niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 26 Leniuchowanie

Zastanawiam się czasem czy to nie dzieje się wszystko przeze mnie.. Odnoszę takie wrażenie, że praktycznie czego nie zrobię, to będzie źle. Miewam takie przeczucie, że "pomagam" Bradu w samookaleczeniu się. Nie pokazywałem, ani nie mówiłem, jak bardzo mi na nim zależy. Nie mówiłem jak bardzo się z nim zżyłem.. Nie pokazałem mu tego. Czasami już nie wytrzymuję.. mam ochotę stąd odejść, ale jeszcze nie teraz..
Otworzyłem powoli zaspane oczy. Czułem ten piękny zapach, przy którym wszystkie złe myśli odchodziły gdzieś daleko - Jego perfumy.
Oderwałem policzek z jego nagiej klatki piersiowej i powoli usiadłem na łóżku. Spojrzałem na śpiącego loczka.
Słodko wygląda kiedy śpi. Jest wtedy taki spokojny, bezbronny. Gdyby ktoś go pierwszy raz zobaczył, nie uwierzyłby, że się tnie... No po prostu Aniołek.
Gdy przyglądałem się uważnie Bradu, zauważyłem, że oślinił poduszkę. Zacząłem się głośno śmiać. Chwilę potem, natychmiastowo zatkałem buzię zdając sobie sprawę z tego, że mogłem go obudzić.
Szatyn przetarł swoje oczy jedną ręką i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Nie chciałem Cię obudzić.. - Wbiłem wzrok w białą pościel.
- Nic nie szkodzi. - Usiadł i pociągnął mnie za sobą. - Pójdziemy spać jeszcze raz. - Ziewnął.
- Nigdy tak długo nie spałeś..
- No widzisz, wyśpię się za wszystkie czasy. - Zamknął oczy i usnął wtulony we mnie.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Po krótkim czasie zacząłem się nudzić, ponieważ nie mogłem usnąć.
Zacząłem bawić się jego loczkami.
- Nie możesz zasnąć? - Spojrzał mi w oczy.
- Wiesz, jest już dzień. Nie jetem jakoś zmęczony.
Wspiął się na mnie i przytulił mocno. Odwzajemniłem uścisk i pocałowałem go w czuprynę.
Trzymam w swoich ramionach, cały mój świat. Czy jetem szczęśliwy? Aktualnie to, tak. Praktycznie zawsze gdy jestem z moim szczęściem.
Ktoś wszedł do pokoju. Zostawił otwarte drzwi i każdy mógł zobaczyć co się u nas dzieje.
- Chłopaki! Myślałem, że terapia pomogła! - Odciągnął loczka ode mnie.
- Najwyraźniej, nie. - Usiadłem wkurzony.
- Spaliście ze sobą? - Popatrzył się na mnie i na chłopaka, którego trzymał McCurdy.
- Codziennie ze sobą śpimy. - Powiedział chłodno Brad.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - Puścił go. Szatyn wlazł na łóżko. - Pytam się was o coś.
Milczeliśmy. Nie mieliśmy ochotę z nim rozmawiać.
- Nie.. To na marne.. - Pomasował się po czole. - Dlaczego to mi robicie?
- O co panu chodzi?
- Chciałem po dobroci, abyście z tego zrezygnowali. Lecz teraz będzie na przymus.
Spojrzeliśmy z loczkiem sobie głęboko w oczy. Widziałem w jego oczach nabrane łzy. Pokiwałem tylko głową i pocałowałem delikatnie w usta.
- Uśmiechnij się dla mnie. - Powiedziałem. - Chociaż dla mnie. - Otarłem jego łzę, przed jej spłynięciem.
- Chłopaki.. - Usiadł ociężale na nasze łóżko.
Przyciągnąłem do siebie Bradzia i wtuliłem go w siebie.
- Bardzo was lubię.. Nie chcę żebyście się pozabijali gdybym was rozdzielił.
- Nie może pan. - Przeraziłem się.
- Musimy współpracować..
- Nie! Nie będziemy! Nie chcę się rozstawać z moim Connorkiem! - Wzmocnił swój uścisk.
- A tak z innej beczki, to nie po to tutaj przyszedłem.
- Więc po co?
- Chciałem Ci podziękować Con.
- Za co? - Zdziwiłem się.
- Dzięki Tobie Jane wychodziła ze swojego pokoju. Coś masz w sobie takiego.. że zmieniasz ludzi.
- Niektórych niestety nie.. - Mój głos ucichł i spojrzałem na Brada.
- Uważasz, że nie zmieniłeś Brada? - Zerwał się na równe nogi. - Człowieku! On chodził jak jakaś zmora po tym szpitalu! W każdym kącie już siedział! A potem zostałeś przydzielony do jego pokoju. Zmieniłeś go nie do poznania!
- Być może pan ma racje..
- Tak, ale mniejsza z tym. Chciałem was poinformować, że Jane nie żyje.
- Co? Ale jak to?
- Wcześniej było dobrze.. Dawaliśmy jej leki i było już całkiem dobrze. Przed wczoraj mieliśmy ją wypuszczać z izolatki, ale..
- Ale?
- To coś powróciło tak nagle i tym razem żadne leki nie pomagały.. Nie chciała nic jeść, w niektórych chwilach wołała o jedzenie i łykała w całości posiłki. Potrafiła na raz wypić trzy litry wody..
- To dziwne, zwłaszcza, że zawsze jadła mało.. - Szatyn słuchał uważnie rozmowy.
- Właśnie, albo wtedy, kiedy mówiła bezpłciowym głosem.. Była sina, tworzyły się jej nowe blizny. Wszędzie. Wczoraj wezwaliśmy księdza i powiedział, że trzeba przeprowadzić egzorcyzm.
- To straszne - Szepnął Bradzio.
- Po dwóch godzinach ksiądz wyszedł z pomieszczenia i powiedział, że demon odszedł, ale dziewczyna nie przeżyła. Nie miała już siły, żeby przetrwać to.
- Nie mogę w to uwierzyć.. Nie zasługiwała na to.
- Nikt na to nie zasługuje i nikomu tego nie życzę.To wszystko co chciałem wam powiedzieć. - Podszedł do progu drzwi.
Zaczęliśmy z Bradem się całować.
- A i jeszcze jedno.. Ubierzcie się i przestańcie to na moich oczach, proszę. - Usłyszeliśmy zamknięcie drzwi.
Szatyn oderwał się od moich warg.
- Twoje usta są takie mięciutkie.
- Wiem. - Uśmiechnąłem się.
- Zdajesz sobie sprawę, że Jane opętało przez te książki?
- Jeju, no wiem. Musisz mi przypominać? - Zniknął mi banan z twarzy.
- Mówiłem Ci, żebyś tego nie czytał. - Pogładził mnie po ramieniu.
- Gdybym wiedział jakie będą tego skutki, to bym ich nawet nie tknął.
- No cóż, stało się. Niestety. Trzeba z tym nauczyć się żyć. Zapamiętajmy ją z tej dobrej strony. - Przytulił mnie mocno od tyłu.
Poczułem jego mokre wargi na moim karku, dostałem gęsiej skórki. Położył się i pociągnął mnie za sobą.
- Bradzio.. - Mruknąłem.
- Mój koteczku. - Pocałował mnie w czubek nosa.
- Nie chce mi się nic dzisiaj.
- Może cały dzień spędzimy w łóżku? - Uśmiechnął się szeroko i poruszył powoli brwiami.
- Zboczeniec. - Zaśmiałem się.
Dręczyło mnie sumienie, że to wszystko przeze mnie. Że to moja wina, że Jane już z nami nie ma. Gdyby to się stało mojemu Bradziowi, to nie wybaczyłbym sobie tego nigdy i sam bym popełnił samobójstwo.
- Ale w sumie, to czemu nie. Fajnie tak spędzić cały dzień na leniuchowaniu.
- Decyzja należy do Ciebie skarbie. - Uśmiechnął się szeroko.
- No możemy.. - Pocałowałem go w policzek.
- Mój kochany leniuszek. - Objął mnie mocno.
- Twój. - Szepnąłem mu do ucha.
Do pokoju weszła Amanda. Podeszła do nas.
- Kobieto, czy Ty nie możesz wybierać innych momentów? - powiedział loczek
- Nie i przestań.
- O co Ci chodzi?
- O co mi chodzi? Jesteś dla mnie i innych nie miły! Odkąd Connor powrócił, masz nas gdzieś i na dodatek unikasz nas.
- Nie unikam, po prostu mam ważniejsze sprawy.
- Ważniejsze sprawy? Co takiego ważnego robisz ZAWSZE z Conem?
- PRZESTAŃCIE! - Zerwałem się. - Łeb mnie trzaska, a wy się kłócicie z wrzaskami.
- Kaca masz?
- Tak, kaca. Ty weź czasem pomyśl. - stuknął się w czoło Brad.
- Uspokójcie się. Błagam.
- To czemu Cie głowa boli?
- Am, nie pamiętasz już że wczoraj wyłem?
- Moje biedactwo.. Cały dzień płakałeś?
- Twoje? On jest mój! Tylko mój! - Wtulił się we mnie.
- Uhm, rozumiem. Czemu jesteście jeszcze w łóżku? Już jest po dwunastej.
- Mamy zamiar być leniami i nie wychodzić z łóżka.
- A kiedy to wy nie jesteście nimi.. - Zaśmiała się i wyszła z pokoju.
Popatrzyliśmy się po sobie. Zaczęliśmy się śmiać.
- Po co ona w ogóle tutaj przyszła?
- Nie wiem.. - Skończyłem się śmiać i sięgnąłem po inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy.
- Mój misio, dlaczego ty musisz mieć te chore serduszko i te płuca?
- No widzisz.. widocznie, należało mi się. Taka kara.
- Nie prawda. Jesteś aniołkiem, nie możesz mieć żadnej kary..
- Twoje zdanie.
- Powoli mi się nudzi.. - Marudził
- To był twój pomysł. Chociaż w sumie..
- Co żeś wymyślił?
- Czekaj. - Wstałem, chwyciłem za moją gitarę i wróciłem na łóżko.
Z szuflady wyciągnąłem swój zeszyt i przewróciłem kilka kartek.
Po chwili zacząłem grać, a potem zaśpiewałem.
Merrily we fall out of line, out of line.
I'd fall anywhere with you,
I'm by your side.
Swinging in the rain
Humming melodies.
We're not going anywhere until we freeze.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.

Carefully we'll place for our destiny.
You came and you took this heart
And set it free.
Every word you write and sing is so warm to me
So warm to me.
I'm torn, I'm torn.
To be right where you are.

I'm not afraid anymore,
I'm not afraid.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.
I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.

You so know me.
Pinch me gently.
I can hardly breath.

Forever is a long time,
But I wouldn't mind spending it by your side.
Tell me everyday,
I get to wake up to that smile.

I wouldn't mind it at all.
I wouldn't mind it at all.
- Jejku Con, nie słyszałem jej nigdy
- Bo wcześniej nie była kończona.. Zacząłem ją pisać, kiedy zaprzyjaźniliśmy się..
- Mój kochany. - Przytulił mnie mocno i wycałował. - Wiesz co mnie teraz denerwuje?
- Hm?
- Że nie masz na sobie koszulki, a poszarpałbym.
Zacząłem się śmiać.
- Chłopcy, obiad! - Weszła i wyszła pielęgniarka.
- Trzeba coś na siebie ubrać.
- Po co? - Zaśmiałem się.
- Bo będę cholernie o Ciebie zazdrosny, jak każdy będzie Cię widział w samych bokserkach.
- Przestań zagryzać tą wargę!
- Przepraszam. - Podszedłem do szafy i wyciągnąłem spodnie i jakąś koszulkę.
Wyszliśmy na obiad. Szliśmy jak zwykle za rękę. By pokazać, że jesteśmy tylko swoi. Nikogo więcej, tylko swoi.
- Wchodź pierwszy. - Otworzył przede mną drzwi.
- Ej! - Klepnął mnie w tyłek. - Bradziu!
Szatyn zaśmiał się i wszedł do środka. Wzięliśmy talerze i usiedliśmy do dwuosobowego stolika.
- Już nie pamiętam kiedy ostatnio smakowało mi tutejsze jedzenie. - Zarzucił.
Wiedziałem, że jeszcze nie skończył swojej wypowiedzi, więc uśmiechnąłem się dla kontynuacji jej.
- Zapewne wiesz co chcę powiedzieć.
- Chyba tak. - Przełknąłem posiłek
- Co mnie to obchodzi, że się powtarzam z tym, jak bardzo Cię kocham, ale będę Ci to mówił cały czas.
- Czemu?
- Bo chcę żebyś wiedział, że nigdy nie przestanę. - Złapał mnie za lewą rękę i pogładził swoimi opuszkami.
- Kochany jesteś. - Uśmiechnąłem się.
- Specjalnie dla Ciebie. Muszę podziękować Bogu, że przysłał mi takiego anioła stróża.
- Bradziu.. To był istny przypadek, że tutaj trafiłem..
- Nic nie dzieje się przypadkiem. - Wstał, pocałował mnie w policzek i zaniósł swój talerz.
Dzisiaj jest jakiś taki delikatny i bardzo uroczy.. Niby jest okej, ale mam jednak przeczucie, że coś go trapi, ponieważ nie codziennie się tak zachowuje.. Martwię się o niego.
Wstałem i zaniosłem talerz jak Brad. Razem opuściliśmy stołówkę.
- Bradzio. - Przytuliłem go.
- Co jest Connorku? - Pogładził mi plecy.
- Jest wszystko dobrze?
- Oczywiście, czemu miałoby być inaczej?
- No nie wiem.. jesteś taki bardziej miły, uroczy i delikatny.
- Kiedyś trzeba się zmienić. - Powiedział ciepło i pocałował mnie w czoło.
- Na pewno nic się nie dzieje?
- Co to za głupie pytanie?
- Kocham Cię całym swoim serduszkiem.. i..
- I? - Złapał mnie za ramiona, odczepił mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.
- I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil i choćby cały świat Ci się rozpadł w pył, możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt..
- Co chcesz mi przez to powiedzieć?
- Że masz mi mówić zawsze co się dzieje, kiedy jest Ci źle i możesz mi zaufać. Nigdy nie wygadam żadnych sekretów. Wszystko może zostać między nami..
- Wszystko?
- Tak misiu. - Poleciały mu łzy. - Ej.. nie płakusiaj. Jestem przy Tobie.
Otarłem jego łzy i wtuliłem się w szatynka.
- Tak bardzo Cię kocham, wiesz?
- Ja Ciebie mocniej. O wiele razy mocniej i boli mnie bardziej gdy widzę, że cierpisz.
- Ball! Simpson! - Odwróciliśmy się. - Na salę!
Spojrzeliśmy po sobie i zaśmialiśmy się.
- Idziemy tam?
- Wiesz co? Niech sobie daruje o tej parze idealnej z kobiety i mężczyzny. Mam Ciebie i nikogo więcej.
- Masz rację. Nie idźmy tam. Chodźmy do pokoju.
Ruszyliśmy do naszego pokoju. Nie mojego, nie Brada, tylko naszego.
Zastanawiam się, co by to było gdybym jednak nie wylądował w tym szpitalu.. Zapewne mój loczek nadal by chodził jak zmora, a ja nadal bym był wyśmiewany i odtrącany od swoich rówieśników.
- Nie żeby coś, ale nudno.. - Marudził jak zwykle.
- Wiesz co zazwyczaj robie jak jest mi nudno?
- Hm?
- Robię sobie zdjęcia. - Zacząłem się śmiać.
Chłopak ucieszył się, że będziemy coś robić i zaczęliśmy robić głupie miny, dzióbki, a nawet nagrywaliśmy filmiki, gdzie nic nie było innego słychać prócz naszych śmiechów. Można było powiedzieć, że serio nam odbiło, lecz bawiliśmy się przy tym jak małe dzieci.
- O Boże, jak ja tu wyszedłem! Nikomu tego nie pokazuj! Błagam! - Ledwo mówił przez śmiech.
Nigdy, ale to przenigdy nie widziałem Brada, kiedy tak się świetnie bawił i przy tym był cały czerwony od śmiechu. Gdy widziałem go w takim stanie, serce mi się cieszyło. Nie usunę tych zdjęć, ani tych filmików. Zostaną na zawsze na mojej karcie pamięci i w mojej głowie.

6 komentarzy:

  1. Jakie to słodkie <3 Kocham te parę normalnie :D przykro mi że Jane nie żyje :( Connor niestety nie mógł przewidzieć co się stanie :/ mam nadzieję że nic ich nie rozdzieli i będą razem na zawsze <3 czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej.. Oni są tacy kochani ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że Jane nie żyje :( Ale przynajmniej Con i Brad są szczęśliwi i razem :3 Niech nic ich nie rozdziela :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebisty ^^
    Nic dodać, nic ująć *.*
    Takie rozdziały lubię najbardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam do mnie :*
    Dziś pojawi się rozdział...
    http://pisze-to-co-chce.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń