czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział 24 Pierwszy Dzień Terapii

- Brakowało nam Ciebie i to nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. - Stanęliśmy na środku korytarza.
Loczek złapał mnie za dłonie.
- Bradziu, wszyscy patrzą. - Zarumieniłem się.
- Niech patrzą. Niech wszyscy wiedzą, że jesteś tylko mój. - Musnął delikatnie moje usta.
- O to mi chodziło proszę pana! - Usłyszałem krzyk Daniela. Błyskawicznie oderwałem się od Brada i spojrzałem na doktora Jacka.
- Proszę pana, nie możemy ich rozdzielić, ponieważ wszędzie są zajęte miejsca. A nie chcemy, żeby pacjent się zabił. Mało co by brakowało, żeby nie umarł z pragnienia odkąd zabraliście Connora.
- Proszę mi zrobić tak, żeby nie był już gejem! - Wkurzył się.
Doktor pokiwał tylko przecząco głową. Daniel podszedł do nas. Loczek przytulił mnie mocno.
- Nie wrócisz do domu, dopóki nie przejdą Ci te bzdury! - Zagroził mi.
- Nie ma pan prawa krzyczeć na niego! - Stanął w mojej obronie szatynek.
- Czy ja z Tobą rozmawiam? Nie. Więc nie wtryniaj się w nie swoje sprawy.
- Pan myśli, że kim ja jestem? Debilem? To, że tutaj trafiłem, nie znaczy, że może pan się do mnie odnosić jak chce!
- Wiesz co znaczy, że tutaj trafiłeś? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę jak bardzo chory jesteś umysłowo?!
- Przestań! - Odepchnąłem mężczyznę. - Nie wolno Ci tak mówić!
- Nie jesteście dla siebie stworzeni! Przejrzyj na oczy! Ty jesteś normalny, ja też. On nie. - Wskazał palcem na Bradzia.
- Co z tego, że nie jest normalny? Jest sobą! Za to go kocham. Ciebie nigdy bym nie pokochał.
- Ah tak?
- Tak. Może i trafił tutaj, ale to nie świadczy o tym, że nie zasługuje na miłość. Każdy zasługuje na nią. Rób co chcesz, ale nie wrócę do was jeżeli nie zaakceptujecie ten związek.
- Connor.. przemyśl swoje słowa, czy ty sam siebie słyszysz?
- Bradzio, to mój Aniołek. - Przytuliłem go i pocałowałem w skroń. - Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko. Tylko, żeby był szczęśliwy. Bo jego szczęście, to moje szczęście. Zabranialiście mi się z nim spotykać, a gdyby nie jego przyjaciółki, nie byłoby go już tutaj. Nie wybaczyłbym wam nigdy tego, gdybym już nigdy go nie zobaczył. On.. Ten loczek, ten tutaj dla Ciebie świr, dla mnie cały mój świat. Gdyby nie on, dawno bym zwariował i wylądował w izolatce. Lecz ty i tak powiesz, że mi odbiło. Masz rację, odbiło mi.. na jego punkcie i wiesz co? Mam gdzieś twój dom, twoje pieniądze. Kiedy nie ma go przy mnie, czuję się jakbym nie miał nic. Nie pozwolę, żebyś go obrażał. Jeżeli go jeszcze raz obrazisz, moje wszystkie nerwy wyleją się na Ciebie. A teraz jestem głodny i idziemy na kolację. Na razie.
Co on sobie wyobraża? Myśli, że jak zacznie wyzywać mojego Aniołka, to pójdę z powrotem do jego domu i wiecznie będę niańczył JEGO dziecko?
- Con.. jesteś taki kochany.. - Rozpłakał się.
- Misiu, nie płacz. - Wtulił się we mnie.
- Nikt tak do mnie nigdy nie mówił, dziękuję raz jeszcze za wszyściutko co dla mnie zrobiłeś.
Zaburczało mi w brzuchu.
- Uhm, pójdziemy w końcu na tą kolację? Na prawdę jestem głodny.
- A będę mógł Cię nakarmić? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bradziu, wiesz, że sam potrafię.
- No wiem.. - rzekł smutnym głosem. - Ale tak słodko wyglądasz kiedy masz pełną buzię.
- Taa, a potem nie mogę tego wszystkiego połknąć. - Zaśmiałem się.
Weszliśmy do stołówki.
- Miło Cię znów widzieć Con - Uśmiechnął się James.
- Mi Ciebie też. - Odwzajemniłem gest.
Wziąłem talerz ze swoją porcją. Była jakaś sałatka z sałatą, kapustą, pomidorem, ogórkiem, kukurydzą i jakimś sosem.
Usiedliśmy przy pustym stoliku.
- Brad, ty nie jesz? - Spojrzałem na szatyna.
- Kiedy Cię widzę, odechciewa mi się jeść. - Oparł się dwoma rękoma i patrzył na mnie z uśmiechem.
- No dobra, możesz mnie nakarmić. - Zlitowałem się.
- Jej. - Ucieszył się i zaczął mnie karmić. - Otwórz szeroko buzię. Ups.
Z widelca spadł kawałek sałaty i poplamiła się bluzka od sosu.
- Bradzio. - Zaśmiałem się i zlizałem sos. - Moja bluzka.
- Oj wypierze się. Otwórz buzię skarbie.
- Brad, też to czujesz?
- Pociąg do Ciebie? Owszem - Uśmiechnął się
- Chodziło mi o wzrok wszystkich, którzy są tutaj, a zwłaszcza Klary i Amandy.
- No no no, ja wiedziałam, że naszemu Bradleyowi na Tobie zależy, ale żeby aż karmić? - Przyszła Klara.
- Naszemu? On jest mój. Tylko mój. - Skończyłem jeść.
- Jeszcze tak długo nie siedziałem tutaj. - Rzekł Brad.
- No widzisz, zmieniam Cię.
- Strasznie. - Powiedział to takim tonem, jakby był jakimś zwierzęciem, a ja jego ofiarą.. Zacząłem się bać.
Odłożyłem talerz i wyszedłem na korytarz. Z loczkiem poszliśmy do pokoju trzymając się za ręce.
Chwilę potem dotarliśmy do naszego pokoju.
- Oo a kogo tu przywiało. - Odezwało się.
- Nie miałaś racji. Connor nigdy mnie nie zostawi. Connor mnie kocha. - Przytulił mnie.
- Co ty mu nagadałaś wstrętna żmijo?
- Mówiłam prawdę jaki jesteś. Po co przyjechałeś?
- Bo miałem... drobne komplikacje, a z resztą. Kto Ci pozwolił krzywdzić mojego Bradzia?
- Jasne. Bo sobie zasłużył.
- Nigdy, ale to przenigdy nie pozwolę, abyś mu zrobiła krzywdę! - Wziąłem do ręki gitarę i zamachnąłem się z całej siły. Jak w golfie.
Usłyszeliśmy wielki huk jak spadła ze schodów. Cisza.
- Zabiłeś ją? - Szepnął.
Po chwili usłyszeliśmy wielki ryk, aż zatkaliśmy sobie uszy. Cisza.
- Connor.. Zabiłeś ją? - Powtórzył nieco głośniej.
- Już nigdy mi Ciebie nie skrzywdzi. A teraz musimy iść się wykąpać.
- Racja. - Wyjąłem z walizki pidżamę, żel i szampon.
Niby nienawidziłem tego miejsca, w którym przebywam, ale gdy jest przy mnie Brad, to wszystko wygląda inaczej.
Po dokładnym odświeżeniu wróciliśmy do pokoju. Była niespokojna cisza.
- Brakowało mi tego.
- Czego?
- Tej ciszy i Ciebie. - Przytulił się do mnie i upadliśmy na jego łóżko.
- Bradziu, mam pomysł.
- Co mój Connorek ciekawego wymyślił? - Leżał na mnie.
- Zróbmy tu mały remont.
- Jak chcesz to zrobić?
- Jako tako, że ledwo się mieścimy na jednym łóżku...
- Ty zboczeńcu - Zaśmiał się.
- No co? Nie chcę spadać jak to zwykle mój tyłek, był prawie na podłodze.
- No niech Ci będzie. - Wstał. - To gdzie, co chcesz.
- A ty nie masz zdania?
- Mi dobrze jest nawet spać na podłodze, byleby z Tobą. - Wzruszył ramionami.
- No dobra, to przesuniemy twoje łóżko do mojego, a tą komodę przestawimy na drugą stronę mojego łóżka.
- Dobrze. Zróbmy tak. - Zaczęliśmy przesuwać.
Zajęło to nam około pół godziny. Zmęczyliśmy się i rzuciliśmy się na łóżko.
- O tak, tak jest mi dobrze. - Powiedziałem okrywając się kołdrą, a jednocześnie tuląc się do loczka.
- Mi też. - Objął mnie i pocałował w czoło.
- Kocham gdy całujesz mnie tak. W ogóle kocham gdy całujesz mnie, przytulasz. A nawet jak się ze mną droczysz.
- Ja? Droczyć się? Kiedy. - Zaśmialiśmy się.
- Wiesz co mam ochotę Ci zrobić?
- Jesteś nieobliczalny. Nie wiem.
- To. - Wpiłem się w jego szyję i zrobiłem mu wielką malinkę.
- To łaskocze. - Zaśmiał się.
- Jesteś naznaczony. Jesteś tylko mój.
- A ty mój. - Pocałował mnie namiętnie w usta.
***
Obudził mnie delikatne muśnięcie mych ust.
- Jeszcze chwilkę.. - Mruknąłem przez sen.
- Mój kochany śpioszek. - Przytulił mnie mocno.
Otworzyłem powoli jedno zaspane oko. Po chwili otworzyłem drugie.
- Dzień dobry - Ziewnąłem i uśmiechnąłem się szeroko.
- Mój kotek się obudził. - Pokazał swoje białe zęby.
Usiadłem na łóżku Podrapałem się po głowie.
Czego można chcieć więcej? Budzi Cię twoja miłość i wiesz, że już nic wam nie stanie na drodze do szczęścia.
- Mówiłem Ci już jak działasz na mnie rozczochrany? - Przegryzł wargę.
- Tak, pamiętam. - Schyliłem się i pocałowałem go delikatnie w usta.
- Ubierzmy się podobnie. - Uśmiechnął się i zaczął szperać w mojej walizce.
Wyjął biały T-shirt, Czarne spodnie i koszulę w kratę.
- Masz koszulę w kratkę? - Zapytałem zaspanym głosem.
- Nie, ale zamiast takiej, ubiorę zwykłą czarną. Poza tym mam też takie same spodnie i białą koszulkę.
- Mm Dobra, zgadzam się.. bokserki też mi wybrałeś?
- Tak. - Pocałował mnie w policzek. - Czerwone.
- Niech Ci będzie. - Zaśmiałem się i poszedłem z ubraniami się przebrać.
Kiedy wracałem z pidżamą do pokoju, napotkałem się na McCurdiego.
- Ball, bądź pod moim gabinetem za dziesięć minut z Simpsonem.
- Tak jest.
- Bradziu.. Jack kazał... - Upuściłem z wrażenia swoją pidżamę.
- Ugh, dawno tych spodni nie nosiłem.. trochę mi się wżynają w tyłek..
Spojrzałem na niego raz jeszcze. No ideał. A te spodnie? No, tylko dodawały mu uroku.
- Con, pidżama Ci upadła. - Schylił się i podał mi ubranie.
Objąłem go w pasie i pocałowałem
- Wyglądasz idealnie. - Szepnąłem mu do ucha.
- Connor, mam ciarki. - Zaśmiał się.
- Chodźmy.
- Gdzie?
- Jack kazał nam pójść pod jego gabinet.
- Po co?
- Sam nie wiem, ale chce, żebyśmy przyszli. - Wyszliśmy z pomieszczenia i udaliśmy się w umówione miejsce.
- Cześć chłopcy. - Założył okulary.
- To ty nosisz okulary? - Zdziwiłem się, ponieważ nigdy nie widziałem go w nich.
- Tak.. od pewnego czasu, pogorszył mi się wzrok, cóż przejdziemy teraz do sali, Brad wiesz po co, wytłumacz chłopakowi.
- Do jakiej sali? - Spojrzałem na szatyna.
- No wiesz, dzisiaj twój pierwszy dzień terapii i zobaczysz.
- Terapii?
- Tak, bo widzisz Pan Stelle chce, żebyśmy Cię - zrobił w powietrzu cudzysłów - Wyleczyli.
- A co jeśli nie uda się?
- Jeżeli będziesz uważnie słuchał, to uda się.
Weszliśmy do tej dziwnej sali. Na ścianie z naprzeciwka wyświetlił się ekran.
- No, siadajcie, a ja wam wszystko opowiem. - Podał nam dwa krzesła.
Brad zabrał mi krzesło, więc usiadłem mu na kolanach. Objął mnie.
- Nie, nie, nie! Chłopaki. Możecie siedzieć obok siebie, ale nie na sobie. - Powiedział głośno.
Loczek oddał mi krzesło, ja wstałem i usiadłem obok.
- No więc, kobieta i mężczyzna. Stworzeni są po to, aby nasz gatunek ludzki przetrwał..
- O jezu, a to co ma być? Lekcja historii? - Spojrzałem na Brada.
- Pomyśl, że codziennie będzie nam to powtarzać.
- Serio? Tylko nie to.. - Załamałem się.
- Gdyby każdy przerzuciłby się na homoseksualizm, liczba noworodków zmalałaby do zera. Jesteśmy stworzeni dla kobiet, a one dla nas. Nie ma idealniejszej pary.
- Jest. My nią jesteśmy. - Szepnął Bradzio.
- Ty go w ogóle słuchasz?
- Oczywiście, że nie. - Zachichotał cicho. - On tak przynudza, że poczułem się jakbym był w szkole.
- Ja też, na lekcji z wdż, albo historii, albo biologii.
- On myśli, że go słuchamy. Więc udawaj i patrz na niego i kiwaj głową, że niby rozumiem.
- Ale ja to wszystko rozumiem, tylko nie potrafię się odkochać.
- Ja też nie. Nie zmienię orientacji. Poza tym to przyszło nagle. Kiedy Cię zobaczyłem, nie byłem sobą.
- Connor, macie dużo czasu do gadania! Chociaż uważaj, bo przeszkadzasz Bradu. POWINNIŚCIE SŁUCHAĆ CO DO WAS MÓWIĘ.
- Powinniśmy się go bać? - Szepnąłem.
- Raczej nie. On tylko podnosi głos, żeby zwrócić na siebie uwagę, a tak to nie ma się czego bać.
- To olejmy go.
- Nie, lepiej nie. Udawajmy, że go słuchamy, żeby gadał dalej. Im mniej będzie nas upominał, tym szybciej skończy i będziemy mogli stąd wyjść i zająć się sobą.

5 komentarzy:

  1. Kurcze to jest mój ulubiony rozdział ze wszystkich <3 Connor szacun dla ciebie! Nie wolno obrażać Bradzia! A ta cała terapia... Haha nic z tego nie wyjdzie xD Bronnor is real :D czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny *_* A ta końcówka... Czółam sie jak na wdż'cie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, czułam się, jakbym siedziała na WDŻ -_- Ale rozdział genialny. Żeby tylko się nie rozstali... I ciekawe ci się stało z tym czymś. Connor to coś zabił??? Jestem ciekaw, więc czekam na nexta ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aww mój ulubiony rozdział *.* Są tacy słodcy <3
    Ta terapia.... normalnie jak na WDŻ !!!
    Pewnie i tak nie posłuchają Jacka ^^
    Bronnor Forever!
    Czekam na next -->

    OdpowiedzUsuń
  5. Aaaaaaaaaa!!! *_* chce być tam z nimi, chce być chłopakiem i mieć z nimi pokój... *_* pięknie to wszystko opisałaś! Jestem pod wielkim wrażeniem :D czekam na kolejny cudowny rozdział przepełniony ich miłością i zboczeniem umysłowym xd

    OdpowiedzUsuń