środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 22 Szokująca Prawda

Małżeństwo Stelle nigdy praktycznie nie byli w domu. Brali nadgodziny, a ja siedziałem w domu i zajmowałem się Maxem. Widywałem ich tylko na śniadaniu. Tak mijały dni i noce, a nawet tygodnie. Chyba już minął miesiąc. Strasznie tęsknię za moim Bradziem. Nie pozwalano mi jechać odwiedzać go, bo gdzie z trzylatkiem. Mają dobre serca, ale zdaje mi się, że większą część w swoim sercu mają swoją pracę niż nas.
Obudziłem się cały zalany potem. Śniło mi się, że coś złego Mia zrobiła Bradziowi, a ja nic nie mogłem zrobić.
Wstałem i się rozciągnąłem, podwinąłem do góry rolety. Jak każdego ranka, Sarah czytała książkę w swoim pokoju. Zauważyła, że wstałem. Pomachała mi, uśmiechnąłem się do niej i odmachałem.
Z przyzwyczajenia, pierwsze gdzie szedłem, to do pokoju Maxa. Chłopak już nie spał.
- Dzień dobry, głodny? - Uśmiechnąłem się, a blondynek wstał uradowany.
Podszedłem do niego i wyciągnąłem z kojca. Loczek przez miesiąc nauczył się chodzić.. to jest niesamowite, jak szybko się uczy. Jeszcze ma problemy ze schodami, ale jakoś sobie radzimy. Zeszliśmy na dół.
- Dzień dobry śpioszki. - Przywitała nas mama Maxa.
Spojrzałem na zegarek. 10:30
- A wy nie w pracy? - Zdziwiłem się.
- Nie, dzisiaj mamy wolne i zaprosiliśmy również państwo Melben na grillowy obiadek. Przyjdzie także Sarah.
- Miło wiedzieć. - Odpowiedziałem i wsadziłem chłopca na krzesełko do karmienia.
- Słyszeliśmy, że spędzacie ze sobą dużo czasu. - Uśmiechnął się Daniel.
- To tylko przyjaciółka.
- Mhm ponoć pomogła Ci napisać piosenkę.
- Do czego zmierzacie?
- Podoba Ci się?
- Przestańcie. - Zmarszczyłem brwi.
- No dobra, nie męczmy chłopaka.
- Dzisiaj powiem wam coś ważnego przy obiedzie.
- A czemu nie teraz? Skoro to takie ważne.
- Ponieważ wtedy będzie też Sarah ze swoimi rodzicami. - Uśmiechnąłem się i nakarmiłem malca.
Daniel zrobił znaczący ruch brwiami w kierunku swojej małżonki.
Wyjąłem chłopaka
- Max, pokaż im co umiesz. - Powiedziałem zachęcająco.
- Tato, Mamo patscie na mnie. - Powiedział i ruszył do nich zgrabnie z podskokami.
Rodzice byli zachwyceni, bo nigdy nie widzieli, że chodzi, kiedy wracali jak on spał.
Ja w tym momencie poszedłem się ubrać i umyć zęby. Zszedłem na dół.
- Idę na dwór. - oznajmiłem
- Bez brata?
- Chodź, idziemy sie ubrać. - To było już trochę męczące, ale dawało się znieść.
Kilka minut później wyszliśmy na dwór. Skierowałem się na plac zabaw.
Niedawno odnalazłem w swojej kurtce swój telefon z liścikiem od Brada, że zwinął go doktorowi i że mam do niego dzwonić pod zapisany przez niego numer telefonu.
W drodze do zaplanowanego miejsca, wybrałem ten numer z kartki.
- Halo? - Odebrała jakaś dziewczyna.
- Yhm, przepraszam, mogłabyś mi powiedzieć do kogo się dodzwoniłem?
- Do Amandy Sparckle.
- Amanda? Z drugiego piętra?
- Tak.. a kto mówi?
- Connor! - Ucieszyłem się.
- O mój boże! Jak ja dawno Cię nie widziałam! Zaraz zawołam Bradleya.
- Proszę, uczyń to. - Poczekałem chwilkę.
Jeszcze kilka minut i prawie byliśmy na placu.
- Connor?
- Bradziu! - Słysząc jego głos byłem szczęśliwy.
- Czemu wcześniej nie dzwoniłeś? - Miał smutny głos.
- Przepraszam Cie, na prawdę. Dopiero wczoraj wieczorem znalazłem w kurtce w kieszeni telefon. Nie wiedziałem, że go zabrałeś Jackowi.
- No dobrze, już jest okej.
- Jak sobie radzicie beze mnie?
- Wiesz, - Było słychać zamknięcie drzwi - Nawalam to dziwactwo wszystkim czym się da, ale ono nadal nie przestaje gadać.
- Deprecha wróciła! Wróciła Deprecha! - Zaczęło się rechotać.
- Weź, nawet nie chcę tego słyszeć, a w ogóle jak się czujesz?
Weszliśmy na plac. Nie było nikogo. Mogłem bez problemu przyglądać się maluchowi i jednocześnie rozmawiać przez telefon, nie martwiąc się, że mi się zgubi.
- Wiesz, że kiedy słyszę twój głos to od razu chce mi się płakać z tęsknoty.
- Wyciągnę Cię jakoś stamtąd. Zobaczysz.
- Jak chcesz to zrobić?
- Wszystko w swoim czasie.
- Chcę Cię teraz wyściskać i wycałować.
- Bradley, nie teraz bo robisz mi tu taką gorącą atmosferę, a ja na dworze jestem.
- Z kim jesteś?
- Z takim chłopczykiem co ma trzy latka i ogólnie wiesz to dziecko tych małżonków co mnie wzięli.
- Ah tak. Przypominam sobie, że coś mi o nich mówiłeś jak przyszedłeś od Jacka.
- Wiesz, pilnowanie go sprawia mi czasem kłopoty, dlatego muszę już kończyć.
- Serio?
- Tak, ale jeszcze dzisiaj zadzwonię do Ciebie. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też, tak mocno. - Rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni.
Poszedłem do piaskownicy, gdzie Max przebywał. Wziąłem go z zaskoczenia i zacząłem go łaskotać.
Chłopak zaczął się głośno śmiać. Nagle ktoś mnie przytulił od tyłu. Odwróciłem się.
- Oh, Sarah.. Cześć. - Uśmiechnęła się.
- Plac zabaw? Myślałam, że chłopcy w twoim wieku chodzą po stadionach, imprezach
- Cóż, jestem tu z kimś. - Wskazałem na Maxa
- To słodkie.
- Co? - Otrzepałem spodnie z piasku.
- To jak traktujesz swojego młodszego brata. I ogólnie jakie relacje macie. Mnie mój starszy brat na przykład częściej dokuczał, ale i tak się kochaliśmy, bo więź.
- Rozumiem Cię, lecz nie widziałem nigdy Twojego brata.
- Bo on już z nami nie mieszka. Wyjechał do Australii i ma tam jakieś swoje biuro. Rzadko kiedy nas odwiedza.
- Skądś to znam..
- Jesteś strasznie podobny do Petera.
- Kogo?
- Starszego brata Maxa. - Spojrzałem na chłopca, który robił babki z piasku.
- Możesz mi o nim więcej opowiedzieć na osobności?
Poszliśmy na ławkę niedaleko, żebym obserwował Maxymiliana.
- No więc, państwo Stelle mieli jeszcze jednego syna.
- Mieli? To znaczy..
- Tak właśnie. On nie żyje. Zginął przez obrażenia na ciele.. - Powoli zacząłem rozumieć całe ich to zachowanie.
- Uhm, przykro mi, o to pytać, ale dlaczego mnie wybrali? Może wiesz?
- Nie wiem.. Ale chyba się domyślam. Jesteś bardzo dobry dla innych i kochany, słodki..
- Nie słodź już proszę, bo tak głupio trochę mi.
- Dlaczego? - Pogładziła mnie po plecach.
- Bo to ja powinienem Ci prawić komplementy, a nie na odwrót. - Zarumieniła się.
Mój wzrok powrócił natychmiastowo w stronę małego artysty.  Nagle poczułem delikatne i miękkie usta na moim policzku. Spojrzałem na nią.
- Do zobaczenia na grillu. - Uciekła.
Zaczynam miewać wrażenie, że się jej podobam. 
Spojrzałem na zegarek.
O kurczę, już po 14, a o 15 obiad.
Podbiegłem do chłopaka.
- Max, zbieramy się. Zaraz obiad będzie.
- Pac. - wskazał na rysunek na piasku.
- Co to jest?
- To jetes ty, to ja, to mama, a to tata.
- A to? Kto? - Wskazałem na osobę, która była obok mnie.
- Twój Bladzio. Slyszałem, ze rozmawiales z nim. - Spojrzał mi w oczy z dołu.
Po policzku spłynęła jedna łza. Łza tęsknoty i miłości.
- Kocham Cię młody. - Przytuliłem go i pocałowałem w głowe.
Otrzepałem go lekko z piachu
- Masz piasek w butach?
- Nie.
- To dobrze, chodź musimy się spieszyć.
- Na balana! - Popatrzył błagalnie tymi swoimi oczami.
- No dobra. Niech Ci będzie. - Podniosłem go wysoko do góry i posadziłem go na swoich barkach. - Trzymasz się?
- Tak. - Ruszyłem szybkim krokiem do domu.
***
- No w końcu jesteście! Zaczynałam się martwić.. Na dodatek telefonu nie odbierałeś.
- Przepraszam.. zagadałem się przez telefon i tak jakoś wyszło.
- No już, przebierzcie się umyjcie ręce i chodźcie na taras.
Poszedłem jak kazała. Najpierw przebrałem Maxa.
Po drodze zdjąłem już koszulkę i wszedłem do pokoju.
- O, nie wiedziałem, że jesteś tutaj.. że w moim pokoju.. To znaczy Petera..
- Nic nie szkodzi.. - Podeszła do mnie.
- Coś nie tak?
- Nie.. Po prostu jesteś idealnie zbudowany. Ładna sylwetka.
- Uhm, dzięki. - Podszedłem do szafy, Ubrałem koszulę w kratkę i przebrałem szorty.
Wyjrzałem zza drzwiczek.
- Nadal tu jesteś? - Zdziwiłem się.
- Tak, czekam na Ciebie. - Uśmiechnęła się. Z półki spadło mi na głowę kilka rzeczy.
Nie miałem czasu ich układać, więc wepchnąłem wszystko i zamknąłem szafę.
- Gotowy? - Z jej twarzy nigdy nie znikał uśmiech. Szkoda, że Bradzio tak nie miał...
Poprawiłem jeszcze grzywkę i zeszliśmy na dół, na taras.
- No, przyszli w końcu. Siadajcie. - Zasunąłem krzesło, na które usiadła blondynka. Sam zaś usiadłem obok.
Daniel patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał.
- No więc, chodzicie ze sobą? - Zapytał się ojciec dziewczyny.
- Misiek! Nie pytaj ich teraz, bo zaraz wyskoczy, że będą mieli dziecko. - Zaśmiała się jego małżonka.
- Nie będziemy mieli dzieci. - Uśmiechnąłem się.
- To był żart Connor. - Popatrzyła się na mnie Isa.
- Muszę wam powiedzieć, że wasza córka jest piękna i inteligentna. Pewnie chłopcy ustawiają się do niej w kolejce by dostać całusa. - Zarumieniła się.
- To takie..
- Cii nie skończyłem jeszcze. Chciałbym powiedzieć, że niestety, ale nie mógłbym być z pańską córką.
- Dlaczego? Przecież sam powiedziałeś, że praktycznie niczego jej nie brakuje.
- Owszem, nie brakuje, ale..
- Connoj ma Bladzia! - Krzyknął Max i podbiegł do mnie.
- Co? - Zdziwili się rodzice malca.
- Tak, młody. Masz rację. - Podniosłem go na ręce. - Jestem gejem.
Daniel zaczął się krztusić kawałkiem ugryzionego hot-doga.
Sąsiedzi popatrzyli się po sobie.
- Hahahaha jakie to śmieszne! - Zaczęła się śmiać Isa. - Connor, ty jak powiesz żart, to nie wiadomo czy to na poważnie, czy nie.
- Ale to nie jest żart. - Zapewniłem.
Wszystkich zatkało. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Nagle wstał Daniel z poważną miną i zmarszczonym czołem.
- Skarbie, zabierz od niego Maxa.
- Ale dlaczego?
- Już! - Kobieta posłuchała się i zabrała ode mnie brzdąca. - Traktowałem Cię jak syna, pozwoliłem, żebyś z nami zamieszkał, a ty mi się tak odpłacasz?
- Bycie gejem to coś złego?
- Pakuj się. NATYCHMIAST! - Usiadł z powrotem na krzesło.
Miałem łzy w oczach. Chciałem jak najlepiej.. A on po prostu nie potrafi mnie zrozumieć. Nawet nie chce mnie zrozumieć.
Szybko spakowałem swoje rzeczy wraz z gitarą. Wyszedłem z pokoju. Słyszałem kłótnię.
- Nie możesz go tak po prostu wyrzucić! - Zszedłem na dół.
- Nie wtrącaj się kobieto! Pomyślałaś co to będzie, jak nasz syn podrośnie i jego zgwałci?!
- Nie jestem pedofilem. - Powiedziałem z poważną miną.
W zamian otrzymałem tylko jego zimne spojrzenie.
- Daj mi to. - Wyrwał mi z ręki walizkę - Masz być zaraz w samochodzie! - Wyszedł
- Nie chciałem źle.. Lecz nie mogę kogoś pokochać na przymus.
- Rozumiem Cię.
- Hej, młody. Nie płacz. Bądź silny. Bądź tak silny i wysportowany jak Peter.
- Skąd Ty wiesz? - Poleciały jej łzy.
- Poświęcajcie trochę więcej czasu Maxowi.. Na prawdę. On tego potrzebuje. On potrzebuje rodziców. Nie niańki.
Kiwnęła głową. Przytuliłem ich ostatni raz.
Wyszedłem z domu. Podszedłem do auta. Wsiadłem do niego i zapiąłem pasy.
- Wywieziesz mnie na jakieś odludzie, żebym się wykończył psychicznie?
- W pewnym sensie. - Powiedział obojętnie.
Przełknąłem ślinę. Nie wiem do czego może być zdolny ten człowiek..
Zerknąłem przez szybę na jego żonę, która trzymała malucha. Pomachałem im. Odwzajemnili.
Jechaliśmy w milczeniu. Nawet radio nie chciało się włączyć.
Napisałem do mojej prawdziwej matki sms'a o treści "Nienawidzę was z całego swojego serca".
Chwilę potem odpisała "Przepraszam". Po moich policzkach spłynęły dwie łzy.
- Nie będzie tam aż tak źle. Nie musisz ryczeć.
- Nie z tego powodu.. - Odpowiedziałem smutno.
- To czemu?
- Jak pan by się czuł, gdyby twoi rodzice się ciebie wyrzekli?
- Nie znałem swoich rodziców. - Odpowiedział obojętnie.
- Przepraszam.
- Wiesz co, bardzo Cię lubię. Na prawdę myślałem, że dasz radę być moim synem. Zrobiłem to wszystko dla mojej żony i dziecka.
- Ale ja mam chłopaka. Czemu nie możesz tego zaakceptować?
- Dam Ci ostatnią szansę. - Skręcił w jedną z ulic.
- Serio?
- Tak. Ale jak Ci przejdzie. To wtedy będziesz mógł już wrócić.
- Przejdzie co? - Zatrzymaliśmy się na parkingu.
- Miłość do chłopców.
- Nie da się tak.
- Tutaj są specjaliści. - Wepchnął mnie do środka. - Idziemy do góry.
- Czy ja już nie mogę mieć swojego zdania?
- Nie. Ruchy. - Pospieszał mnie.
- Tutaj?
- Nie, jeszcze jedno piętro. - Powiedział ledwo. - Nienawidzę schodów
- Ja też.
- Idź na góre!
- To chociaż daj mi moją walizkę, będzie Ci lepiej. - Wziąłem swój bagaż i wszedłem na górę po schodach.
Kojarzę skądś to miejsce.. to nie może być....
Otworzyłem drzwi i wszedłem na korytarz.
Ujrzałem Bradzia.
Mojego Bradzia! Jeju płakać mi się chcę. Tak dawno go nie widziałem. Tak dawno go nie przytulałem. Tak dawno nie czułem jego zapachu, dotyku.. jego ust.
- BRADZIO!! - Krzyknąłem na całe gardło, aż mnie zabolało.
Loczek odwrócił się i zaczął coś tam krzyczeć. Po chwili przybiegł do mnie i mocno się przytuliliśmy.
- Mój Connorek! Myślałem, że już nigdy Cię nie zobaczę!
- Spokojnie EJ bo wywalisz nas. - Zaśmiałem się.
- Już nigdy nie wypuszczę Cię ze swoich ramion! Już nigdy nie pozwolę Ci odejść!
- Kocham Cię.- Wtuliłem się w loczka.
- Ja Ciebie bardziej, Oh nie wiesz ile się tutaj zmieniło odkąd odjechałeś. Wszystko było takie inne! Takie szare, bezbarwne. To TY zmieniłeś ten szpital, że inni czuli się jak we własnym domu!
- Nie przesadzaj..
- Nie odchodź nigdy więcej. Proszę. - Rozpłakał się.
- Krwawisz.
- Nie.. To tym razem nie jest z bólu. To ze szczęścia moja dusza krwawi. Dziękuję Ci za wszystko.

4 komentarze:

  1. Jak oni mogli go wyrzucić z domu!! :( Ale przynajmniej są razem :) Popłakałam się przy tym :') Next już chcę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest mi przykro że Con musiał rozstać się z tym malcem ale...WRÓCIŁ DO BRADZIA! Jestem taka happy! Czekam na next!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Słodki *.*
    Chociaż z drugiej strony szkoda mi Connora :(
    Wreszcie Brad i Connor razem!!!
    Czekam na następną cześć ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział zajebisty (zresztą jak każdy) :* Bronnor nareszcie razem!! <3 piszcie szybko nexta
    Weny ! ;*

    OdpowiedzUsuń