niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 27 Gdzie Loczek?

Brad wczoraj był jakiś taki.. dziwnie przesłodki i nie mieliśmy żadnej sprzeczki.. nawet najmniejszej. Zaczynam coś podejrzewać, no ale powiedzmy, że jest dobrze.
Czułem w sobie, że już pora wstawać. Wyciągnąłem się i macałem ręką każdy milimetr pościeli, szukając loczka. Otworzyłem powoli oczy, lecz w łóżku byłem sam jeden. Usiadłem na łóżku przecierając oczy.
- Bradzio? - Powiedziałem cicho przy czym rozglądałem się po pokoju.
Cisza.
Zdjąłem z siebie kołdrę i wstałem ociężale z łóżka. Skierowałem się ku wyjścia.
Otworzyłem powoli drzwi, wyjrzałem za nie i wyszedłem. Usłyszałem jak ktoś mnie woła.
- Connor! Chodź ze mną ale to migiem! - Ciągnął mnie McCurdy.
Wepchnął mnie do pokoju.
- Co jest?
- Nie wolno Ci chodzić w samej bieliźnie! Dopóki się nie ubierzesz, masz nie wychodzić z pokoju.
- Ale nie ma Brada..
- Gdzie jest?
- No nie wiem właśnie i chciałem go szukać.
- Poszukasz, jak się ubierzesz. - Stanął w drzwiach. - I żebym drugi raz nie musiał Cię upominać.
Wyszedł.
Jezu, chyba dzisiaj wstał lewą nogą.. Chciałem tylko poszukać loczka..
Podszedłem do szafy, wyjąłem z niej czyste ubranie i ubrałem się. Ponownie wyszedłem z pokoju.
Dzisiaj na korytarzu było jakoś mało osób. Rozglądałem się po wszystkich stronach.
- Braaad! - Wołałem.
Nigdzie go nie widziałem. Wszedłem do łazienki.
- Bradziu.. - Słuchałem czy ktoś się nie odezwie, lecz z kabiny wyszedł James.
- O, Con. Cześć. - Uśmiechnął się.
- Cześć James.. - Nie miałem sił, żeby podnieść swoje kąciki ust do góry.
- Coś się stało?
- Nie widziałeś może nigdzie Brada?
- Niestety nie.. Ale znajdzie się za niedługo - Poklepał mnie po ramieniu i odszedł.
Gdzie on jest? Wie bardzo dobrze, że nie cierpię kiedy znika i ja nie wiem gdzie jest.. Martwię się o niego.
Rozczarowany wyszedłem z łazienki i stanąłem na środku korytarza, patrząc to w jedną, to w drugą jego stronę.
Zapukałem do jednych drzwi i otworzyłem. W nim byli jacyś chłopcy.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie widzieliście nigdzie Brada?
- A kto to? - Wytrzeszczył oczy jeden z nich.
- Taki wyższy brunet, loczki ma.
- Wczoraj go widzieliśmy, ale z Tobą.
- Czyli nic nie wiecie.. Okej to nie przeszkadzam dłużej. - Zamknąłem drzwi.
Ponownie było z pięcioma następnymi..
Słyszałem to samo. Nikt nic nie wie.. Każdy widział go tylko wczoraj..
- Brad, gdzie ty do cholery jesteś? - Powiedziałem otwierając kolejne drzwi.
- Con, coś się stało? - Zapytała Amanda w środku swojego pokoju.
- Nie ma Brada..
- Jak to nie ma? - Zdziwiła się.
- No nie ma..
- A może jednak? - Powiedziała cicho.
- Słyszałem, o co chodzi?
- Musimy porozmawiać na osobności. - Spojrzała na dwie milczące blondynki, które patrzyły uważnie na nas.
- No dobra.. Chodź do mnie. - Otworzyłem drzwi obok i weszliśmy do środka.
- Nie słyszałeś jeszcze?
- O czym? Dlaczego tutaj są praktycznie zawsze same tajemnice?
- No spokojnie, już Ci mówię.
- Spiesz się, bo się martwię o niego.
- To ty nie słyszałeś? - Usiadła na łóżku.
- O.. ?
- Krążą plotki, że Brada zabrano do izolatki..
- Co?! - Zerwałem się na równe nogi. - Ale jak to?
- Nie wiem.. ponoć wkurzył Jacka..
- W sumie to serio był jakiś dzisiaj nie w sosie.. - Przytaknąłem.
- Widziałeś się z nim?
- Tak.. Ale jak mówiłem mu, że Brada nie ma, to nie zareagował tak jakby się przejmował..
- No widzisz..
- Muszę się dostać do izolatek.. Muszę mieć pewność, że nic mu nie jest..
- Co ty chcesz niby zrobić? Odbiło Ci?
- Tak. Gdzie są? Albo pójdziesz tam ze mną, albo sam znajdę.
- Connor, nie rób tego. Na prawdę.. Tam jest strasznie..
- Chcę tylko go zobaczyć. Pójdziesz ze mną, czy nie? - Popatrzyłem jej prosto w oczy.
Chyba się mnie bała.. To dobrze. Długo czekałem na jej odpowiedź..
- No dobra. - Przełamała się.
- Świetnie! - Uradowałem się. - Zatem chodźmy! - Pociągnąłem ją za rękę.
- Hej, postradałeś wszystkie zmysły czy co?
- Przecież powiedziałaś..
- Tak, ale nie teraz.. W nocy.
- W nocy? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
- Tak, no bo patrz. - Otworzyła drzwi. - Widzisz te wszystkie pielęgniarki?
- No, widzę.
- Nie przedostaniesz się do izolatek od, tak. Nie pozwolą.
- To w nocy pozwolą?
- Oj głuptasie.. Późno w nocy, każdy śpi. Nikt nie dyżuruje.
Dopiero po ok. dziesięciu minutach ogarnąłem, co do mnie powiedziała. 
Wyszła z pokoju. Ja natomiast usiadłem na łóżku i myślałem.. Wbiłem swój wzrok w drewnianą podłogę.
Myślałem o niczym.. Dopiero później spojrzałem na puste łóżko.. Było nie pościelone.. nie było w nim loczka.. Poczułem mocne ukłucie w sercu.
Przycisnąłem dłoń do klatki piersiowej i wyszedłem na korytarz. Czułem jak powoli brakuje powietrza.. Było mi gorąco.. Kiedy szedłem, obraz, który widziałem, rozmazywał się.. Chwilę później straciłem przytomność.
Ktoś mną potrząsał.. Klepał, lecz moje powieki były tak ciężkie, że nie byłem w stanie ich otworzyć..
Ani nabrać powietrza do ust.. Ktoś położył mnie na czymś zimnym i twardym..
- Connor, nie rób nam tego! Błagam! - Słyszałem krzyki.
Chyba śniłem.. Tak, to było jak sen.. ale w jakichś ciemnościach. Nagle słyszałem płacz i zaciąganie nosem.
zaraz potem słyszałem szepty.
- Przepraszam.. Con wybacz mi. To przeze mnie.
O co chodzi? Kto to był? Co się stało?
Nic do mnie nie docierało.. Sam nie wiem czemu..  Nie mogłem niczego zrozumieć..
W pewnej chwili, w tych ciemnościach ujrzałem Brada. Był czerwony od płaczu.
- Chodź ze mną. - Wyciągnął do mnie rękę.
Chciałem chwycić, ale Obraz ponownie mi się rozmazał..
Otworzyłem bez problemu oczy.
- Gdzie ja jestem? - Rozejrzałem się po dziwnym pokoju.. pełno było urządzeń medycznych i śmierdziało różnymi lekarstwami.
- Doktorze! Przebudził się! - Podskoczyła pielęgniarka i wybiegła krzycząc.
Świetnie.. zostałem teraz sam..
Nagle przybiegł lekarz z tą pielęgniarką. Podszedł uradowany do mnie.
- Co mi się stało?
- Zemdlałeś.. Wystraszyłeś nas nieziemsko. Myśleliśmy już, że..
- Że nie żyję?
- Tak.. To właśnie chciałem powiedzieć. Ale cóż, witaj ponownie Ball.
Spojrzałem na siebie, na dłonie, na klatkę piersiową.. Byłem podłączony do respiratora.
- Jak się czujesz?
- Znaleźliście Bradzia?
- Chłopie, ja się pytam jak się czujesz.
- A JA SIĘ PYTAM CZY GO ZNALEŹLIŚCIE! - Zdenerwowałem się.
- Uspokój się. Nie, jeszcze go nie znaleźliśmy. Zajmowaliśmy się Tobą.
Wyszedł z pomieszczenia.
Rozejrzałem się czy nie ma nigdzie kamer.
Nie było.
Odpiąłem wszystkie linki, które były do mnie przyczepione i wstałem. Zakręciło mi się w głowie. Złapałem się za nią i zamknąłem oczy.
Po krótkiej chwili było już dobrze. Po prostu zbyt gwałtownie wstałem.
Szybkim krokiem wyszedłem stamtąd. Spojrzałem na zegar, który wisiał na ścianie.
- 14:06.. Pora obiadu. - Powiedziałem sam do siebie i skierowałem się ku stołówki.
Stołówka była pełna ludzi. Każdy rozmawiał ze swoim przyjacielem/przyjaciółmi.
Nikt nie siedział sam. Jednak natrafiła się taka osoba, która usiadła sama przy dwuosobowym stoliku. Tą osobą jestem ja. Miałem przed sobą talerz pełen jedzenia.. Zamiast jeść, to tylko siedziałem nad tym i dziabałem widelcem bez celu.
Ktoś się do mnie dosiadł. Podniosłem głowę. To był James, a obok niego złączyły stolik Amanda i Klara.
- Connor nie wyglądasz najlepiej.. - Rzekł James.
- Co się dzieje? - Dotknęła mojej lewej dłoni Klara.
Nie odpowiadając na żadne z tych pytań, wstałem i wyszedłem w milczeniu.
Zapiąłem swoją bluzę i nałożyłem kaptur. Było mi zimno, ponieważ nie było mojego loczka, do którego mogłem się przytulić.
Szedłem samotnie po korytarzu.. Co chwile, gdy przechodziła obok mnie jakaś osoba, patrzyłem na nią uważnie, z nadzieją, że to mój Bradzio..
Ja rozumiem, że on jest w izolatce, ale mam tą głupią nadzieję, że jest ze mną na tym piętrze.
Wszedłem do pokoju i w ubraniu wskoczyłem na łóżko.
Mocno się wtuliłem w poduszkę, na której spał Brad.. Czułem ten jego zapach.. Nie wiem kiedy, ale zasnąłem.
***
Poczułem jak ktoś mną szturcha. Otworzyłem swoje oczy i ujrzałem nad sobą Jamesa.
- Co jest?
- Chodź na kolację.
- Nie mam ochoty nic jeść. - Wtuliłem się bardziej w poduszkę bruneta.
- Con, nic nie jadłeś.
- No i co mnie to obchodzi.
- Co się dzieje?
- Nic, daj mi spać. - Zamknąłem oczy.
- Connor...
- Wyjdź z tego pokoju! - Usiadłem na łóżku.
Widziałem w jego oczach strach. Powoli się ode mnie oddalił i wybiegł z pokoju.
Ponownie się położyłem, lecz tym razem się przykryłem kołdrą.. Jakoś tak zimno było. Po krótkim czasie zasnąłem.

***
- Nie budź go, jeszcze zrobi Ci krzywdę..
- Spadaj James. Wiem jakie to dla niego ważne.
- Narażacie się na niebezpieczeństwo..
- James wynoś się. - Usłyszałem zamknięcie drzwi.
- Connor, wstawaj. Szybko, wstań. - Obudziła mnie Amanda.
- Co się stało?
- Idziemy?
- Gdzie?
- No jak to gdzie? Do Brada.
Na same imię wiedziałem już o co chodzi. 
Zerwałem się na równe nogi i wybiegliśmy z pokoju.
- Poczekaj! - Szepnęła. - Musimy być ostrożni. Musimy iść tak, żeby nikt nas nie słyszał.
- Prowadź..
Po cichu biegliśmy do końca korytarza. Skręciliśmy w prawo i zbiegliśmy po schodach.
Było strasznie ciemno.. jedyne światło, jakie było to te, od księżyca, które padało przez okna.
- Stój.. - Stanąłem, wyciągnąłem z kieszeni inhalator i zaciągnąłem się kilka razy.
- Dobra, to już nie biegniemy. Zwolnijmy trochę.
Schodziliśmy tak z dwadzieścia minut. Myślałem, że te schody nie mają końca. A jednak.
Zeszliśmy tak nisko.. Normalnie to by tutaj chyba była piwnica? Nie rozumiem. Nic nie rozumiem.
- Tutaj nikt nie dyżuruje.. - Powiedziała śmiało.
- Wiesz.. tutaj jest strasznie..
- Mówiłam Ci.
Nie było żadnego światła.. Am włączyła latarkę, którą wcześniej wzięła ze sobą. Było chorobliwie zimno i było czuć wilgoć. Wszędzie były pająki.. a nawet były szczury. To nie są odpowiednie warunki do życia..
Mam nadzieję, że znajdę Brada i go stąd szybko wyciągnę.
Podszedłem niepewnie do jednych z drzwi.
- Bradziu? - Zawołałem.
Lecz odpowiedziała mi tylko ta irytująca cisza i ciemność.
Sprawdzaliśmy wszystkie drzwi od izolatek. Nigdzie nie było Brada.
- Wracajmy stąd Am..
- Z przyjemnością. - Miała gęsią skórkę.
Wybiegliśmy z tego miejsca. Amanda szybko wyłączyła latarkę by nikt nie zauważył nas.
Z wchodzeniem po schodach było trudniej niż schodzenie z nich. Zmęczyłem się ogromnie.
Ostrożnie weszliśmy na drugie piętro i uciekliśmy do swoich pokoi.
Kręciłem się w kółko myśląc o tych izolatkach.. o tych warunkach jakie tam panują..
Najbardziej niepokojący jest fakt, że nie było tam mojego Aniołka..
Potknąłem się i upadłem na łóżko.
Nie miałem siły wstać. Zasnąłem jak dziecko.

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 26 Leniuchowanie

Zastanawiam się czasem czy to nie dzieje się wszystko przeze mnie.. Odnoszę takie wrażenie, że praktycznie czego nie zrobię, to będzie źle. Miewam takie przeczucie, że "pomagam" Bradu w samookaleczeniu się. Nie pokazywałem, ani nie mówiłem, jak bardzo mi na nim zależy. Nie mówiłem jak bardzo się z nim zżyłem.. Nie pokazałem mu tego. Czasami już nie wytrzymuję.. mam ochotę stąd odejść, ale jeszcze nie teraz..
Otworzyłem powoli zaspane oczy. Czułem ten piękny zapach, przy którym wszystkie złe myśli odchodziły gdzieś daleko - Jego perfumy.
Oderwałem policzek z jego nagiej klatki piersiowej i powoli usiadłem na łóżku. Spojrzałem na śpiącego loczka.
Słodko wygląda kiedy śpi. Jest wtedy taki spokojny, bezbronny. Gdyby ktoś go pierwszy raz zobaczył, nie uwierzyłby, że się tnie... No po prostu Aniołek.
Gdy przyglądałem się uważnie Bradu, zauważyłem, że oślinił poduszkę. Zacząłem się głośno śmiać. Chwilę potem, natychmiastowo zatkałem buzię zdając sobie sprawę z tego, że mogłem go obudzić.
Szatyn przetarł swoje oczy jedną ręką i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Nie chciałem Cię obudzić.. - Wbiłem wzrok w białą pościel.
- Nic nie szkodzi. - Usiadł i pociągnął mnie za sobą. - Pójdziemy spać jeszcze raz. - Ziewnął.
- Nigdy tak długo nie spałeś..
- No widzisz, wyśpię się za wszystkie czasy. - Zamknął oczy i usnął wtulony we mnie.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Po krótkim czasie zacząłem się nudzić, ponieważ nie mogłem usnąć.
Zacząłem bawić się jego loczkami.
- Nie możesz zasnąć? - Spojrzał mi w oczy.
- Wiesz, jest już dzień. Nie jetem jakoś zmęczony.
Wspiął się na mnie i przytulił mocno. Odwzajemniłem uścisk i pocałowałem go w czuprynę.
Trzymam w swoich ramionach, cały mój świat. Czy jetem szczęśliwy? Aktualnie to, tak. Praktycznie zawsze gdy jestem z moim szczęściem.
Ktoś wszedł do pokoju. Zostawił otwarte drzwi i każdy mógł zobaczyć co się u nas dzieje.
- Chłopaki! Myślałem, że terapia pomogła! - Odciągnął loczka ode mnie.
- Najwyraźniej, nie. - Usiadłem wkurzony.
- Spaliście ze sobą? - Popatrzył się na mnie i na chłopaka, którego trzymał McCurdy.
- Codziennie ze sobą śpimy. - Powiedział chłodno Brad.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - Puścił go. Szatyn wlazł na łóżko. - Pytam się was o coś.
Milczeliśmy. Nie mieliśmy ochotę z nim rozmawiać.
- Nie.. To na marne.. - Pomasował się po czole. - Dlaczego to mi robicie?
- O co panu chodzi?
- Chciałem po dobroci, abyście z tego zrezygnowali. Lecz teraz będzie na przymus.
Spojrzeliśmy z loczkiem sobie głęboko w oczy. Widziałem w jego oczach nabrane łzy. Pokiwałem tylko głową i pocałowałem delikatnie w usta.
- Uśmiechnij się dla mnie. - Powiedziałem. - Chociaż dla mnie. - Otarłem jego łzę, przed jej spłynięciem.
- Chłopaki.. - Usiadł ociężale na nasze łóżko.
Przyciągnąłem do siebie Bradzia i wtuliłem go w siebie.
- Bardzo was lubię.. Nie chcę żebyście się pozabijali gdybym was rozdzielił.
- Nie może pan. - Przeraziłem się.
- Musimy współpracować..
- Nie! Nie będziemy! Nie chcę się rozstawać z moim Connorkiem! - Wzmocnił swój uścisk.
- A tak z innej beczki, to nie po to tutaj przyszedłem.
- Więc po co?
- Chciałem Ci podziękować Con.
- Za co? - Zdziwiłem się.
- Dzięki Tobie Jane wychodziła ze swojego pokoju. Coś masz w sobie takiego.. że zmieniasz ludzi.
- Niektórych niestety nie.. - Mój głos ucichł i spojrzałem na Brada.
- Uważasz, że nie zmieniłeś Brada? - Zerwał się na równe nogi. - Człowieku! On chodził jak jakaś zmora po tym szpitalu! W każdym kącie już siedział! A potem zostałeś przydzielony do jego pokoju. Zmieniłeś go nie do poznania!
- Być może pan ma racje..
- Tak, ale mniejsza z tym. Chciałem was poinformować, że Jane nie żyje.
- Co? Ale jak to?
- Wcześniej było dobrze.. Dawaliśmy jej leki i było już całkiem dobrze. Przed wczoraj mieliśmy ją wypuszczać z izolatki, ale..
- Ale?
- To coś powróciło tak nagle i tym razem żadne leki nie pomagały.. Nie chciała nic jeść, w niektórych chwilach wołała o jedzenie i łykała w całości posiłki. Potrafiła na raz wypić trzy litry wody..
- To dziwne, zwłaszcza, że zawsze jadła mało.. - Szatyn słuchał uważnie rozmowy.
- Właśnie, albo wtedy, kiedy mówiła bezpłciowym głosem.. Była sina, tworzyły się jej nowe blizny. Wszędzie. Wczoraj wezwaliśmy księdza i powiedział, że trzeba przeprowadzić egzorcyzm.
- To straszne - Szepnął Bradzio.
- Po dwóch godzinach ksiądz wyszedł z pomieszczenia i powiedział, że demon odszedł, ale dziewczyna nie przeżyła. Nie miała już siły, żeby przetrwać to.
- Nie mogę w to uwierzyć.. Nie zasługiwała na to.
- Nikt na to nie zasługuje i nikomu tego nie życzę.To wszystko co chciałem wam powiedzieć. - Podszedł do progu drzwi.
Zaczęliśmy z Bradem się całować.
- A i jeszcze jedno.. Ubierzcie się i przestańcie to na moich oczach, proszę. - Usłyszeliśmy zamknięcie drzwi.
Szatyn oderwał się od moich warg.
- Twoje usta są takie mięciutkie.
- Wiem. - Uśmiechnąłem się.
- Zdajesz sobie sprawę, że Jane opętało przez te książki?
- Jeju, no wiem. Musisz mi przypominać? - Zniknął mi banan z twarzy.
- Mówiłem Ci, żebyś tego nie czytał. - Pogładził mnie po ramieniu.
- Gdybym wiedział jakie będą tego skutki, to bym ich nawet nie tknął.
- No cóż, stało się. Niestety. Trzeba z tym nauczyć się żyć. Zapamiętajmy ją z tej dobrej strony. - Przytulił mnie mocno od tyłu.
Poczułem jego mokre wargi na moim karku, dostałem gęsiej skórki. Położył się i pociągnął mnie za sobą.
- Bradzio.. - Mruknąłem.
- Mój koteczku. - Pocałował mnie w czubek nosa.
- Nie chce mi się nic dzisiaj.
- Może cały dzień spędzimy w łóżku? - Uśmiechnął się szeroko i poruszył powoli brwiami.
- Zboczeniec. - Zaśmiałem się.
Dręczyło mnie sumienie, że to wszystko przeze mnie. Że to moja wina, że Jane już z nami nie ma. Gdyby to się stało mojemu Bradziowi, to nie wybaczyłbym sobie tego nigdy i sam bym popełnił samobójstwo.
- Ale w sumie, to czemu nie. Fajnie tak spędzić cały dzień na leniuchowaniu.
- Decyzja należy do Ciebie skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- No możemy.. - Pocałowałem go w policzek.
- Mój kochany leniuszek. - Objął mnie mocno.
- Twój. - Szepnąłem mu do ucha.
Do pokoju weszła Amanda. Podeszła do nas.
- Kobieto, czy Ty nie możesz wybierać innych momentów? - powiedział loczek
- Nie i przestań.
- O co Ci chodzi?
- O co mi chodzi? Jesteś dla mnie i innych nie miły! Odkąd Connor powrócił, masz nas gdzieś i na dodatek unikasz nas.
- Nie unikam, po prostu mam ważniejsze sprawy.
- Ważniejsze sprawy? Co takiego ważnego robisz ZAWSZE z Conem?
- PRZESTAŃCIE! - Zerwałem się. - Łeb mnie trzaska, a wy się kłócicie z wrzaskami.
- Kaca masz?
- Tak, kaca. Ty weź czasem pomyśl. - stuknął się w czoło Brad.
- Uspokójcie się. Błagam.
- To czemu Cie głowa boli?
- Am, nie pamiętasz już że wczoraj wyłem?
- Moje biedactwo.. Cały dzień płakałeś?
- Twoje? On jest mój! Tylko mój! - Wtulił się we mnie.
- Uhm, rozumiem. Czemu jesteście jeszcze w łóżku? Już jest po dwunastej.
- Mamy zamiar być leniami i nie wychodzić z łóżka.
- A kiedy to wy nie jesteście nimi.. - Zaśmiała się i wyszła z pokoju.
Popatrzyliśmy się po sobie. Zaczęliśmy się śmiać.
- Po co ona w ogóle tutaj przyszła?
- Nie wiem.. - Skończyłem się śmiać i sięgnąłem po inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy.
- Mój misio, dlaczego ty musisz mieć te chore serduszko i te płuca?
- No widzisz.. widocznie, należało mi się. Taka kara.
- Nie prawda. Jesteś aniołkiem, nie możesz mieć żadnej kary..
- Twoje zdanie.
- Powoli mi się nudzi.. - Marudził
- To był twój pomysł. Chociaż w sumie..
- Co żeś wymyślił?
- Czekaj. - Wstałem, chwyciłem za moją gitarę i wróciłem na łóżko.
Z szuflady wyciągnąłem swój zeszyt i przewróciłem kilka kartek.
Po chwili zacząłem grać, a potem zaśpiewałem.
Merrily we fall out of line, out of line.
I'd fall anywhere with you,
I'm by your side.
Swinging in the rain
Humming melodies.
We're not going anywhere until we freeze.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.

Carefully we'll place for our destiny.
You came and you took this heart
And set it free.
Every word you write and sing is so warm to me
So warm to me.
I'm torn, I'm torn.
To be right where you are.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.
I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.

You so know me.
Pinch me gently.
I can hardly breath.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.

I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.
- Jejku Con, nie słyszałem jej nigdy
- Bo wcześniej nie była kończona.. Zacząłem ją pisać, kiedy zaprzyjaźniliśmy się..
- Mój kochany. - Przytulił mnie mocno i wycałował. - Wiesz co mnie teraz denerwuje?
- Hm?
- Że nie masz na sobie koszulki, a poszarpałbym.
Zacząłem się śmiać.
- Chłopcy, obiad! - Weszła i wyszła pielęgniarka.
- Trzeba coś na siebie ubrać.
- Po co? - Zaśmiałem się.
- Bo będę cholernie o Ciebie zazdrosny, jak każdy będzie Cię widział w samych bokserkach.
- Przestań zagryzać tą wargę!
- Przepraszam. - Podszedłem do szafy i wyciągnąłem spodnie i jakąś koszulkę.
Wyszliśmy na obiad. Szliśmy jak zwykle za rękę. By pokazać, że jesteśmy tylko swoi. Nikogo więcej, tylko swoi.
- Wchodź pierwszy. - Otworzył przede mną drzwi.
- Ej! - Klepnął mnie w tyłek. - Bradziu!
Szatyn zaśmiał się i wszedł do środka. Wzięliśmy talerze i usiedliśmy do dwuosobowego stolika.
- Już nie pamiętam kiedy ostatnio smakowało mi tutejsze jedzenie. - Zarzucił.
Wiedziałem, że jeszcze nie skończył swojej wypowiedzi, więc uśmiechnąłem się dla kontynuacji jej.
- Zapewne wiesz co chcę powiedzieć.
- Chyba tak. - Przełknąłem posiłek
- Co mnie to obchodzi, że się powtarzam z tym, jak bardzo Cię kocham, ale będę Ci to mówił cały czas.
- Czemu?
- Bo chcę żebyś wiedział, że nigdy nie przestanę. - Złapał mnie za lewą rękę i pogładził swoimi opuszkami.
- Kochany jesteś. - Uśmiechnąłem się.
- Specjalnie dla Ciebie. Muszę podziękować Bogu, że przysłał mi takiego anioła stróża.
- Bradziu.. To był istny przypadek, że tutaj trafiłem..
- Nic nie dzieje się przypadkiem. - Wstał, pocałował mnie w policzek i zaniósł swój talerz.
Dzisiaj jest jakiś taki delikatny i bardzo uroczy.. Niby jest okej, ale mam jednak przeczucie, że coś go trapi, ponieważ nie codziennie się tak zachowuje.. Martwię się o niego.
Wstałem i zaniosłem talerz jak Brad. Razem opuściliśmy stołówkę.
- Bradzio. - Przytuliłem go.
- Co jest Connorku? - Pogładził mi plecy.
- Jest wszystko dobrze?
- Oczywiście, czemu miałoby być inaczej?
- No nie wiem.. jesteś taki bardziej miły, uroczy i delikatny.
- Kiedyś trzeba się zmienić. - Powiedział ciepło i pocałował mnie w czoło.
- Na pewno nic się nie dzieje?
- Co to za głupie pytanie?
- Kocham Cię całym swoim serduszkiem.. i..
- I? - Złapał mnie za ramiona, odczepił mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.
- I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil i choćby cały świat Ci się rozpadł w pył, możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt..
- Co chcesz mi przez to powiedzieć?
- Że masz mi mówić zawsze co się dzieje, kiedy jest Ci źle i możesz mi zaufać. Nigdy nie wygadam żadnych sekretów. Wszystko może zostać między nami..
- Wszystko?
- Tak misiu. - Poleciały mu łzy. - Ej.. nie płakusiaj. Jestem przy Tobie.
Otarłem jego łzy i wtuliłem się w szatynka.
- Tak bardzo Cię kocham, wiesz?
- Ja Ciebie mocniej. O wiele razy mocniej i boli mnie bardziej gdy widzę, że cierpisz.
- Ball! Simpson! - Odwróciliśmy się. - Na salę!
Spojrzeliśmy po sobie i zaśmialiśmy się.
- Idziemy tam?
- Wiesz co? Niech sobie daruje o tej parze idealnej z kobiety i mężczyzny. Mam Ciebie i nikogo więcej.
- Masz rację. Nie idźmy tam. Chodźmy do pokoju.
Ruszyliśmy do naszego pokoju. Nie mojego, nie Brada, tylko naszego.
Zastanawiam się, co by to było gdybym jednak nie wylądował w tym szpitalu.. Zapewne mój loczek nadal by chodził jak zmora, a ja nadal bym był wyśmiewany i odtrącany od swoich rówieśników.
- Nie żeby coś, ale nudno.. - Marudził jak zwykle.
- Wiesz co zazwyczaj robie jak jest mi nudno?
- Hm?
- Robię sobie zdjęcia. - Zacząłem się śmiać.
Chłopak ucieszył się, że będziemy coś robić i zaczęliśmy robić głupie miny, dzióbki, a nawet nagrywaliśmy filmiki, gdzie nic nie było innego słychać prócz naszych śmiechów. Można było powiedzieć, że serio nam odbiło, lecz bawiliśmy się przy tym jak małe dzieci.
- O Boże, jak ja tu wyszedłem! Nikomu tego nie pokazuj! Błagam! - Ledwo mówił przez śmiech.
Nigdy, ale to przenigdy nie widziałem Brada, kiedy tak się świetnie bawił i przy tym był cały czerwony od śmiechu. Gdy widziałem go w takim stanie, serce mi się cieszyło. Nie usunę tych zdjęć, ani tych filmików. Zostaną na zawsze na mojej karcie pamięci i w mojej głowie.