Kiedy dowiedziałem się, że nie będę sam w pokoju, myślałem, że się załamię. Jednak nie jest aż tak źle. Dzięki Bogu, ten Brad nie chrapie. Jest cisza i spokój, jakby go w ogóle tutaj nie było. Niestety wiedziałem! Wiedziałem, że coś mi przeszkodzi w moim śnie. Lecz tym razem nie było to pukanie.
Usłyszałem huk, jakby coś spadło.Otworzyłem zaspane oczy. Chwilowo miałem rozmazany obraz, ale po krótkim czasie było już okej.
Ujrzałem małe, czarne źrenice na wielkich, okrągłych białkach, te oczy patrzyły się prosto w moje. Dzieliło nas dosłownie kilka centymetrów.
- BOŻE ŚWIĘTY!- Wydarłem się i spadłem z łóżka.
- Nie, pomogłeś mi... Ze mną, się nie zadziera... - Szeptała. - Doprowadzę do tego, abyś cierpiał jak ja i umarł tutaj w męczarniach!
Po tych słowach rzuciła mi się do gardła. Chciała mnie udusić..
- WYJDŹ STĄD! - Krzyknąłem ostatnim tchem.
- Kate! NIE! Nie rób mu tego! - Błyskawicznie, mój współlokator ją odciągnął.
Wziąłem głęboki wdech. Ciężko oddychałem. Szukałem ręką znajomego mi kształtu, ale tylko błądziłem.
- Może, szukasz tego?! - Trzymała mocno inhalator. Mój inhalator.
- Oddaj mi to. - Było mi słabo.
Ledwo widziałem na oczy. Brad ścisnął ją za nadgarstek i wypuściła cenną rzecz. Doczołgałem się do mojego inhalatora i zaciągnąłem się mocno dwa razy i odkaszlnąłem.
- Simpson zostaw mnie! Chcę mu dać nauczkę! - Wyrywała się.
Jej głos naprawdę mnie przeraża. Mam wrażenie, że nie mówi swoim głosem. Ma strasznie niski i zachrypnięty głos. Normalnie jak w horrorach. I w ogóle jej wygląd także mnie od niej odtrącał..
- USPOKÓJ SIĘ! - wrzasnął
- ANI MI SIĘ ŚNI!!
- Chcesz mieć znowu kaftan i miesiąc w izolatce? Ledwo Cię wypuścili! - Przestała się szarpać.
Słychać było jak wkurzona oddychała przez nos.
- A teraz, idź do swojego pokoju tak, aby żaden lekarz na dyżurze, Cię nie zobaczył. Migiem!
Wygonił ją za drzwi. Wstałem, spojrzałem na rozwaloną szafkę nocną, która była obok mojego łóżka.
NO NIE! Mój zeszyt! Cały podarty! Tyle trudu poszło na marne! Ja tu nie wytrzymam.. Jeszcze tylko brakuje, żeby on mnie tu pobił..
Zaciągnąłem się inhalatorem. Po chwili zacząłem układać rzeczy tak, jak były. Usiadłem na swoje łóżko skulony.
- Nie chcę tu zostać.. Chcę stąd uciec. - Kołysałem się lekko w przód i tył.
- Ja przepraszam za Kate.. Nie wiem co ją napadło.. przepraszam.
- Szatan. - burknąłem pod nosem
- W to nie wątpię.. - Usiadł obok mnie
- Od początku, kiedy tu przyszedłem, próbowała mnie zabić. To nie jest normalne.
- Uwierz lub nie, ale nikt tu nie jest normalny. Spokojnie. - pogładził mnie po plecach.
- ZOSTAW MNIE. - Odsunąłem się od niego.
- Dobra, jak chcesz. Chciałem Ci tylko pomóc. - Wstał i podszedł do swojego łóżka.
- Każdy tak mówi, a potem pogarsza tylko moją sytuację. - Okryłem się kołdrą i zamknąłem swoje powieki.
Zasnąłem.
W sumie, to obawiałem się najgorszego po nim. Jednak, on ma coś takiego w sobie, że mogę mu chyba zaufać. Nie jestem do końca pewny, ale mam takie przeczucie. Lecz, gdyby chciał mnie pobić, to raczej by nie obroniłby mnie przed tą dziwną istotą.
Zacząłem się wiercić na łóżku. Nie mogłem już dłużej spać i wyciągnąłem się. Ziewnąłem, przetarłem oczy i usiadłem na łóżku. Rozejrzałem się wokół siebie i przypomniała mi się noc. Ta okropna noc.
- O, widzę, że wstałeś. Jest już śniadanie. Idź. - Wyjrzał zza swojej książki.
Nie ma sensu przebierać się w nowe ciuchy, skoro idę tylko zjeść i z powrotem idę do pokoju.
Wstałem i poszedłem w stronę drzwi. Zatrzymałem się przed nimi i odwróciłem głowę do tyłu.
- Ty nie idziesz? - Powiedziałem cicho.
- Nie.. Ty idź.
Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z pokoju. Zawiesiłem się chwilkę i wróciłem się.
- Na pewno nie idziesz zjeść?
Zaśmiał się.
- Nie, jakbyś zauważył to nie jem śniadań. - Ponownie włożył swój nos do książki.
Zamknąłem ponownie drzwi i poszedłem na stołówkę.
No trudno, skoro nie je w ogóle śniadań, to jego strata..
Podbiegłem do jadłospisu na dzisiejszy dzień.
Okej, nie dziwię mu się, że nie je śniadań.. Jeżeli codziennie ma być to samo, to także by mi to zbrzydło. Nie.. Wracam do pokoju. Nic tu po mnie. Sory pani kucharko, ale nie jem już śniadań!
Wybiegłem stamtąd i wróciłem do pokoju.
- Już tak szybko zjadłeś? - Czytał książkę.
- Masz rację, że nie jesz śniadań. - Zamknąłem drzwi.
- Jeszcze wczoraj nie chciałeś ze mną rozmawiać, a dzisiaj.. - Odłożył książkę.
- Co czytasz? - wskazałem palcem.
- O samobójcach.
Mhm... Już się zapowiada ciekawie. On chce popełnić samobójstwo czy co? No, już to widzę. Budzę się pewnego dnia a tu nade mną wisielec. Z kim ja tu muszę być..
- Fajne to? - chrząknąłem
- Trzeba najpierw zrozumieć, zanim się oceni. Chcesz przeczytać?
Że ja? Nie, nie, nie.. Żebym jeszcze miał myśli samobójcze? Żebym wszystkich pozabijał? Powaliło go chyba.
Dalej *.*
OdpowiedzUsuńBoże to jest genialne *-* Uwielbiam sposób w jaki piszesz. Wielka szkoda że Connor nie chce doprowadzić do siebie Bradleya :( Ale mam nadzieję że się zaprzyjaźnią :D Pozdrawiam, życzę weny. ;* #o.
OdpowiedzUsuńTo jest boskie! Już się Noe.mogę doczekać kolejnych rozdziałów i kolejnych akcji.
OdpowiedzUsuńNo to ty tu pisz A ja już zmykam.
Czekam na kolejny cudowny rozdział- Żelkojadek, aww_my_James
Świetne opowiadanieMam nadzieję że z czasem Con i Bradley się dogadają i zaprzyjaźnią :) świetnie piszesz, podoba mi się, bardzo wciągająca historia ogólnie.
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział! :D