj byś spał sam w pokoju, ale jutro będę musiał Cię przenieść do innego.
No cóż, skoro jedną noc, będę sam w jednym pokoju, to powinienem się wyspać.
Wstał od stolika i podszedł do "kucharki", która stała za ladą. Wymienili ze sobą parę słów i powrócił do mnie.
- Chodźmy. - Zasunął za mną krzesło. Wziąłem swoje bagaże i wyszliśmy. Usłyszałem kroki z tyłu korytarza. Szybko zerknąłem w tamtą stronę. To ta sama dziewczyna, która mnie "zaatakowała", lecz bez swojego kaftana.. Dziwnie się patrzyła..
- Tu jest toaleta chłopięca, a na przeciwko dziewczęca. - Spojrzałem na drzwi. Zaraz potem obracałem powoli głowę do tyłu. Nie było jej. Przetarłem oczy.
Czy ja widzę duchy? Już wolę pójść do swojego pokoju. Powoli tracę tu zmysły.. Nie mogę tu dłużej zostać.
- Chodź, oprowadzę Cię po całym ośrodku. Poznasz tu jutro swoich nowych kolegów i koleżanki. A teraz pójdziemy do twojego pokoju. Rozpakujesz swoje ubrania na jutro i do spania, bo nie ma sensu rozpakowywać i pakować.
No dobra, jak tak bardzo chce.. Niech będzie. Już mi wszystko jedno. Byle szybko do pokoju.
- Tu, na lewo znajduje się twój pokój. Wejdź. - Otworzyłem powoli drzwi. Pusto i cicho. Rzuciłem torbę na łóżko i usiadłem obok niej. Twarde to łóżko. Jeju, nie zasnę.
- Jest tu jakiś prysznic?
- Potrzebujesz się dzisiaj myć?
- Przydałoby się. - Wziąłem w dłoń ubrania do spania i ręcznik, a w drugą szczoteczkę do zębów i pastę.
- No dobrze, tędy. - wstałem i szybko poszedłem za nim.
Mam nadzieję, że w łazience, nie będzie kamer! Z resztą, nawet i gdyby były, to bym czymś je zakrył. Nie pozwolę, aby mnie kamerowali, kiedy biorę kąpiel! Wszedłem do wnętrza łazienki. Rozejrzałem się wszędzie. Jest czysto, nie ma kamer. Ulżyło mi na duchu.
Ściągnąłem ubranie i wszedłem do kabiny. Zawiesiłem na górze ręcznik, odkręciłem korek wody. Niech to szlag! Nienawidzę tak nagłe zmiany temperatury wody. Teraz muszę dziesięć minut, poświęcić na regulację wody. Kiedy w końcu ustawiłem na ciepłą wodę, oblałem się żelem i opłukałem się. Zakręciłem korek, ściągnąłem z góry ręcznik, owinąłem się nim i wyszedłem spod prysznica. Otarłem się dokładnie cały i nałożyłem na siebie ubrania.
Podszedłem do umywalki i spojrzałem w swoje odbicie. Jezu, wyglądam jak jakiś trup.. Nienawidzę swojej bladej skóry. Sięgnąłem po szczoteczkę. Wycisnąłem z tuby pastę i zacząłem szorować zęby. Usłyszałem pukanie. Wyplułem wszystko.
- Tak? - Wytarłem się ręcznikiem z piany.
- Długo jeszcze będziesz tam siedział, Ball? - Zapytał lekarz przez drzwi.
- Myję zęby. - krzyknąłem
- Szybko, zaraz masz być w pokoju. - Machnąłem jeszcze parę razy szczoteczką. Wziąłem ciuchy, mokry ręcznik, szczoteczkę i wyszedłem.
- Już, wykąpany? - Stał nade mną.
- Tak, już tak. - odetchnąłem.
- Idź szybko do pokoju. - popchnął mnie lekko. Otworzyłem drzwi i zapaliłem światło. Rozejrzałem się po pokoju. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale miałem takie dziwne uczucie.. jakby ktoś był w szafie. Otworzyłem ją natychmiast. Zdziwiłem się, ponieważ była pusta.
Jednak to tylko moje wymysły.. Chore wymysły. Powoli mi już tutaj odbija. Muszę coś wymyślić, żeby mnie stąd wypuścili.. Włączyłem telefon. Jest godzina 00. Przepraszam, czy ja słyszę jakieś szepty?
Przyłożyłem ucho do ściany. Tak, ktoś coś mówi.
- Wypuście mnie stąd, błagam. Wypuście.. - Nagle cisza.
Usłyszałem cichy płacz. I znowu nastała cisza..
CO SIĘ TUTAJ DZIEJE?! Czy to miejsce aż tak źle wpływa na moją psychikę? Boże.. Odwrócę się na drugi bok.. Strasznie nie wygodne to łóżko. Co?! Tutaj także jest kamera? Akurat musi być w tym rogu gdzie moje oczy ją dostrzegają? Eh, położę się na plecy. Szczerze? Ten materac twardością niczym się praktycznie nie różni, od podłogi. Moje myśli błądziły w tych ciemnościach..
Zerknę do telefonu. Zaraz, zaraz.. Dlaczego się wyłączył? Przecież bateria była pełna! Hm, może nacisnąłem wyłącznik, kiedy się obracałem. Ale cóż, ważne, że działa. Przepraszam, ale jak to już minęła godzina? 
Usłyszałem puknięcie w ścianie. Wyłączyłem telefon. Chwilę potem, ten dźwięk powtórzył się.. Wyliczyłem, że te pukanie odbywało się co 10 sekund. Te pukanie było jednorazowe. Akurat wtedy, gdy chciałem zmrużyć oczy..
Nie no, ja nie zasnę! To pukanie mnie dobija, a zarazem wkurza. Komuś się nudzi czy co? 
Usiadłem na łóżku. Sięgnąłem po inhalator i słuchawki. Prawie bym się wywalił, ale przecież nie wstanę z łóżka.. Ponieważ kiedyś oglądałem swój pierwszy i ostatni horror w życiu i było w nim, że potwór mieszkał pod łóżkiem i wciągał ludzi. Skończyło się na tym, że tak się wystraszyłem, że wylądowałem w normalnym szpitalu.
No świetnie. Akurat takie wspomnienie musiało mi się przypomnieć? Teraz jeszcze bardziej się boję, a przez te pukanie, to szału dostanę!
Podłączyłem słuchawki do telefonu. Wszedłem w moją ulubioną playlistę. Włączyłem muzykę i zamknąłem oczy. Po 30 minutach wyłączyła mi się muzyka. Sam nie wiem dlaczego.. Ale to nic, byłem śpiący. Wyłączyłem telefon, schowałem go pod poduszkę i usnąłem. Do chwili..
Usłyszałem, natarczywe pukanie do ściany.
- Nudzi się komuś?! - Krzyknąłem.
No, nareszcie. Ustąpiło. Cisza i spokój. Wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy i wypuściłem powietrze z ust. Nie no, to są jakieś jaja! ZNOWU?! Ja tu nie wytrzymam!
Usiadłem skulony na łóżku. Zacząłem szlochać jak i ze złości, tak i z bezradności.. Co bym nie zrobił, to nie przestanie. Zacisnąłem dłonie w pięści. Wkurzyłem się i z całej siły walnąłem w ścianę.
- JEŻELI, JESZCZE RAZ, USŁYSZĘ PUKANIE, TO OSOBIŚCIE WEJDĘ DO TWOJEGO POKOJU I NIE BĘDZIESZ JUŻ MIAŁ CZYM PUKAĆ! - Wrzeszczałem. Wziąłem inhalator i zaciągnąłem się trzy razy.
Dziwi mnie to, że lekarze nie przybiegli zapytać się, co się stało. Te bardzo popularne pytanie.
O dziwo, ktoś chyba zrozumiał o co do niego powiedziałem i przestał pukać.
Wreszcie mogę pójść spokojnie spać. Muszę wyciszyć swój umysł od tego wszystkiego i pójść spokojnie spać.
Spojrzałem jeszcze tylko na godzinę do telefonu..
Jest 5?! Nie no, super. Na pewno się wyśpię. Ciekaw jestem tylko, o której mnie obudzą. No nic Con, idź spać.
- Wstajemy, wstajemy Connor! - Na rozpoczęcie tego dnia ujrzałem twarz doktora Jacka.
Z niechęcią usiadłem po turecku na łóżku..
- Która godzina? - Ziewnąłem i przetarłem oczy.
- Jest 7. Zaraz idziemy na śniadanie.
Aha, okej. Spałem niecałe 2 godziny. JEST W PORZĄDKU!! Nie, żeby to był sarkazm.. skądże.

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 1 Kim Jestem

Znajduję się na XII oddziale psychiatrycznym. Pomimo tego dziwnego miejsca udomowiłem się tutaj i nie wyobrażam sobie, żebym mieszkał gdzie indziej. Cóż, każdy myśli, że jestem biedny, że akurat tutaj trafiłem, lecz jestem tu chyba szczęśliwy. Prócz tego, że jestem tu teraz sam, ale poznałem kogoś, kto mi bardzo pomógł. Przesuńmy więc czas do tyłu i cofnijmy się trochę.
15 miesięcy temu
Chciałbym jak każdy człowiek móc prowadzić swoje własne i normalne życie. Niestety ludzie, którzy są wokół mnie uważają, że jestem "inny". Należę do takich bardziej nieśmiałych osób i ciężko mi nawiązywać nowe znajomości. Każdy chyba myśli, że to można tak na pstryknięcie palca, przestać się przejmować opinią innych ludzi. To jest bardzo irytujące, gdy osoby niby chcą Ci pomóc, a bardziej dobijają nas psychicznie, ponieważ nie mają bladego pojęcia jak czujemy się w danej sytuacji. 
Myślisz, że gorzej być nie może? Oczywiście że może. Tylko świat nie jest dla Ciebie taki okrutny. Wiem to, doświadczyłem tego na własnej skórze. Zycie dla jednych to tysiące cierpień, natomiast dla drugich lepie być nie może.
Nazywam się Connor Ball. Pomimo tego wielkiego bólu jakie zadało mi życie, nie chcę się poddawać. Mam nadzieję, że gdzie nie gdzie los, uśmiechnie się do mnie i będę mógł normalnie funkcjonować na tym świecie.
Właśnie idę z dwojgiem podejrzanymi ludźmi, przez okropny korytarz. Jetem w totalnym szoku, że jestem w tak dziwacznym miejscu. Chce stąd uciec. Niech mi ktoś pomoże. Wyciągnijcie mnie stąd proszę.
Stanęliśmy przy jakimś blacie. To chyba recepcja, albo i jakaś sekretarka. Co chwilę na mnie patrzą i coś gadają między sobą. Rozejrzałem się wokół siebie i po korytarzach. Kilka kroków ode mnie, na krzesełku siedziała jakaś dziewczyna w długich ciemnych włosach i koszuli szpitalnej. Nic z tego nie robiąc, usiadłem obok i zacząłem szperać w swoim telefonie. Usłyszałem szepty. Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Była zapłakana.
- Jesteś z zewnątrz? - szeptała.
Kiwnąłem głową na "tak"
- Pomóż mi.. proszę.. - odsunąłem się trochę od niej.. 
Wydaje mi się dziwna..
- Nie mam jak. - odszepnąłem. Rzuciła się na mnie. Wywaliła nas na podłogę. Zaczęła krzyczeć i płakać.
- Masz mi pomóc! - Uderzyła mnie pięścią w klatkę piersiową. 
Przybiegli lekarze, odciągnęli ją ode mnie i założyli jej biały kaftan. Jej płacz i krzyki nasilały się. 
Wystraszyłem się. Wyciągnąłem z kieszeni inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy. Wstałem z podłogi, otrzepałem spodnie i pobiegłem do wyjścia.
- Ej, hola hola! A dokąd to? - Stanął przede mną lekarz. Centralnie przed drzwiami, kiedy miałem chwycić za klamkę. Spojrzałem srogo na jego wesołą minę. Spojrzałem za siebie, nie było lekarzy, ani tej dziewczyny. Odszedłem z powrotem na swoje "pechowe" krzesełka.
Chwilę potem powrócił do mnie ten sam lekarz.
- Dowiedziałem się, że u nas zostajesz. Cieszysz się?
Ja? Niby tutaj mam zostać? O nie. Po moim trupie. Nie chcę skończyć jak tamta. Niech męczą kogoś innego, a nie mnie!
Chciałem wstać, ale chwycił mnie za rękę.
- Jesteś mało mówny. Pozwól, że się przedstawię. Jestem Jack. Jack McCurdy, a ty?
- Connor. - powiedziałem przez zęby.
- Skąd te nerwy?
- Nie jestem zdenerwowany.. - Usłyszałem straszne wrzaski zza drzwi jednego pokoju.
Szybko spojrzałem w tamtą stronę, lecz drzwi były zamknięte. To miejsce staje się coraz bardziej okropniejsze i sprawia, że nie chcę ani jednej sekundy dłużej tu przebywać.
- Czego się boisz? Tu nie ma czego się bać. - powiedział łagodnym głosem.
- Oj wątpię. - rzuciłem szybko.
- Coś się stało? - wstałem
- Trochę mnie to przerasta.. - Zaciągnąłem się inhalatorem.
- Spokojnie. Powiedz na luzie co Cię przerasta.
- Wszystko! - krzyknąłem.
- Uspokój się. Chcę tylko pomóc. - Chodziłem w tę i z powrotem z założonymi rękoma na głowie.
- Oddychaj głęboko, dziękuję siostro. - Spojrzałem na niego i zatrzymałem się. Trzymał w dłoniach jakieś papiery.
- No to już wszystko wiemy, Ball.
- Nie po nazwisku! Proszę.
- Dobrze, już dobrze. Zobaczmy co Ci jest.
- To, tu wszystko o mnie pisze? - wskazałem na papierek, który trzymał.
- Tak Connor. I widzę, że jeżeli będziesz nerwowy, to będziemy zmuszeni założyć Ci kaftanik.. - Spojrzał na mnie z dołu.
No jeszcze czego! Żadnych fartuszków, kaftaników i innych rzeczy nie będę na przymus tutaj nosił! Jeszcze czego! Gdzie ja jestem?
Powtarzam, zabierzcie mnie stąd! Jeżeli ja jestem w psychiatryku to popełnię samobójstwo..
- Connor!
- Hm? - Spojrzałem na niego
- Wołam Cię, od pięciu minut. Nie słyszysz mnie?
- Przepraszam, zamyśliłem się..
- No dobrze. Weź plecak i swoją torbę. Pokażę Ci twój nowy pokój. Chodźmy na pierwsze piętro. - Weszliśmy po schodach.
Nad drzwiami do korytarza widnieje tablica, a na niej napis : XII Oddział psychiatryczny
I że ja mam mieć tam swój pokój? Sory Jack, ale spadam stąd. Nie chcę tam.
- Hej, idziesz? - stał w drzwiach. Popatrzyłem się to na tablicę, to na niego. - No chodź.
Potrząsnąłem głową na "nie". Zamyślił się.
- Może najpierw chciałbyś odwiedzić naszą restaurację, coś zjeść? - Zerknął raz jeszcze na moje dane - hm, nie pisze tu, że jesteś na coś uczulony. Idziemy tędy. - Wskazał na te same drzwi.
W sumie w brzuchu mi nie burczy. No cóż. Mus to mus. Trzeba iść, bo niby gdzie pójdę?
Złapałem za klamkę, wziąłem głęboki wdech i wszedłem pierwszy. Była irytująca cisza.
Słychać tylko mój ciężki oddech i chrypę.
- Oj widzę, że będziesz musiał brać leki na gardło.
- Nie trzeba. - Poprawiłem opaskę torby na ramieniu. - Gdzie mamy iść?
- Chodź za mną. - Ruszył. Rozglądałem się po wszystkich ścianach.
Wszędzie są kamery. Nie mają własnego życia, tylko obserwują wszystkich? Jezu.. To jakiś koszmar. Gdzie są moi rodzice? Kiedy są potrzebni, to ich nie ma.
- O czym myślisz? - Zapytał doktor
- O rodzicach. - Burknąłem.
- Ach tak, przypisali Cię tu. Uznali, że tutaj nie zrobisz nikomu krzywdy.
Że co?! Rodzice sami mnie tu zapisali? No tak, mieliśmy ostatnio słaby kontakt, ale żeby mnie wyrzucać z domu i tutaj wysłać? Co ja jestem? Jestem jakąś rzeczą czy co... W sumie tak się teraz czuję. Pewnie się teraz cieszą, że kłopoty, czyli ja są już za nimi.. Na prawdę już nie jestem nikomu potrzebny? Ze szkoły mnie wyrzucili, hm.. A może z tego szpitala też mogą mnie wyrzucić? Było by ekstra, bo bym nie musiał tu być.
- Przepraszam..
- Tak?
- A gdybym, coś przeskrobał, to byście mogli mnie wyrzucić?
- Tak. Wyrzucilibyśmy Cię w kaftaniku do izolatki.
Do Izolatki? W tym kaftanie? O nie.. Nie, muszę być dobry. 
Wystraszyłem się i zaciągnąłem się dwa razy inhalatorem.
- Masz problemy z oddychaniem? - zapytał.
- Tak jakby. 
- To tutaj. Wchodź i wybieraj, co chcesz zjeść. - Otworzył mi drzwi. Było pusto.
- Czemu tu nikogo nie ma?
- Ponieważ to nie jest pora obiadowa i wszyscy siedzą w swoich pokojach.
- Mhm.. - Obejrzałem wokół siebie. 
Cały czas mam wrażenie, że ktoś mnie bacznie obserwuje od początku.. Nienawidzę tego uczucia..
Poza tym w tym szpitalu mogę się wszystkiego spodziewać, więc muszę trzymać się na baczności.