15 miesięcy temu
Chciałbym jak każdy człowiek móc prowadzić swoje własne i normalne życie. Niestety ludzie, którzy są wokół mnie uważają, że jestem "inny". Należę do takich bardziej nieśmiałych osób i ciężko mi nawiązywać nowe znajomości. Każdy chyba myśli, że to można tak na pstryknięcie palca, przestać się przejmować opinią innych ludzi. To jest bardzo irytujące, gdy osoby niby chcą Ci pomóc, a bardziej dobijają nas psychicznie, ponieważ nie mają bladego pojęcia jak czujemy się w danej sytuacji.
Myślisz, że gorzej być nie może? Oczywiście że może. Tylko świat nie jest dla Ciebie taki okrutny. Wiem to, doświadczyłem tego na własnej skórze. Zycie dla jednych to tysiące cierpień, natomiast dla drugich lepie być nie może.
Nazywam się Connor Ball. Pomimo tego wielkiego bólu jakie zadało mi życie, nie chcę się poddawać. Mam nadzieję, że gdzie nie gdzie los, uśmiechnie się do mnie i będę mógł normalnie funkcjonować na tym świecie.
Właśnie idę z dwojgiem podejrzanymi ludźmi, przez okropny korytarz. Jetem w totalnym szoku, że jestem w tak dziwacznym miejscu. Chce stąd uciec. Niech mi ktoś pomoże. Wyciągnijcie mnie stąd proszę.
Stanęliśmy przy jakimś blacie. To chyba recepcja, albo i jakaś sekretarka. Co chwilę na mnie patrzą i coś gadają między sobą. Rozejrzałem się wokół siebie i po korytarzach. Kilka kroków ode mnie, na krzesełku siedziała jakaś dziewczyna w długich ciemnych włosach i koszuli szpitalnej. Nic z tego nie robiąc, usiadłem obok i zacząłem szperać w swoim telefonie. Usłyszałem szepty. Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Była zapłakana.
- Jesteś z zewnątrz? - szeptała.
Kiwnąłem głową na "tak"
- Pomóż mi.. proszę.. - odsunąłem się trochę od niej..
Wydaje mi się dziwna..
- Nie mam jak. - odszepnąłem. Rzuciła się na mnie. Wywaliła nas na podłogę. Zaczęła krzyczeć i płakać.
- Masz mi pomóc! - Uderzyła mnie pięścią w klatkę piersiową.
Przybiegli lekarze, odciągnęli ją ode mnie i założyli jej biały kaftan. Jej płacz i krzyki nasilały się.
Wystraszyłem się. Wyciągnąłem z kieszeni inhalator. Zaciągnąłem się dwa razy. Wstałem z podłogi, otrzepałem spodnie i pobiegłem do wyjścia.
- Ej, hola hola! A dokąd to? - Stanął przede mną lekarz. Centralnie przed drzwiami, kiedy miałem chwycić za klamkę. Spojrzałem srogo na jego wesołą minę. Spojrzałem za siebie, nie było lekarzy, ani tej dziewczyny. Odszedłem z powrotem na swoje "pechowe" krzesełka.
Chwilę potem powrócił do mnie ten sam lekarz.
- Dowiedziałem się, że u nas zostajesz. Cieszysz się?
Ja? Niby tutaj mam zostać? O nie. Po moim trupie. Nie chcę skończyć jak tamta. Niech męczą kogoś innego, a nie mnie!
Chciałem wstać, ale chwycił mnie za rękę.
- Jesteś mało mówny. Pozwól, że się przedstawię. Jestem Jack. Jack McCurdy, a ty?
- Connor. - powiedziałem przez zęby.
- Skąd te nerwy?
- Nie jestem zdenerwowany.. - Usłyszałem straszne wrzaski zza drzwi jednego pokoju.
Szybko spojrzałem w tamtą stronę, lecz drzwi były zamknięte. To miejsce staje się coraz bardziej okropniejsze i sprawia, że nie chcę ani jednej sekundy dłużej tu przebywać.
- Czego się boisz? Tu nie ma czego się bać. - powiedział łagodnym głosem.
- Oj wątpię. - rzuciłem szybko.
- Coś się stało? - wstałem
- Trochę mnie to przerasta.. - Zaciągnąłem się inhalatorem.
- Spokojnie. Powiedz na luzie co Cię przerasta.
- Wszystko! - krzyknąłem.
- Uspokój się. Chcę tylko pomóc. - Chodziłem w tę i z powrotem z założonymi rękoma na głowie.
- Oddychaj głęboko, dziękuję siostro. - Spojrzałem na niego i zatrzymałem się. Trzymał w dłoniach jakieś papiery.
- No to już wszystko wiemy, Ball.
- Nie po nazwisku! Proszę.
- Dobrze, już dobrze. Zobaczmy co Ci jest.
- To, tu wszystko o mnie pisze? - wskazałem na papierek, który trzymał.
- Tak Connor. I widzę, że jeżeli będziesz nerwowy, to będziemy zmuszeni założyć Ci kaftanik.. - Spojrzał na mnie z dołu.
No jeszcze czego! Żadnych fartuszków, kaftaników i innych rzeczy nie będę na przymus tutaj nosił! Jeszcze czego! Gdzie ja jestem?
Powtarzam, zabierzcie mnie stąd! Jeżeli ja jestem w psychiatryku to popełnię samobójstwo..
- Connor!
- Hm? - Spojrzałem na niego
- Wołam Cię, od pięciu minut. Nie słyszysz mnie?
- Przepraszam, zamyśliłem się..
- No dobrze. Weź plecak i swoją torbę. Pokażę Ci twój nowy pokój. Chodźmy na pierwsze piętro. - Weszliśmy po schodach.
Nad drzwiami do korytarza widnieje tablica, a na niej napis : XII Oddział psychiatryczny
I że ja mam mieć tam swój pokój? Sory Jack, ale spadam stąd. Nie chcę tam.
- Hej, idziesz? - stał w drzwiach. Popatrzyłem się to na tablicę, to na niego. - No chodź.
Potrząsnąłem głową na "nie". Zamyślił się.
- Może najpierw chciałbyś odwiedzić naszą restaurację, coś zjeść? - Zerknął raz jeszcze na moje dane - hm, nie pisze tu, że jesteś na coś uczulony. Idziemy tędy. - Wskazał na te same drzwi.
W sumie w brzuchu mi nie burczy. No cóż. Mus to mus. Trzeba iść, bo niby gdzie pójdę?
Złapałem za klamkę, wziąłem głęboki wdech i wszedłem pierwszy. Była irytująca cisza.
Słychać tylko mój ciężki oddech i chrypę.
- Oj widzę, że będziesz musiał brać leki na gardło.
- Nie trzeba. - Poprawiłem opaskę torby na ramieniu. - Gdzie mamy iść?
- Chodź za mną. - Ruszył. Rozglądałem się po wszystkich ścianach.
Wszędzie są kamery. Nie mają własnego życia, tylko obserwują wszystkich? Jezu.. To jakiś koszmar. Gdzie są moi rodzice? Kiedy są potrzebni, to ich nie ma.
- O czym myślisz? - Zapytał doktor
- O rodzicach. - Burknąłem.
- Ach tak, przypisali Cię tu. Uznali, że tutaj nie zrobisz nikomu krzywdy.
Że co?! Rodzice sami mnie tu zapisali? No tak, mieliśmy ostatnio słaby kontakt, ale żeby mnie wyrzucać z domu i tutaj wysłać? Co ja jestem? Jestem jakąś rzeczą czy co... W sumie tak się teraz czuję. Pewnie się teraz cieszą, że kłopoty, czyli ja są już za nimi.. Na prawdę już nie jestem nikomu potrzebny? Ze szkoły mnie wyrzucili, hm.. A może z tego szpitala też mogą mnie wyrzucić? Było by ekstra, bo bym nie musiał tu być.
- Przepraszam..
- Tak?
- A gdybym, coś przeskrobał, to byście mogli mnie wyrzucić?
- Tak. Wyrzucilibyśmy Cię w kaftaniku do izolatki.
Do Izolatki? W tym kaftanie? O nie.. Nie, muszę być dobry.
Wystraszyłem się i zaciągnąłem się dwa razy inhalatorem.
- Masz problemy z oddychaniem? - zapytał.
- Tak jakby.
- To tutaj. Wchodź i wybieraj, co chcesz zjeść. - Otworzył mi drzwi. Było pusto.
- Czemu tu nikogo nie ma?
- Ponieważ to nie jest pora obiadowa i wszyscy siedzą w swoich pokojach.
- Mhm.. - Obejrzałem wokół siebie.
Cały czas mam wrażenie, że ktoś mnie bacznie obserwuje od początku.. Nienawidzę tego uczucia..
Poza tym w tym szpitalu mogę się wszystkiego spodziewać, więc muszę trzymać się na baczności.
*o* cudowny
OdpowiedzUsuńjeju to jest świetne, czekam na następny rozdział xx
OdpowiedzUsuńZapowiada się ciekawie,czekam na next xx
OdpowiedzUsuńCalkiem fajnie sie zapowiada xx
OdpowiedzUsuńNo no! Spodobało mi się :d Biorę się za czytanie reszty :D
OdpowiedzUsuńHahahah rzuciła się na niego wariatka jakaś xD
OdpowiedzUsuń