wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 9 Gdzie byłeś?

Obudziło mnie światło wpadające przez niezasłonięte okno.
Jak to? Jest już dzień?
Spojrzałem na łóżko Brada. Było puste. Zaczął ogarniać mnie niepokój. W mojej głowie układał się przerażający scenariusz.
Con spokojnie nie dramatyzuj tak, może jest w łazience, a ty wyobrażasz sobie Bóg wie co.
Odchyliłem poduszkę aby wziąć mój telefon. Zmarszczyłem brwi. Moja komórka gdzieś zniknęła.
Ah no tak przecież mi ją zabrali. Ugh... Ja nie jestem uzależniony.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafy. Wziąłem czyste ubrania i udałem się pod prysznic. Na korytarzu były tylko 2 pielęgniarki. Jeszcze nie widziałem pustego korytarza. Zerknąłem za zegar wiszący przy pokoju pielęgniarek. Wskazywał 6.45. Lekko się zdziwiłem. Nigdy nie wstawałem tak wcześnie.
O godzinie 7.14 przekroczyłem próg mojego pokoju.
Czy tak na prawdę jest mój? Jak mogę go nazywać moim pokojem skoro praktycznie nie ma tam moich rzeczy. To, że w nim śpię i przebywam w nim sporą część dnia nie oznacza, że to jest mój pokój.
-Cześć.- z zamyślenia wyrwał mnie głoś mojego współlokatora.
-Brad! Martwiłem się!- rzuciłem mu się na szyję. Mocno się zdziwił, ale odwzajemnił uścisk.
-Jak tam twoja noga?
-Lepiej. Gdzie byłeś?- puściłem go i udałem się w stronę okna.
-Przynieść ci śniadanie?- zapytał kierując się w stronę drzwi.
-Umm... Okay.
Uchyliłem okno. Do pokoju wdarł się przyjemny powiew wiatru. Usiadłem na łóżku i zacząłem masować moją obolałą kostkę.
-Connor co ty robisz?- zawołał Brad podbiegając do okna.- Nigdy nie otwieraj tego okna rozumiesz!?
-Ale dlaczego?
-Nie otwieraj i już.
Loczek położył się na łóżku i znów zaczął czytać książkę. Zacząłem jeść śniadanie.
-A ty nie jesz?- spojrzałem w jego stronę.
-Nie, jedz.- uśmiechnął się.
Szybko zjadłem posiłek i położyłem się. Pogrążyłem się w rozmyśleniach...
Na prawdę nie wiem co zrobiłem nie tak. Czemu oni się mnie wyrzekli? Nie mam już nikogo. Mój przyjaciel pewnie też nie chce mnie znać. Co to za przyjaciel który mnie zostawił? Jestem na tym świecie sam jak palec. 
Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
-Ej Connor co się dzieje?- usiadłem na łóżku. Brad usiadł obok mnie. Zaczął głaskać mnie po głowie.-Cii... Już dobrze nie płacz.
Wtuliłem się w niego jeszcze bardziej. Nie wiem jak długo tak trwaliśmy. Może sekundy, może minuty...
-Już lepiej?- spytał odsuwając się ode mnie.
-Tak, dzięki.
Wstałem z łóżka i udałem się w stronę drzwi.
-Gdzie idziesz?
-Sprawdzić która godzina,bo ci idioci uważają, że jestem uzależniony od telefonu i mi go zabrali.
Loczek wyciągnął rękę i wskazał na coś pomiędzy bransoletkami.
-Ja mam zegarek. Jest 11.26. Jeszcze dużo czasu do obiadu.
Udałem się z powrotem na moje łóżko. Brad rzucił się na swoje i znów zaczął czytać. Położyłem głowę na poduszce i odwróciłem ją w stronę czytającego chłopaka.
-Brad?- spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem. -Jak skończysz czytać tą książkę to pożyczysz mi ją?
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo to nie jest odpowiednia książka dla ciebie.
-A o czym jest?
-Nie ważna, na prawdę nie ważne.
-Brad?
-Co?- dało się wyczuć, że jest lekko wkurzony.
-Gdzie byłeś?
Cisza.
-Brad gdzie byłeś, martwiłem się...
-Nie musiałeś.
-Bałem się, że coś sobie zrobiłeś.- poprawił się na łóżku.- Gdzie byłeś?
Znowu cisza.
-Gdzie byłeś? Może byś mi odpowiedział, bo wychodzę na jakiegoś świra gadającego do siebie.- uśmiechnął się.- To cię bawi? Ciekawe czy będziesz się z tego śmiał.
Wyciągnąłem z pod głowy poduszkę i rzuciłem w niego.
-Ogarnij się. Jeszcze ktoś przyjdzie i będzie przypał.- odrzucił mi poduszkę.
Co go ugryzło? Pewnie wkurzyła go moja "dociekliwość". Ugh.. Gdyby mi za pierwszym razem odpowiedział gdzie był nie byłbym taki nachalny.. On chyba na nie rozumie, że jest dla mnie naprawdę ważny i nie wybaczyłbym sobie jakby coś mu się stało...
Brad to skryty chłopak. Mam nadzieję, że w końcu mi dostatecznie zaufa i otworzy się przede mną. Może staniemy się przyjaciółmi... 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 8 Poznawanie Przyczyn

Nam się zdaje, że to tak łatwo się wszystko zaczyna, tak pięknie gładko, ale jednak coś po drodze idzie nie tak. Wystarczy chwila nieuwagi i można się przewrócić. Nie wszystko idzie jak po maśle.
Lecz przychodzi pewien czas, kiedy musimy powiedzieć sobie głośne, srogie "dosyć".
Od pewnego czasu, zauważyłem u Brada, coraz więcej bransoletek. Nawet fajnie to wygląda. Mam parę swoich. Może nie będzie zły, jeżeli skopiuję jedną rzecz od jego stylu.
Kiedy zakładałem woje bransoletki, wszedł Bradley z moim obiadem. Ze strachu podskoczyłem na swoim łóżku i uśmiechnąłem się słabo do przyjaciela.
- Connor? Co ty robisz?
- Ten no, wiesz.. - Speszyłem się.
Postawił jedzenie na stoliku.
- Ściągaj je migiem. - Spojrzał na mnie wrogo.
- Czemu? - Usiadł obok mnie.
- Ściągnij na chwile. 
Zrobiłem jak kazał. Obejrzał ręce.
- I co ?
- Po co Ci one?
- No bo wiesz.. Nie bądź zły, chciałem tylko je mieć tak jak ty, bo fajnie to nawet wygląda.
- Mhm.. to możesz je założyć. - Uśmiechnął się. - Ale teraz zjedz.
Wstał i skierował się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?
- Do łazienki. - Uśmiechnął się szeroko i wyszedł.
Wstałem z łóżka i szedłem po inhalator, który leżał na zaścielonym łóżku mojego współlokatora. Chwyciłem za moją rzecz i powróciłem na swoje łóżko.
Nagle coś mnie złapało za kostkę. Wypuściłem inhalator i upadłem na podłogę. Z tego szoku, nie mogłem nic z siebie wykrztusić. To coś mnie wciągnęło. Było ciemno.  Nic nie widziałem.. Słyszałem tylko krzyki. A raczej wołanie. Poczułem jak ktoś mnie ciągnie za kostkę.
- Coś ty mu zrobiła?! - Usłyszałem wycie Brada.
- Zamknij się lepiej i go dobij.
- Ty nie jesteś normalna! Jesteś szatanem! Nienawidzę Cie! - Poczułem jak na koszulkę spadały pojedyncze krople.
- Na nic się nigdy nie przydajesz.. Jesteś nikim rozumiesz? Odsuń się, sama go dobiję.
- Nie! - Poczułem znów twardość podłogi. - Jeżeli jeszcze raz przyjdziesz do tego pokoju, w złych zamiarach, to źle się skończy. NIKT, ale to NIKT mi go nie skrzywdzi rozumiesz?! Pytam się czy rozumiesz?
- No rozumiem rozumiem, ale puść mnie już! Bo się poskarżę!
- TY? Ty się poskarżysz? To ja na Ciebie doniosę. Za wszystko co zrobiłaś! Mnie, Conowi i wszystkim tutaj! To ty sprawiłaś, że wszyscy tutaj zostaną dłużej!
- Nie chciałam być sama.. - Głos się przełamał i zaczął się szloch. 
- On przez Ciebie teraz nie kontaktuje normalnie!! Ma otwarte oczy, nie rozumie to co do niego mówie! Nie chce Cie widzieć więcej na oczy!
- Pożałujesz tego.
- Nie! To ty pożałujesz, jeżeli zaraz się stąd nie wyniesiesz!
Po chwili usłyszałem głośny trzask i zaciąganie nosem. Zaraz potem odzyskiwałem wzrok. Przetarłem oczy.
Ujrzałem skulonego bruneta. Płakał cicho i kołysał się w przód i w tył.
Powoli przysunąłem się do Bradleya i go przytuliłem.
- Con? Jesteś cały?! Jezu nie wierze! - Odwrócił się i mocno mnie uściskał.
- Spokojnie, bo mi płuca nie wytrzymają.. - Powiedziałem szeptem z chrypą.
- Poczekaj chwilkę. - Wstał i szybko podniósł z podłogi mój inhalator, po czym podał mi go.
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się do niego i zaciągnąłem się dwa razy.
Już 18? Jak? Kiedy to minęło? Dość szybko zleciał dzisiejszy dzień... 
- To co, dokończysz obiad czy wolisz ciepłą kolację?
- A o dzisiaj na kolacje?
- Tosty - Uśmiechnął się.
- Serio? Od kiedy takie delikatesy są! - Zaśmialiśmy się.
Wstałem szybko i ruszyłem w stronę drzwi.
- Już Cię noga nie boli? - Zdziwił się
- Nie.. Uhm, daj mi to. - Wziąłem od niego talerz z zimnym obiadem i wyszliśmy z pokoju.
Po drodze natknęliśmy się na McCurdiego.
- Widzę, że twoja noga miewa się dobrze, tak jak i ty.. taki radosny, że to aż niepokojące. - Uśmiechnął się.
- Trzeba cieszyć się życiem.
- I dlatego Cię lubię. Lećcie na stołówkę, bo za chwilę znikną tosty! - Zaśmiał się.
Cudem zdążyliśmy na ostatnie cztery tosty. Usiedliśmy przy stoliku, gdzie znajdowali się : Klara, Amanda, Mark i James.
- Cześć wszystkim.
- Widzę, że humor Ci sprzyja Connor. - Powiedział Mark.
- Tak.
- Ale za to komuś już nie.. - Rzekła Amanda i spojrzała na Brada.
- Coś się stało? - Zapytał James.
- Brad. - Szturchnąłem go lekko.
- Co? Ja? Nic, tylko.. zamyśliłem się tylko.. - Wziął gryza zapiekanego chleba.
- Mhm, jasne. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy widzimy Cię w takim stanie.
- Jest dobrze. - Spojrzał wszystkim po kolei prosto w oczy.
- Kłamiesz. - Powiedziała Klara.
- Dajcie mi święty spokój! - Wstał i wyszedł z sali.
Dokończyliśmy jeść w milczeniu. Wstałem i zaniosłem swój talerz do okienka, na brudne naczynia.
Ktoś mnie klepnął w ramie. Odwróciłem się.
- Tak?
- Zanieś to Bradu i rozchmurz go trochę.
- Jasne, dzięki Amanda. - Uśmiechnęła się do mnie.
Wyszedłem ze stołówki i poszedłem korytarzem do mojego pokoju.
Wszedłem po cichu. Lokowaty leżał w swoim łóżku. Podszedłem i usiadłem na brzegu.
- Hej, przyniosłem Ci nie zjedzoną kolację.
- Nie jestem głodny.
- E, co się stało? Brad.. - Pogłaskałem go po ramieniu.
- Proszę Cię, nie rób mi tak.
- Dlaczego?
- Bo.. no bo.. Nie ważne. Nie rób mi tak.
- To powiedz mi co się stało?
- Nic. Zajmij się sobą. Proszę.
- No dobra, jak chcesz.
Dlaczego nie pozwala mi się dotykać? Co się stało? Jeszcze godzinę temu się przytulaliśmy, a teraz nie chce nawet dotknięcia po ramieniu? Co tu nie gra..
Poszedłem wziąć prysznic. Gdy wróciłem, wskoczyłem na swoje łóżko. Spojrzałem jeszcze raz w stronę Bradleya.
Dobrze, że chociaż zjadł kolację. Jutro musimy porozmawiać.
Zakryłem się kołdrą i zgasiłem światło.
- Dobranoc Brad..
Nie odzyskałem odpowiedzi i usnąłem.
Usłyszałem jak coś padło na podłogę. Otworzyłem szybko zaspane oczy.
- Brad?
- Ta, dzień dobry.
- Co tam chowasz?
- Nic ważnego..
- Brad martwię się o Ciebie i nie tylko ja. Pokaż mi to. - Wstałem z łóżka.
- To zwykła szkatułka. - Pokazał i szybko schował.
- Pokaż mi to! - Chwyciłem za pudełko.
- Nie, Connor zostaw proszę! - Zaczęliśmy szarpać drewnianą szkatułkę.
- No pokaż mi! Co Ci szkodzi!
- Dużo szkodzi!
- Martwimy się!! - Wyrwałem mu z rąk i otworzyło się pudełko. Przy okazji wywaliłem się na podłogę.
- No nie. - Zaczął po kolei zbierać małe przedmioty.
- Brad... - Obejrzałem się wokół siebie, na podłodze.
- Taki jest efekt, jak się nikt mnie nie słucha.
- Ale Brad! Tu są wszędzie żyletki! Co to ma znaczyć?
- Pomóż mi to zbierać, a nie.
- Bradley.. nie mów, że..
- Nic na ten temat nie będę Ci mówił. Daj mi to pudełko. - Wsypał część żyletek.
- No dobra, ale po co Ci ich aż tyle??
- To już moja sprawa. Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz..  - Wsypałem kilka żyletek.
- To już wszystkie? Nie ma nigdzie?
Wstaliśmy i szukaliśmy wzrokiem po podłodze.
- Nie, nie ma już.
- To dobrze. - Zamknął szkatułkę, wyciągnął ze spodni małą kłódkę i zapiął ją na drewnianym pudełku.
- Ani słowa jasne?
- No nie wiem..
- A z resztą. Mów. Pójdę do izolatki bynajmniej.
- Ej nie.. Dobra, nie powiem.
- Mam nadzieję. - Wyszedł z pokoju.
No i znowu spaprałem sprawę. Mogłem go zostawić w spokoju.. Nie chcę stracić też i jego.. Co ja zrobiłem? 
Przebrałem się szybko w normalne ubranie. Rozczesałem włosy i wyszedłem z pokoju.
Usłyszałem śmiechy z pokoju obok. Drzwi są otwarte i zajrzałem do środka. Była tam Amanda ze swoimi koleżankami. Zapukałem.
- Proszę! - Krzyknęła jedna z dziewczyn.
- Cześć dziewczyny..
- O mój boże! - Dwie z nich zaczęły piszczeć, szeptały i śmiały się do siebie.
Podrapałem się z tyłu głowy
- Coś się stało Connor? - Zapytała Amanda.
- A nic.. tak przyszedłem. Chciałem z kimś pogadać.
- O jezu, chciał z nami pogadać! - Krzyknęła dziewczyna z tyłu.
- Jak macie na imię?
- Rose.. - Zarumieniła się.
- Alice.
- A ty? - Usiadłem obok smutnej szatynki.
- Ja? - Powoli podniosła głowę.
- Tak, ty
- Jane..
- Miło mi was wszystkie poznać - Uśmiechnąłem się.
- Connor chodź ze mną. - Pociągnęła mnie za rękę Amanda.
- To, do zobaczenia - Wyszliśmy z pokoju.
- Co się dzieje z Bradem?
- Nie wiem..
- Nie pytałeś się? O, idzie. Brad! Braad!! - Pobiegła za nim.
Może z nią normalnie porozmawia, ja zatem wrócę do dziewczyn.. może powiedzą mi coś o sobie. Muszę z kimś normalnie i na spokojnie porozmawiać.
Wróciłem do pokoju.
- Conor! Ej bo wiesz...
- Tak Alice?
- Rose ma Ci coś do powiedzenia!! - Zaśmiała się.
- Nie prawda!
- Prawda!
- O co chodzi?
- Jane sie w tobie zakochała! - Krzyknęła Rose.
- A nie ty? - Popatrzyła na nią Alice.
- Nie! Jane. - Zaśmiała się. - A ty, Alice chodź ze mną.. Muszę Ci przywalić.
Zdziwiłem się..
- Ale za co?
- Za to, że prawie się skapnął idiotko. - Wyprowadziła ją za drzwi.
Podszedłem do Jane.
- Wiesz.. Nie tak wyobrażałem sobie rozmowy..
- To się przyzwyczaj, bo one takie są. A tak a pro po wierzysz im?
- Nie za bardzo.
- Tak trzymaj.
- Jak tutaj trafiłaś? - Milczała. Lecz po chwili się przełamała.
- Na pewno chcesz wiedzieć?
- Tak. Muszę z kimś porozmawiać.. Bo chcę tutaj wszystkich poznać.
- Nie poznasz tutaj wszystkich.
- Dlaczego ? - Usiadłem obok niej.
- Ten budynek ma kilka pięter i na wszystkich piętrach są ludzie a w dodatku są także izolatki.
- No dobrze, no to z tego piętra chciałbym poznać.
- Co chcesz konkretnie o mnie wiedzieć?
- Z jakich przyczyn się tutaj dostałaś?
Podwinęła rękawy. Na jej rękach widniały blizny. Nie dało się ich wszystkich zliczyć. Jedna na drugiej.
- Raz na lekcji w-fu nauczyciel zauważył kilka kresek.. i mnie wysłał do psychologa. Później zaczęłam robić tego więcej i w końcu rodzice się dowiedzieli i wysłali mnie tutaj.
- Nie widziałem Cię wcześniej..
- Nie wychodzę praktycznie z pokoju..
- Rozumiem.. Nie boli Cię to? - Wskazałem na blizny.
- Nie... Już nie.. Za pierwszym razem, troszkę szczypało, ale też zależy jak mocno się ciąłeś.
- A jak mocno się cięłaś?
- Wystarczająco mocno, żeby mi lżyło.
- Dlaczego zaczęłaś to ?
- Nie wytrzymywałam już psychicznie.
- Coś się stało?
- To już moja prywatna sprawa...
- Szanuję to. Cóż, miło mi się z tobą rozmawiało.. Idziesz na obiad?
- Na obiad?
- Tak.. wiesz, jedzenie na stołówce i te sprawy.
- W sumie, pierwszy raz będę tam jadła z kimś.
- Chodź. - Uśmiechnąłem się i podałem jej rękę by wstała.
Wyszliśmy z pokoju i ruszyliśmy na stołówkę. Usiedliśmy razem przy stoliku i zaczęliśmy jeść i rozmawiać ze sobą.
- Nie przeszkadzam wam? - Powiedziała zdenerwowana.
- Klara? - Popatrzyłem to na nią, to na Jane. - Wiesz.. już kończymy jeść..
- Nie ma sprawy. A z Tobą sobie jeszcze porozmawiam. - Popatrzyła wrogo na szatynkę.
- Pokłóciłyście się?
- Jest zazdrosna..
- O co ? - Zaśmiałem się.
- O Ciebie.
- Co? - Odłożyłem jedzenie. - Jak to?
- No tak to. Nie widziałeś, jak wcześniej cały czas latała za Tobą? Mam z nią pokój. I zawsze gdy przychodziła, był wiecznie jeden i ten sam temat o Tobie, jaki to jesteś najlepszy i wgl.
- Ja? Najlepszy.. nie określiłbym tak siebie..
- No widzisz.. Wiesz co, nie mam ochoty na jedzenie.
- W sumie ja też już nie przełknę. Daj. - Wziąłem swój talerz
- Ej, nie jesteś służącym. Umiem zanieść talerz.
Zanieśliśmy talerze i wyszliśmy stamtąd.
- Cały czas byłeś za ścianą?
- Bywa.. - Zaśmiałem się i wszedłem do środka swojego pokoju.
- To do jutra.
- Cześć.. - Zamknąłem drzwi.
- Znalazłeś nowego przyjaciela widzę..
- Brad? Co ty gadasz?
- Jeżeli nie chcesz, byśmy się przyjaźnili, to powiedz.
- Nie prawda! Chcę! Ale ty..
- Co ja? Nie odpowiadam Ci?
- Stajesz się szorstki wobec mnie.. - Poszedłem usiąść na swoje łóżko.
Spojrzał na mnie. W tej chwili czułem pustkę. Czuję, że z każdą chwilą tracę wszystkich po kolei, na których bardzo mi zależy. Spojrzałem na niego. Kierował się ku drzwiom.
- Brad.. - Zatrzymał się.
- Nie chcę Cię stracić.. Ty jeden mnie rozumiesz.. - Po moich policzkach pociekły słone łzy.
- Nie płacz.
- Czemu?
- Bo krwawisz.
- Jak to? Przecież..
- Łza, to też krew, lecz z duszy nie ciała. - Wyszedł z pokoju.
Siedzę teraz tak sam, w ciemnościach i głuchej ciszy.. zastanawiam się nad wszystkimi czynami, które zrobiłem, nad wszystkimi błędami, które popełniłem.. Ile ludzi zraniłem, a ile mnie zraniło.. Gdyby inni wiedzieli, co się dzieje u mnie w środku, musieliby usiąść i się rozpłakać. 
Niektórzy ludzie potrafią doprowadzić Ciebie do płaczu prawda?
Cóż, ludzie bagatelizują często Twoje smutki i problemy, ponieważ Ty na pewno dasz sobie radę

często chciałbyś mieć kogoś kto Cię zrozumie, z kim będziesz mógł pogadać tak jak inni mogą z Tobą.
Jesteś silny, cholernie silny, ale czasem to powoduje, że czujesz się słabo.

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział 7 Gorszy Dzień

Zastanawiam się, co ja takiego zrobiłem.. Może jak byłem mały, coś złego zrobiłem i już wcześniej nie uznawali mnie za swoje dziecko? Nie wiem.. A może za to, że tutaj trafiłem ? Nie wiem .. Najbardziej zabolało mnie zachowanie matki.. Zawsze była pomocna, łagodna a przede wszystkim wyrozumiała wobec mnie..
Obudziłem się. Wstałem z łóżka. Szedłem w stronę drzwi, lecz w połowie drogi potknąłem się o coś i upadłem z wielkim hukiem.
- Connor ? Już nie śpisz? - Obudził się Brad.
- Nie.. - Syknąłem z bólu.
- Ej, wszystko dobrze ? - Wstał z łóżka.
- Nie.  Nic nie jest dobrze. Cholera jasna, kostka mi spuchła.
- Poczekaj tu. - Wstał i wybiegł z pokoju.
- Jasne.. zostaw mnie samego... Co mi tam. - Chwilę później przybiegł Brad z lekarzem.
- Connor, co się stało? - Zapytał McCurdy.
- No nic takiego..
- Brad powiedział, że to poważne, więc mów. - Kucnął przy mnie. - Wstawaj.
Chwyciłem za jego dłoń i próbowałem wstać, ale noga strasznie mnie zabolała.
- No, usiądź na łóżku i pokaż nogę. Widzę, że jest spuchnięta.. Masz stłuczoną kostkę.
- Może pan jaśniej ?
- No, nie musimy nakładać gipsu, tylko wystarczy żel i bandaż.
- Mhm, to jak nasmaruje to, ból minie ?
- Tak, ale oczywiście nie tak od razu.
- Rozumiem..
- Poczekaj tu na mnie. - Powiedział lekarz. Wstał i wyszedł z pokoju.
Dziesięć minut później przyszedł z tym żelem i bandażem, jak mówił.
Poczułem chłód, kiedy rozsmarował mi żel. Wyjął z woreczka bandaż i owinął nim moją kostkę. Po chwili z chłodnego miejsca, naszła fala przyjemnego ciepła.
- Miałeś już wcześniej naruszaną kostkę? - Zapytał Jack
Relaksowałem się ciepłem wydobywającym się spod opatrunku. Położyłem się na łóżku z zamkniętymi oczami i zasnąłem.
Powoli miałem już tego serdecznie dosyć. 
Czego ? Hm, wszystkiego. Moje życie składa się z tysiąca nieszczęść. Czasami dziwię się samemu sobie, ile już wytrzymałem i nic sobie nie zrobiłem.. Niektórzy mnie za to podziwiają. Ale jeszcze nie dzisiaj, jeszcze nie teraz.
Jestem pełen nadziei na lepszy czas, na lepsze jutro.
- Con, otwórz oczy. - Poklepano mnie po ramieniu.
Przetarłem oczy i poczekałem pięć sekund, aż będę widział normalnie. Usiadłem ociężale.
- Nie jesteś czasem głodny ? - Na moim łóżku siedział uśmiechnięty Brad.
- W sumie.. Czemu by nie. - Wziąłem od niego talerz z sałatką. Lubianą przeze mnie sałatką.
- Smacznego. - Poszedł na swoje łóżko.
- Dbają o naszą figurę, że jest sałatka na śniadanie?
- Twoje późne śniadanie. - Uśmiechnął się.
- Widzę, że humor Ci dopisuje. - Spojrzałem na niego.
Nagle jego promienny uśmiech gdzieś zniknął. Czyżbym coś złego powiedział? Przepraszam.. Nie chciałem. Kiedy on się uśmiecha, ja uśmiecham się od środka. Ale teraz, kiedy już nie widzę jego białych zębów, nastała szarość.
Zaczął kontynuować czytanie swojej książki, na wcześniej zaznaczonej stronie. Natomiast ja, już zjadłem swój posiłek.
- Irytuje mnie ta cisza. - Odłożyłem talerz na stolik.
- Myślałem, że się do niej przyzwyczaiłeś..
- Jeżeli nadal będziesz czytał swoją książkę, a ja patrzył na Ciebie, to zacznę gadać do ścian. - Wstałem z łóżka.
- Co robisz? - Spojrzał na mnie.
- A nie widać? Wychodzę. Nie mam zamiaru ogłupieć.
- A jest Ci tu źle?
- Tak! Bardzo źle! Ja tu nie wytrzymuję z tobą! A teraz daj mi wyjść w spokoju.
- Daleko nie zajdziesz z tą nogą. - Wskazał na zabandażowaną nogę.
- A może i zajdę! - Doskoczyłem na jednej nodze do drzwi i wyszedłem trzaskając.
Powoli mnie wkurza. Czy on nie ma potrzeby rozmawiania z kimś? Szału dostanę! Nie mogę wiecznie siedzieć w tym cholernym milczeniu! Albo niech mnie przeniosą do kogoś innego. Mógłbym spać nawet na podłodze, byle tylko z kimś, kto porozmawia trochę. Nikt nie chce ze mną rozmawiać.. 
Skakałem w stronę gabinetu mojego doktora. Po kilku takich dłuższych skokach, zmęczyłem się i zaczęła mnie pobolewać noga. Wróciłem się troszkę i usiadłem na krzesełku, akurat przed moim pokojem.
Wyjąłem z kieszeni telefon i zacząłem szperać w grach.
- O, kogo ja tu widzę. Nie powinieneś być w łóżku? Chyba rozmawiałem na ten temat z Bradem.
- Nie obchodzi mnie to, o czym pan rozmawiał z nim.
- Wiesz, od dłuższego czasu obserwuję Cię i mnie to niepokoi.
- Mnie też, skoro dowiaduję się co pan robi.
- Nie myślimy o tym samym Connor. - Zabrał telefon z moich rąk.
- Co pan.. ?
- W tym jest problem.. - Podniósł do góry moją cenną rzecz.
- Proszę mi oddać.
- Nie chłopcze..
- Proszę mi oddać telefon w tej chwili!
- Nie podnoś na mnie głosu. Nie, nie dostaniesz go, bo jesteś uzależniony od niego.
- Ja? Uzależniony?
- Tak, gdzie Cię nie zobaczę, grasz na telefonie.
- To nie prawda!
- Connor, nie kontaktujesz normalnie ze swoimi rówieśnikami.
- Ja? Ja nie kontaktuję?! A jak on czyta wiecznie swoją książkę i nie odzywa się do nikogo, to jest dobrze tak? - Wstałem wkurzony
- On, czyli kto?
- Mój współlokator. Tego oczywiście pan nie zauważył bo po co. Tylko wiecznie każdy widzi we mnie czyste zło. Wszyscy są normalni, tylko ja jestem przygłupem tak? Czy nie tak pan uważa?
- Connor posłuchaj.
- Nie, niech teraz ktoś mnie uważnie posłucha. Ja nie wiem za kogo jeszcze mnie uważacie w tym szpitalu, ale wiem jedno, ja albo popełnię tutaj samobójstwo, albo wypuścicie mnie stąd. Ja tu nie pasuję! To jest jedna wielka pomyłka!
- Connor! - Zerwał się na równe nogi. Wszyscy powychodzili ze swoich pokoi by zobaczyć co się stało, że lekarz wrzasnął.
- Co?
- Książka kształci. Telefon nie. Takie jest moje ostateczne zdanie na ten temat. - Odszedł do swojego gabinetu.
No świetnie. Nie mam telefonu. Bo co? Bo stwierdził, że jetem uzależniony.. Nie no super. Tylko tego brakowało. 
Z drugiej kieszeni wyciągnąłem swój inhalator i zaciągnąłem się nim dwa razy.
Spojrzałem na te plastikowe urządzenie. Zacisnąłem pięść na nim.
- Pieprzone płuca! - Rzuciłem z całej siły w ścianę. Roztrzaskał się na kawałki.
Usiadłem zrezygnowany ponownie na krzesełko. Z opuszczoną głową siedziałem i rozmyślałem.
Ktoś usiadł obok mnie. Podniosłem głowę do góry.
- Masz rację. - Szepnął.
- W końcu ktoś to zauważył. - Wbiłem swój wzrok ponownie w podłogę.
- Nikt ze mną nie wytrzymuje. Jestem gównem, który uprzykrza życie innym. - Załamał mu się głos.
Spojrzałem mu w oczy. On zaś odwrócił wzrok, wstał i odszedł.
No i znowu. Znowu wychodzi na to, że ja tu jestem wszystkiego winien! Znowu zostałem sam.. 
Siedziałem jeszcze tak z jakieś kilka minut.
- A co to za rozwalanie rzeczy chłopie? - Przyszła pielęgniarka.
- Szybki ma pani zapłon.. - Powiedziałem znudzony.
- Twoi rodzice za to zapłacili! Powinieneś to uszanować!
- Nie mam rodziców.
- Wiesz co, nie wiem co takiego nabroiłeś, ale pierwszy raz pan McCurdy tak krzyknął.
- Krzyknął? On wrzasnął. - Spojrzałem jak zbierała szczątki inhalatora.
- Ja idę z nim porozmawiać. Może coś da się zrobić z tym. - Pokazała kawalątki mojego urządzenia.
- Mhm, jasne. - Wstałem.
- Okaż jakąś chęć do tego życia!
- Przepraszam bardzo, do czego? Pani nazywa to siedzeniem w tym miejscu życiem? Nie wiem co pani bierze, ale nie myśli panie racjonalnie. - Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi do pokoju.
Wszedłem do jego wnętrza, ujrzałem leżącego bruneta. Nie czytał książki..
 Doskoczyłem do swojego łóżka. Usiadłem powoli na nim i westchnąłem ciężko.
- Co jest we mnie nie tak? - Zarzucił smutnym głosem lokowaty.
- Czemu tak uważasz, że jest coś z Tobą nie tak ?
- Mój poprzedni współlokator powiesił się przeze mnie.
- Co? - Zatkało mnie.
On chyba nie mówi poważnie.. Nie chcę nawet wiedzieć dlaczego to zrobił.. A jeżeli on też doprowadzi mnie do tego? Nie chcę tak skończyć..
- Ej.. - Wstałem ze swojego łóżka i poszedłem usiąść na jego. - Nie przyjmuj tego wszystkiego co mówię do siebie.. Czasem coś mi pójdzie o jedno słowo za dużo, ja tego nie kontroluje. Wiesz przecież..
- Ale wtedy wiem, co o mnie myślisz.
- Nie prawda.
- Prawda! - Usiadł gwałtownie.
Do pokoju weszła niespodziewanie pielęgniarka i podeszła do nas.
- Proszę. Mam nadzieję, że będziesz szanował. - Dała mi do ręki nowy inhalator i odeszła.
Stanęła w drzwiach.
- A tak a pro po to już obiad moi drodzy.
- Mhm zaraz. - Przemacałem dokładnie opuszkami palców każdy milimetr nowego sprzętu.
- "Mam nadzieję, że będziesz szanował" , co się stało z poprzednim?
- Nie ważne.. - Zaburczało mi w brzuchu.
- Poczekaj tu, ja zaraz przyjdę z obiadem.
- No ok. To weź ten talerz z sałatki. - wskazałem na talerz leżący na moim stoliku nocnym.
- Dobra. - Wziął naczynie i wyszedł z pokoju.
___________________________________
Przepraszam wszystkich za nieobecność
ale dużo się u mnie działo..
zbyt dużo.
Kto został ze mną ? = komentarz ;)