*Brad*
Wyszedł. Zostałem sam. Przyszedł lekarz i zabrał mnie do pokoju. Powoli snułem się po korytarzu. Nie miałem po co tam wracać. Nikt na mnie tam nie czekał. Wszedłem do pomieszczenia. Pustego pomieszczenia. Usiadłem na łóżku. Na łóżku Cona. Czułem ból. Ból psychiczny. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i trzyma je pod kluczem. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Wstałem i podszedłem do szafy. Wyjąłem z niej małe pudełeczko. Wróciłem na łóżko. Otworzyłem pudełeczko. Wyjąłem jego zawartość. Zdjąłem bransoletki. Przyłożyłem przedmiot do nadgarstka i szybkim ruchem przeciąłem skórę. Krew powoli sączyła się z rany. Przełożyłem ostrzę trochę niżej i znów naciąłem skórę. Powtórzyłem tą czynność jeszcze kilka razy. Krew poplamiła pościel. Szybko przekręciłem pościel i wytarłem krew z ręki chusteczką która znajdowała się w pudełeczku. Schowałem wszystko do pudełeczka i odniosłem je na miejsce. Przekręciłem pościel tak aby nie było widać plam krwi. Założyłem bransoletki i położyłem się. Poduszka pachniała Conem. Zasnąłem wtulony w poduszkę.
***
Poczułem, że ktoś szturcha mnie w ramię.
-Connorek jeszcze 5 minut.
-Brad wstawaj! To ja Amanda. - przetarłem oczy.
-Gdzie Connor? Śniło mi się, że go tu już nie ma.
-Brad... To nie był sen... Wczoraj państwo Stelle go stąd zabrali. - usiadłem na łóżku. - Chodź na kolację.
Pociągnęła mnie za rękę. Syknąłem. Pytająco spojrzała na mnie.
-Za mocno złapałaś i bransoletka mi się wbiła.
-Mhm. Mam pytanie...
-Hm?
-Czemu nosisz tak dużo bransoletek?
-Bo je lubię. Wiesz co? Idź sama nie mam ochoty na jedzenie.
-Jak chcesz to mogę ci tutaj przynieść.
-Kochana jesteś Am, ale na prawdę nie jestem głodny.
Stwierdziłem, że rano się umyję, więc przebrałem się i położyłem się na łóżku Connora. Zasnąłem.
***
Przez kolejne kilka dni nie wychodziłem z pokoju, nie jadłem, nie piłem. Prawie trafiłem do izolatki, ale Amanda i Klara ubłagały lekarzy, że będą się mną zajmować. I tak było. Codziennie przychodziły do mnie z posiłkiem, siedziały ze mną przez prawie cały dzień. Kiedy one już szły spać ja zaczynałem płakać i zabawiać się z żyletką. Po jakiś 5 dniach nie miałem miejsca na lewej ręce, więc przeniosłem się na prawą. Niestety po jakimś czasie tam też nie było miejsca. Rany przeniosły się na uda. Za każdym razem gdy chowałem żyletkę przypominało mi się, co obiecałem Connorowi.
-Obiecałeś mu, że przestaniesz. Żałosny jesteś. Już dawno nie powinno cię tu być.
-Zamknij się kreaturo!
-Następnym razem podetnij żyłę i będzie święty spokój.
-Nie mogę!
-Dlaczego?
-Obiecałem Connorowi...
-Tego idioty tu nie ma. - przerwała mi.
-Nie masz prawa go tak nazywać!
Wyszedłem z pokoju. Długi czas błąkałem się po piętrze. Podszedłem do drzwi pokoju Amandy. Zapukałem.
-Hej Am, dzwonił...
-Nie, przecież wiesz, że jakby zadzwonił to bym ci go dała. - przerwała mi.
-Dzięki. - zamknąłem drzwi i wróciłem do pokoju.
-Zapomniał o tobie.
-Zamknij się. - syknąłem.
-Prawda boli, co?
-Jaka prawda?
-Con tu nie wróci pogódź się z tym.
-Możesz się w końcu zamknąć?! Mam Cię dość!
-On miał Cię dość i Cię zostawił. Już nie wróci. Będziesz zawsze sam. - zacząłem płakać w poduszkę. - Płacz sobie, płacz i tak nikt nie przybiegnie cię pocieszyć.
Zerwałem się z łóżka i odsunąłem łóżko należące kiedyś do Connora. Zacząłem skakać po drzwiach.
-Zam-knij się w ko-ńcu!
-To tak się bawimy... - kreatura kopnęła w drzwi i wylądowałem aż pod szafą.
Przyłożyłem dłoń do skroni. Poczułem coś lepkiego. Krew.
-Mówiłam wam aby ze mną nie zadzierać. To na razie jeszcze nic! - wstałem i przestawiłem z powrotem łóżko.
Nagle do pokoju weszła Amanda.
-Brad! Con dzwoni! Co Ci... - przyłożyłem palec do ust i wziąłem od niej telefon.
-Connor?
-Bradziu!
-Czemu nie dzwoniłeś wcześniej?
-Przepraszam Cię, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce, w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
-No dobrze, już okay.
-Wiesz, - Amanda zostawiła mnie samego. - Nawalam w to dziadostwo wszystkim czym się da, ale ono nie przestaje gadać.
-Deprecha wróciła! Wróciła deprecha. - zmora zaczęła rechotać.
-Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz? - spytał.
-Wiesz, że kiedy słyszę Twój głos od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
-Wyciągnę Cię jakoś stamtąd, Zobaczysz.
-Jak chcesz to zrobić?
-Wszystko w swoim czasie,
-Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
-Bradley, nie teraz, bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
-Z kim jesteś?
-Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie, wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
-Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
-Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
-Serio?
-Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
-Ja Ciebie też, tak mocno. - rozłączył się.
Ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - do środka weszła Amanda.
W ręku trzymała wodę utlenioną, waciki i bandaż.
-Siadaj.
Posłusznie zrobiłem to co mi kazała. Usiadła obok mnie. Polała wodą wacik i zaczęła przemywać mi ranę. Syknąłem. Strasznie piekło.
-Człowieku ja Ty to zrobiłeś?
-Potknąłem się i nie wiem jaki sposobem uderzyłem w szafę. - wzruszyłem ramionami.
-Niezdara z Ciebie.
-Bywa. - owinęła mi bandażem głowę.
-Gotowe.
-Um dziękuje. Idziesz na obiad?
-Bradley Will Simpson sam chce iść na obiad!
-Może coś mi się poprzestawiało jak uderzyłem głową.
-U Ciebie wszystko możliwe.
-Nie no dzięki Am... - wstałem. - Idziesz?
-No idę, idę.
Wyszliśmy na korytarz i udaliśmy się do stołówki. Usiedliśmy przy naszym stoliku.Szybko zjadłem swoją porcję i wyszedłem na korytarz.
-BRADZIO! - ktoś krzyknął.
Odwróciłem się. Ujrzałem Connora.
-O MÓJ BOŻE CONNOR! - podbiegłem do niego. - Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
-Spokojnie EJ, bo wywalisz nas. - zaśmiałem się.
-Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
-Kocham Cię. - wtulił się we mnie.
-Ja Ciebie bardziej. Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
-Nie przesadzaj..
-Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - rozpłakałem się,
-Krwawisz.
-Nie... To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęście moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.
***
-Dobra koniec tych opowieści Con. Chodź na kolację.
-Mój biedny Bradzio. - przytulił mnie.
-No już dobrze, już wszystko jest dobrze, na prawdę.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś, że ta kreatura Cię zaatakowała?
-Nie chciałem Cię martwić, a teraz chodź na kolację. - złapałem go za rękę i wyszliśmy na korytarz.
BOMBA!!!!!
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział *.* Z perspektywy Brada pierwszy raz ;)
Nadal Nie mogę uwierzyć że są razem :')
Czekam na następny ^^
Matko Brad błagam nie rób sobie tego... Serce mi się kraja normalnie :( Na szczęście Connor wrócił i mam nadzieję że wszystko będzie okay :) Niech no ta kreatura jeszcze raz zaatakuje to normalnie sama się nią zajmę! Czekam na następny :D
OdpowiedzUsuńOjejku :D aaa on wrócił *-* nareszcie!!!
OdpowiedzUsuńBoże jaki cudowny *_* już nie mogę doczekać się nexta :)
OdpowiedzUsuńDlaczego on musiał się ciąć??? :( Ale może jak będzie już Con to się coś zmieni... Czekam na next :)
OdpowiedzUsuń