poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rozdział 19 Okropna Ciemność

Czułem wewnątrz jak się gotuję.. czułem jak robię się czerwony..
- Wiedziałem..
- O czym? - Serce biło mi jak oszalałe.
- Że po tym, nie będziesz chciał ze mną rozmawiać.. nie będziesz chciał mnie znać.
- Nic takiego nie powiedziałem.. - Złapałem go za dłonie.
- Ale będziesz mnie unikał. - Zarumienił się.
- Kto tak powiedział? - Pogładziłem jego policzki.
- No.. ja. - Spojrzał na mnie smutno.
- Nigdy tak nie mów. - Przytuliłem go mocno.
- Nie chcesz uciec ode mnie?
- Nie.. - Popatrzyłem głęboko w jego oczy.
Spojrzeliśmy razem na okno, które znajdowało się w tym samym miejscu co wczoraj.
- Nastał wieczór.. A ja taki głodny jestem.. - Złapałem się za brzuch.
W pewnej chwili usłyszeliśmy wielki hałas. To było coś w stylu, remontowania pokoju czy coś..
- Argh! moje uszy! - Krzyknąłem.
- Cii. - Loczek położył palca wskazującego na moich ustach.
Uciszyłem się jak nakazał. Nagle usłyszeliśmy rozmowy. Dziwne rozmowy.
- Proszę pana.. Jest pan pewien, że.. dobrze robimy?
- Ależ oczywiście. Proszę mi zaufać. - Usłyszeliśmy głos doktora.
Chwilę potem znowu rozległ się hałas. Popatrzeliśmy się na siebie.
- Jak myślisz.. o co może chodzić? - Szepnął Bradley. - Con, słuchasz mnie?
Przegryzłem wargę spoglądając na loczka.
- Connor? Co ty robisz? - Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie obchodzi mnie to, o czym gadają..
- A co Cię obchodzi? Con.. nie przegryzaj tej wargi.. Nie patrz na mnie w ten sposób.
- Zemsta. - Rzuciłem się na szatyna i zacząłem go łaskotać.
- Connor! Stop! - I ten dźwięk..
Uwielbiałem ten dźwięk - Jego śmiech. Bardzo przyjemny dla moich uszu. Kiedy go słyszałem, od razu pojawiał mi się uśmiech na twarzy.
- Teraz, to ja mam przewagę i jestem na górze. - Szepnąłem.
Przewrócił mnie.
- Nie byłbym taki pewien, niebieskooki - Patrzyliśmy sobie w oczy.
Niebieskooki.. od urodzenia wiedziałem, że mam taki kolor tęczówek, ale z jego ust usłyszałem to, jakbym się dopiero teraz o tym dowiedział.
- Brad..
- Tak?
- Chcę.. - Zawiesiłem się.
- Co chcesz? - Zszedł i usiadł obok.
- Trudno mi dobrać słowa, żeby zdanie miało jakikolwiek sens..
- Dasz radę, powiedzieć gestem?
- Chyba tak.. - Usiadłem na łóżku.
- To dawaj. - Przybliżyłem się do niego. - Coś ze mną nie tak?
- Ależ nie.. jest wszytko idealnie. - Uśmiechnąłem się i położyłem swoją dłoń na jego policzku.
Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Niestety Brad jest zbyt łapczywy i przedłużył go i wywalił mnie z powrotem, że leżał na mnie. Z jednego pocałunku przerodziło się dziesięć namiętnych. Przytuliłem go mocno.
- Nie chcę Cię stracić. - Wyszeptałem.
- Oh, Con..
- Na prawdę.. serce mnie boli na samą myśl, że się okaleczasz..
- Connor.. Nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie. - Nigdy nawet tego nie zaczynaj.
- To Ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo Ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie..
- No dobrze.. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze dłonie. Takie splecione.. Idealnie pasujące do siebie. Jak dwie części układanki.
- Obiecuję. - Przytuliliśmy się. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Zasnąłem.
***
W połowie mojego snu, usłyszałem szuranie pod nami. Jakby ktoś przesuwał meble. Zerwałem się.
- Bradley, wstawaj! - Potrząsnąłem nim.
- Co jest? - Powiedział zaspanym głosem.
- Ktoś pod nami przestawia jakieś meble! A to nie może być ten pokój dzienny, bo jest całkiem w innym miejscu.
- Uwielbiam twoje rozczochrane włosy..
- Brad! Słuchaj mnie! - Usłyszeliśmy rozmowę pod nami.
- Ona była taka piękna.. 
- Ale umarła. Niestety. - Powiedział doktor. - Zrobimy na niej mały eksperyment.
- Co?
- Proszę mi podać nożyce.
- Nie chcę w tym chorym zdarzeniu brać udziału!
- Podaj mi te cholerne nożyce, bo zginiesz w takich męczarniach jak Mia!
- To pan ją zabił?
- Nożyce!
- Pan jest świrnięty! - Powiedziała przerażona pielęgniarka.
- Nie ględź! Dzięki mnie, ludzie będą nieśmiertelni i wiecznie młodzi! A teraz podaj te nożyce.
- Jak pan chce to zrobić? Ona jest nieżywa.
- Tak Ci się tylko zdaje kochanieńka. - Szepnął. - A teraz! Podać mi księgę.
- Co pan ma zamiar zrobić?
- Zobaczysz! Podaj księgę!
Przełknąłem ślinę. Spojrzałem na Brada. Do moich oczy nabrały się łzy.
- O nie Connor, tylko nie płacz. - Przytulił mnie.
- Oni ją zabili.. A co jeśli mi Ciebie zabiją?
- Martw się o siebie. Wtedy masz stąd uciec jak najdalej.
- Nie! Nie odejdę od Ciebie!
- No już.. spokojnie. - Pogłaskał mnie po głowie. - Będzie dobrze.
Od płaczu szczypały mnie już oczy. Po kilku sekundach, albo i minutach samie mi się zamknęły.
***
Obudziły mnie promienie słoneczne wydobywające się zza okna. Leżałem na łóżku wtulony w Brada.
Usiadłem i wyciągnąłem się. 
- Bradley! To był tylko zły sen!! Wstawaj! - Uradowany skakałem po łóżku.
- Ejejej! - Zdziwiony Brad obudził się odbijając się na materacu - Co się dzieje?!!
Przestałem skakać i przytuliłem mocno loczka.
- Też Cię kocham, ale z czego się tak cieszysz?
- To był tylko zły sen!
- O czym mówisz?
- No o tym, jak przenieśliśmy się niby w czasie.
- skąd wiesz?
- Bo wszystko powróciło do normy! - Usiadł na łóżku.
- Nie podoba mi się to Connor.
- O co chodzi? - Wstałem z łóżka.
- Przez całą noc, były otwarte te drzwi.. a jak twoje łóżko było przewrócone, tak nadal jest..
- To nie był sen. Jeszcze się nie skapnęliście? - Powiedziało podwójnym głosem.
- Coś za mną stoi?? - Zapytałem zaniepokojony. 
Nagle coś mnie wciągnęło na dół. Widziałem tylko jak oddalam się od kawałka pokoju, który było widać pod podłogą. Zaraz potem widziałem okropną ciemność.
Nie mogłem wstać.. Ciężko mi było się poruszyć, a na dodatek nic nie widziałem.
W tej chwili, poczułem się jak jakaś stara zabawka wyrzucona do piwnicy...
- Nie ruszaj sie bo Cie potne na kawałki i wrzucę do słoików, żeby się kisły! - Powiedziało to coś.
- Czego ty ode mnie chcesz kreaturo?!
Nagle lampy nade mną się włączyły, raziły mnie.
- Kreatura?! - Krzyknęło. Obróciłem powoli głowę w lewą stronę.
Nade mną stała postać, która była cała we krwi. Odgarnęła czarne, długie włosy ze swojej twarzy.
- BYŁAM PIĘKNA! - Przybliżyła swoją twarz do mojej. Wytrzeszczała przy tym oczy.. Badała mnie wzrokiem
Jej twarz również była we krwi. Oczy.. miała jakby opętało ją coś.. Takie, bez duszy. A jej zęby? Lepiej nie mówić.. Były tak zepsute, że nawet to było czuć.
- Widzę.. strach w twoich oczach i brak nadziei.. - Powiedziała zamyślona.
Rozglądałem się we wszystkie strony. Byłem przywiązany na tym stole operacyjnym. Próbowałem odwiązać, ale to na marne.
- Spokojnie, postaram się, żeby to szybko poszło.
- Co ty chcesz ze mną zrobić?
- Zobaczysz. Cholera jasna gdzie one są?
- Czegoś szukasz?
- Ksiąg do rytuałów! - Odwróciła się w moją stronę. - TY.
- Wiesz.. trochę trudno będzie Ci je znaleźć. - Zaśmiałem się.
- GDZIE JE SCHOWAŁEŚ?! - Nim się spostrzegłem, ona siedziała na mnie i dusiła.
- Nie powiem Ci. - Powiedziałem ledwo.
Nagle Mia opadła na mnie. Z obrzydzeniem ją zrzuciłem na podłogę. Nade mną stał Bradley z gitarą.
- To Cię powinno nauczyć, że mojego Connorka się nie zabiera! - Jeszcze dołożył jej kilka razy, rozwiązał mnie.
Zacząłem się nagle dusić.. Nie mogłem wziąć oddechu.
- Con, trzymaj. - Podał mi inhalator.
Zaciągnąłem się trzy razy, wziąłem głęboki oddech i pobiegliśmy w stronę schodów.
Ledwo po nich wszedłem, ale loczek pomógł mi z ostatnimi stopniami.
- Odejdź.dalej trochę.
- Co robisz? - Przytuliłem go od tyłu.
- Zaraz się przekonasz. - Uśmiechnął się.
Widziałem jak szatynek bierze łańcuch z kłódką i zaplątuje go na drzwiach, a potem zamyka kłódkę.
- Już mi cię nie zabierze. - Odwrócił się, przytulił mnie mocno i pocałował.
- Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił. Dziękuję za wszystko.
- Hej, gdzie Ty tam i ja skarbie. - Uśmiechnął się - A teraz zasuńmy łóżko.
- Chłopaki! - Wbiegła Amanda. - Coś się dzieje! Szybko!
Co się może gorzej dziać, niż u nas? No dobra, skoro to takie ważne, to pójdziemy, ale gdzie? A jeśli to kolejna pułapka? 
Popatrzyliśmy się po sobie i wzruszyłem ramionami.
- To chodźmy. - Powiedziałem i wyszliśmy z pokoju.
Korytarz był pełen zwariowanych pacjentów.
- Narzekałeś, że jet tak pusto? - Rzekł loczek. - To teraz patrz, co się dzieje.
- LUDZIE!! OGARNIJCIE SIĘ! MUSI BYĆ SPOKÓJ! - Wrzasnęła Amanda uciszając przy tym wszystkich. - Zbiegliśmy się tutaj, ponieważ do doktora McCurdiego, przyszli bardzo ważni ludzie, którzy sprawiają, że można stąd wyjść! Jeżeli chcecie stąd wyjść, trzeba się zachować!
- Chodźmy. - Złapałem go za ramię i wróciliśmy do pokoju.
- Chyba nie sądzisz, że..
- Chyba tak! Brad! Spójrz na to, wypiszą nas stąd.
- Nie wiadomo czy NAS.
- Ale jesteśmy najnormalniejsi!
- Connor.. nic nie rozumiesz..  - Posmutniał i wyszedł z pokoju.
- Twój koleżka ma racje. On tak szybko stąd nie czmychnie. - Zaczęła się śmiać.
- Zamknij się! To wszystko twoja wina! - Zacisnąłem dłonie na uszach, żeby nie słyszeć tego szyderczego śmiechu.
Wyszedłem z pokoju, przed drzwiami stał Brad i przyglądał się wszystkiemu uważnie.
Przytuliłem go bez słowa, chyba przesadziłem, bo nawet na mnie nie spojrzał.
- Przepraszam.. - wymamrotałem.
Dopiero po tym słowie uścisnął mnie mocno.
Nagle z gabinetu Jacka wyszła para? małżeństwo? Nie jestem pewien, ale był wysoki szczupły mężczyzna w brązowym garniturze i okularach, a z nim pewna kobieta w białej koszuli i w czarnej spódnicy do kolan.
Z daleka nie widziałem zbyt dobrze ich rys twarz.
- Jesteście państwo tego pewni? - Zapytał ze słabym uśmiechem Jack.
- Tak, ostatecznie.
- No dobrze, a więc drodzy pacjenci! Jak chyba wiecie, Ci państwo przyszli po chłopca. Także wszystkie płcie piękne, proszone są do odejścia do swoich pokoi.
po chłopca? Tylko jednego? To nie fair.
- Szybko. - Popchnął mnie do pokoju.
- Ej, tylko dziewczyny powinny pójść.
- Ale nie chcę, żebyś odszedł. - Rozpłakał się.
Pierwszy raz widzę, jak Brad płacze.. Nie chcę więcej widzieć go gdy jest w takim stanie.. serce mi się kroi.
- Brad, nie masz pewności, że to ja.. Nikt nie ma. - Przytuliłem szatyna. Chwyciłem go za podbródek. - No już.. nie płacz. Będzie dobrze.
Głaskałem go po plecach. Uspokajał się powoli.
- Płacz sobie, płacz. Jestem ciekawa jak bardzo jeszcze będziesz cierpiał
- Zamknij się! Masz nawet tak nie mówić! - Krzyknąłem. Wziąłem odsunąłem kawałek łóżko i skoczyłem na drzwi.
- Ała, tak się bawimy? - Zaczęła się rechotać.
- Brzydzę się Tobą.
- Zobaczymy w nocy.. Zobaczymy czy dzisiaj zaśniesz. Bo postaram się o to, żebyś tego nie zrobił.

6 komentarzy:

  1. Zajebisty :* Piszcie dalej ;33

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże pocałowali się! Aww! <3 Kocham nooo! Myślałam że zawału dostanę jak to coś chciało zabić Connora! Ja teraz spać nie będę! xD Mam też nadzieję że nie rozdzielą Brada i Connora! Serce by mi pękło! Chcę szybko następny! :****

    OdpowiedzUsuń
  3. O.O O kurde... :O To ta Mali?! Boże... Jak ja im współczuję!!!! :c Może zabiorą ich obu?? :3 Ehh.. No tak. To nie jest możliwe ;/ Czekam na kolejny świetny rozdział ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. O jejku. Widziałam, że w końcu się pocałują ♥ Takie awwww! Ciekawe co będzie dalej... Żeby tylko nic im się nie stało :(

    OdpowiedzUsuń
  5. O jejku. Widziałam, że w końcu się pocałują ♥ Takie awwww! Ciekawe co będzie dalej... Żeby tylko nic im się nie stało :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejku!! Jaka słodka z nich para!!!
    Jakby co ONI NIE MOGĄ ZOSTAĆ ROZDZIELENI !!!!
    Superowy ^^

    OdpowiedzUsuń