Zastanawiam się, co ja takiego zrobiłem.. Może jak byłem mały, coś złego zrobiłem i już wcześniej nie uznawali mnie za swoje dziecko? Nie wiem.. A może za to, że tutaj trafiłem ? Nie wiem .. Najbardziej zabolało mnie zachowanie matki.. Zawsze była pomocna, łagodna a przede wszystkim wyrozumiała wobec mnie..
Obudziłem się. Wstałem z łóżka. Szedłem w stronę drzwi, lecz w połowie drogi potknąłem się o coś i upadłem z wielkim hukiem.
- Connor ? Już nie śpisz? - Obudził się Brad.
- Nie.. - Syknąłem z bólu.
- Ej, wszystko dobrze ? - Wstał z łóżka.
- Nie. Nic nie jest dobrze. Cholera jasna, kostka mi spuchła.
- Poczekaj tu. - Wstał i wybiegł z pokoju.
- Jasne.. zostaw mnie samego... Co mi tam. - Chwilę później przybiegł Brad z lekarzem.
- Connor, co się stało? - Zapytał McCurdy.
- No nic takiego..
- Brad powiedział, że to poważne, więc mów. - Kucnął przy mnie. - Wstawaj.
Chwyciłem za jego dłoń i próbowałem wstać, ale noga strasznie mnie zabolała.
- No, usiądź na łóżku i pokaż nogę. Widzę, że jest spuchnięta.. Masz stłuczoną kostkę.
- Może pan jaśniej ?
- No, nie musimy nakładać gipsu, tylko wystarczy żel i bandaż.
- Mhm, to jak nasmaruje to, ból minie ?
- Tak, ale oczywiście nie tak od razu.
- Rozumiem..
- Poczekaj tu na mnie. - Powiedział lekarz. Wstał i wyszedł z pokoju.
Dziesięć minut później przyszedł z tym żelem i bandażem, jak mówił.
Poczułem chłód, kiedy rozsmarował mi żel. Wyjął z woreczka bandaż i owinął nim moją kostkę. Po chwili z chłodnego miejsca, naszła fala przyjemnego ciepła.
- Miałeś już wcześniej naruszaną kostkę? - Zapytał Jack
Relaksowałem się ciepłem wydobywającym się spod opatrunku. Położyłem się na łóżku z zamkniętymi oczami i zasnąłem.
Powoli miałem już tego serdecznie dosyć.
Czego ? Hm, wszystkiego. Moje życie składa się z tysiąca nieszczęść. Czasami dziwię się samemu sobie, ile już wytrzymałem i nic sobie nie zrobiłem.. Niektórzy mnie za to podziwiają. Ale jeszcze nie dzisiaj, jeszcze nie teraz.
Jestem pełen nadziei na lepszy czas, na lepsze jutro.
- Con, otwórz oczy. - Poklepano mnie po ramieniu.
Przetarłem oczy i poczekałem pięć sekund, aż będę widział normalnie. Usiadłem ociężale.
- Nie jesteś czasem głodny ? - Na moim łóżku siedział uśmiechnięty Brad.
- W sumie.. Czemu by nie. - Wziąłem od niego talerz z sałatką. Lubianą przeze mnie sałatką.
- Smacznego. - Poszedł na swoje łóżko.
- Dbają o naszą figurę, że jest sałatka na śniadanie?
- Twoje późne śniadanie. - Uśmiechnął się.
- Widzę, że humor Ci dopisuje. - Spojrzałem na niego.
Nagle jego promienny uśmiech gdzieś zniknął. Czyżbym coś złego powiedział? Przepraszam.. Nie chciałem. Kiedy on się uśmiecha, ja uśmiecham się od środka. Ale teraz, kiedy już nie widzę jego białych zębów, nastała szarość.
Zaczął kontynuować czytanie swojej książki, na wcześniej zaznaczonej stronie. Natomiast ja, już zjadłem swój posiłek.
- Irytuje mnie ta cisza. - Odłożyłem talerz na stolik.
- Myślałem, że się do niej przyzwyczaiłeś..
- Jeżeli nadal będziesz czytał swoją książkę, a ja patrzył na Ciebie, to zacznę gadać do ścian. - Wstałem z łóżka.
- Co robisz? - Spojrzał na mnie.
- A nie widać? Wychodzę. Nie mam zamiaru ogłupieć.
- A jest Ci tu źle?
- Tak! Bardzo źle! Ja tu nie wytrzymuję z tobą! A teraz daj mi wyjść w spokoju.
- Daleko nie zajdziesz z tą nogą. - Wskazał na zabandażowaną nogę.
- A może i zajdę! - Doskoczyłem na jednej nodze do drzwi i wyszedłem trzaskając.
Powoli mnie wkurza. Czy on nie ma potrzeby rozmawiania z kimś? Szału dostanę! Nie mogę wiecznie siedzieć w tym cholernym milczeniu! Albo niech mnie przeniosą do kogoś innego. Mógłbym spać nawet na podłodze, byle tylko z kimś, kto porozmawia trochę. Nikt nie chce ze mną rozmawiać..
Skakałem w stronę gabinetu mojego doktora. Po kilku takich dłuższych skokach, zmęczyłem się i zaczęła mnie pobolewać noga. Wróciłem się troszkę i usiadłem na krzesełku, akurat przed moim pokojem.
Wyjąłem z kieszeni telefon i zacząłem szperać w grach.
- O, kogo ja tu widzę. Nie powinieneś być w łóżku? Chyba rozmawiałem na ten temat z Bradem.
- Nie obchodzi mnie to, o czym pan rozmawiał z nim.
- Wiesz, od dłuższego czasu obserwuję Cię i mnie to niepokoi.
- Mnie też, skoro dowiaduję się co pan robi.
- Nie myślimy o tym samym Connor. - Zabrał telefon z moich rąk.
- Co pan.. ?
- W tym jest problem.. - Podniósł do góry moją cenną rzecz.
- Proszę mi oddać.
- Nie chłopcze..
- Proszę mi oddać telefon w tej chwili!
- Nie podnoś na mnie głosu. Nie, nie dostaniesz go, bo jesteś uzależniony od niego.
- Ja? Uzależniony?
- Tak, gdzie Cię nie zobaczę, grasz na telefonie.
- To nie prawda!
- Connor, nie kontaktujesz normalnie ze swoimi rówieśnikami.
- Ja? Ja nie kontaktuję?! A jak on czyta wiecznie swoją książkę i nie odzywa się do nikogo, to jest dobrze tak? - Wstałem wkurzony
- On, czyli kto?
- Mój współlokator. Tego oczywiście pan nie zauważył bo po co. Tylko wiecznie każdy widzi we mnie czyste zło. Wszyscy są normalni, tylko ja jestem przygłupem tak? Czy nie tak pan uważa?
- Connor posłuchaj.
- Nie, niech teraz ktoś mnie uważnie posłucha. Ja nie wiem za kogo jeszcze mnie uważacie w tym szpitalu, ale wiem jedno, ja albo popełnię tutaj samobójstwo, albo wypuścicie mnie stąd. Ja tu nie pasuję! To jest jedna wielka pomyłka!
- Connor! - Zerwał się na równe nogi. Wszyscy powychodzili ze swoich pokoi by zobaczyć co się stało, że lekarz wrzasnął.
- Co?
- Książka kształci. Telefon nie. Takie jest moje ostateczne zdanie na ten temat. - Odszedł do swojego gabinetu.
No świetnie. Nie mam telefonu. Bo co? Bo stwierdził, że jetem uzależniony.. Nie no super. Tylko tego brakowało.
Z drugiej kieszeni wyciągnąłem swój inhalator i zaciągnąłem się nim dwa razy.
Spojrzałem na te plastikowe urządzenie. Zacisnąłem pięść na nim.
- Pieprzone płuca! - Rzuciłem z całej siły w ścianę. Roztrzaskał się na kawałki.
Usiadłem zrezygnowany ponownie na krzesełko. Z opuszczoną głową siedziałem i rozmyślałem.
Ktoś usiadł obok mnie. Podniosłem głowę do góry.
- Masz rację. - Szepnął.
- W końcu ktoś to zauważył. - Wbiłem swój wzrok ponownie w podłogę.
- Nikt ze mną nie wytrzymuje. Jestem gównem, który uprzykrza życie innym. - Załamał mu się głos.
Spojrzałem mu w oczy. On zaś odwrócił wzrok, wstał i odszedł.
No i znowu. Znowu wychodzi na to, że ja tu jestem wszystkiego winien! Znowu zostałem sam..
Siedziałem jeszcze tak z jakieś kilka minut.
- A co to za rozwalanie rzeczy chłopie? - Przyszła pielęgniarka.
- Szybki ma pani zapłon.. - Powiedziałem znudzony.
- Twoi rodzice za to zapłacili! Powinieneś to uszanować!
- Nie mam rodziców.
- Wiesz co, nie wiem co takiego nabroiłeś, ale pierwszy raz pan McCurdy tak krzyknął.
- Krzyknął? On wrzasnął. - Spojrzałem jak zbierała szczątki inhalatora.
- Ja idę z nim porozmawiać. Może coś da się zrobić z tym. - Pokazała kawalątki mojego urządzenia.
- Mhm, jasne. - Wstałem.
- Okaż jakąś chęć do tego życia!
- Przepraszam bardzo, do czego? Pani nazywa to siedzeniem w tym miejscu życiem? Nie wiem co pani bierze, ale nie myśli panie racjonalnie. - Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi do pokoju.
Wszedłem do jego wnętrza, ujrzałem leżącego bruneta. Nie czytał książki..
Doskoczyłem do swojego łóżka. Usiadłem powoli na nim i westchnąłem ciężko.
- Co jest we mnie nie tak? - Zarzucił smutnym głosem lokowaty.
- Czemu tak uważasz, że jest coś z Tobą nie tak ?
- Mój poprzedni współlokator powiesił się przeze mnie.
- Co? - Zatkało mnie.
On chyba nie mówi poważnie.. Nie chcę nawet wiedzieć dlaczego to zrobił.. A jeżeli on też doprowadzi mnie do tego? Nie chcę tak skończyć..
- Ej.. - Wstałem ze swojego łóżka i poszedłem usiąść na jego. - Nie przyjmuj tego wszystkiego co mówię do siebie.. Czasem coś mi pójdzie o jedno słowo za dużo, ja tego nie kontroluje. Wiesz przecież..
- Ale wtedy wiem, co o mnie myślisz.
- Nie prawda.
- Prawda! - Usiadł gwałtownie.
Do pokoju weszła niespodziewanie pielęgniarka i podeszła do nas.
- Proszę. Mam nadzieję, że będziesz szanował. - Dała mi do ręki nowy inhalator i odeszła.
Stanęła w drzwiach.
- A tak a pro po to już obiad moi drodzy.
- Mhm zaraz. - Przemacałem dokładnie opuszkami palców każdy milimetr nowego sprzętu.
- "Mam nadzieję, że będziesz szanował" , co się stało z poprzednim?
- Nie ważne.. - Zaburczało mi w brzuchu.
- Poczekaj tu, ja zaraz przyjdę z obiadem.
- No ok. To weź ten talerz z sałatki. - wskazałem na talerz leżący na moim stoliku nocnym.
- Dobra. - Wziął naczynie i wyszedł z pokoju.
___________________________________
Przepraszam wszystkich za nieobecność
ale dużo się u mnie działo..
zbyt dużo.
Kto został ze mną ? = komentarz ;)
Ja chcę next!!!
OdpowiedzUsuńsuperowy i żądam następnego ;)
OdpowiedzUsuń